czwartek, 22 marca 2018

Od Snuffles'a


 - Biegnij prosto tam, ja będę już czekać na miejscu - Odparł nonszalancko basior, znikając w cieniu drzewa i... Nie pojawiając się z powrotem.


Potrząsnął łbem. Kolejny cwaniak z magicznymi mocami. Zmarszczył nos, omijając ciernisty krzew. Zawsze zazdrościł tego rówieśnikom, o ile z takowymi się widywał. To znaczy... Oni harcowali, a on siedział z boku, przyglądając się zawistnie ich poczynaniom - Jak uczyli się opanowywać swoje zdolności, z jaką łatwością przychodziły im te wszystkie nadnaturalne sprawy. Niektórzy mieli siłę, umieli powalić bez trudu każdego, kto stanął im na drodze, nawet rosłego basiora, z czym on sam, teraz, miałby problem. Inni byli zwinni, pokonując wszelakie przeszkody, inni szybcy, biegając bez przerwy, to tu, to tam, ale z taką prędkością, że ich ciała zdawały się być tylko jakimiś zamazanymi, bliżej nieokreślonymi masami. Ale najgorsi byli ci szczególnie obdarzeni. Puszyli się, niczym pawie, przed wszystkimi, na przykład tym, że potrafią przywołać magicznie jakąś tarczę, że potrafią wkraść się do umysłu przeciwnika, że potrafią za pomocą telepatii podnieść i rzucić ogromny kamień. A on stał z tyłu i patrzył... I zazdrościł, bowiem mu nie przypadł żaden wyszukany talent, prócz zmysłu, ułatwiającego polowanie. Na nic mu taka zdolność.


"Gdyby teraz pojawił się tu smok" - Pomyślał, przeskakując rzeczkę - "Nie miał bym najmniejszych szans, nie zdołałbym zrobić nic, prócz ucieczki, którą zapewne bestia zdołałaby mi udaremnić".


Skręcił ostro - Prawie wpadł na drzewo.


- Ogarnij się, Snuffles - Warknął. - Czas wziąć się w garść. Czas najwyższy. - Wycedził, z łatwością wskakując na przewalony pień dębu, pokonując go bez zawahania.


Skoczył, tym samym zostawiając za sobą omszony kamień, po czym puścił się biegiem, w jaki włożył całą swoją energię.


~*~*~


Zatrzymał się przed mostem, dysząc ciężko. "Czas zacząć więcej trenować, leniu" - Zganił się w myślach, zawiedziony własną kondycją, ale zaraz pokręcił głową. - "Czyżby te rozmyślania o rozkapryszonych, umagicznionych szczeniakach, wbiły mi do głowy fakt, że mogę próbować się z nimi mierzyć? Matko, Snuffles, ty imbecylu. Oczywiście, że nie możesz". Odetchnął głębiej, wciąż stojąc w miejscu. Jeśli oni wszyscy, te złole, są w drzewie, to nie może wpaść tam zdyszany. To wyeliminowało by jego szanse na przetrwanie.


Nagle uświadomił sobie, że coś jest nie tak. Błotniste odciski łap, lśniły w słońcu, prowadząc z powrotem do lasu. Umysł kazał mu leźć do Drzewa - Sprawdzić, czy ktoś tam jest - ale instynkt żądał, by podążyć za śladami. Podniósł wzrok. "Masz beznadziejną intuicję, Snuff, dobrze o tym wiesz. Idź do Drzewa, wiesz, że twój prymitywny mózg donikąd cię nie zaprowadzi". Ruszył przez most.


~*~*~


Finalnie właśnie przekraczał most po raz drugi - Wracając. "Dziwne, jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby intuicja miała rację" - Pomyślał, wkraczając między drzewa. Nie biegł, nie truchtał, tylko szedł. Niby mogło to szkodzić Ferishii, ale czuł, że cała jego energia życiowa gdzieś znikła. Niestety, bez śladu. Zamarł, dostrzegając w oddali sierść Alfy. To musiała być jej sierść - Gdyby nie była to ona, już dawno by to poczuł... Jakoś tak... Wewnętrznie. Zawarczał nisko, gardłowo, gdy usłyszał głos jakiegoś basiora, po części po to, ażeby usłyszał go jego "Towarzysz". Sam przecież nie da rady.


Okazało się - Zgodnie z opowieścią Hira - iż samiec ten nie był sam. Obok niego stał jeszcze jakiś wątlejszy osobnik, o przenikliwym, zadumanym spojrzeniu. Oboje odwrócili się w jego stronę i wykorzystał to sprzymierzony basior - Bezszelestnie wyszedł z cienia, prezentując swe kły. Ferishia stała, natomiast, na środku - narzucona na nią była jakaś podejrzana siatka. Poczuł, że drży, pod naciskiem jej spojrzenia, pełnego jednocześnie bystrości i niemej prośby o pomoc. Odwrócił wzrok, koncentrując się na przeciwnikach.


- No proszę - Odparł niskim głosem większy basior. - A więc mamy i linię oporu. To twoje pionki do gry, tak, Ferishio?


- Nie zaczyna się zdania od "A więc" - Warknęła, a on sam poczuł nagłą chęć parsknięcia śmiechem. - I nie, to nie moje pionki do gry. Właściwie nie spodziewałam się, że ktokolwiek zorientuje się, gdzie przebywam i zechce dla mnie ryzykować - Rzuciła podobne, proszalne spojrzenie na Hira, przez co z niewiadomych przyczyn, nagle spoważniał i poczuł się dotknięty.


Znowu ktoś go ignoruje... A przynajmniej nie zadaje sobie trudu, ażeby zwrócić na niego uwagę... A przecież jej potrzebował. Chyba...


Basior zarechotał.


- Och, cóż za wyszukana, łzawa opowieść! Doprawdy, wzruszyłem się. Na pewno przekażę to twojemu stadu, kiedy już obejmę w nim władzę... "Ferishia zmarła śmiercią tragiczną, jej ostatnią wolą było to, abym przejął nad wami kontrolę. Przy okazji, miała dużą skłonność do pyskówek i służalczości, wobec własnych poddanych". - Znowu zarechotał obrzydliwie, aż sam Hiro skrzywił się i wymienił z nim porozumiewawcze spojrzenie.


- Dobra, może skończymy tę zajmującą pogawędkę i przejdziemy do walki? - Odparł beztrosko jego Towarzysz, takim tonem, jakby właśnie komentował dzisiejszą pogodę.


- Ho-ho, komuś tu się spieszy, abym już stał się Alfą! Dziękuję, mój drogi. W sumie mi też. - Syknął basior i skoczył na Hira, zupełnie niespodziewanie, z zaskoczenia.


Zdziwiony tym nagłym obrotem zdarzeń, nie dostrzegł, że drugi samiec znika pospiesznie między krzewami. Korzystając z tej okazji, podbiegł do Ferishii, ściągając z niej sieć. Powstała i krótko skinęła głową. Zrozumieli się bez słów - "Idę pomóc Hirowi, ty goń drugiego".


Puścił się biegiem między gąszcz krzewów, słysząc pisk. Ale niestety nie był w stanie stwierdzić, do kogo należał.


Hirełełełełeł? c:

czwartek, 15 marca 2018

Od Hiro


  Potrząsnąłem głową, biegnąc za Snuffem. Czy ja się właśnie cieszyłem jak szczeniak, biegnąc za tym półgłówkiem? Nie do wiary, co ja odwalam.
- Mówisz, że mieli być w Labiryncie? - zapytał basior, odwracając głowę w moją stronę na ułamek sekundy. Przytaknąłem szybko, zbaczając delikatnie z drogi, by wejść w cień drzew.
  - Biegnij prosto tam, ja będę już czekać na miejscu - rzuciłem. Zanim usłyszałem odpowiedź, za pomocą mocy zacząłem skakać przez cienie drzew, pokonując szybko dużą odległość. Po drodze nie raz jednak zawracałem i pytałem się o drogę do tych całych mostów, bo jeszcze nie znałem tak dobrze terenów watahy.
  Po około kwadransie dotarłem wreszcie na miejsce. Czułem średni ból głowy, co znaczyło, że wkrótce wyczerpię swoje limity i padnę nieprzytomny. Musiałem zrezygnować z mocy, ale i tak kończył się cienie, więc nie była to taka wielka strata.
  Rozejrzałem się szybko. Po kilku sekundach dostrzegłem białe futro Ferishi, obok której szedł ten młokosik. Szybko też zlokalizowałem drugiego basiora, tego potężniejszego, który skradał się za nimi, czasem znikając kompletnie w niektórych cieniach.
- Komuś kradniesz moce - mruknąłem pod nosem, puszczając się pędem po mostach. Szybko jednak zrozumiałem swój błąd, ponieważ łapy czasem ślizgały mi się lekko, a same mosty chwiały się jakby wszędzie dookoła szalała wichura. Nie mogłem się jednak poddać, więc walcząc z mdłościami i bólem głowy, starałem się choćby truchtać w stronę alfy i tych dwóch basiorów.

***

  - Ferishio! - przemówił nagle silny basior, wyłaniając się z cienia za alfą. Podążałem za nimi dobre pół godziny, czekając wciąż na wsparcie. Sam nie miałbym pewnie większych szans.
  Wadera spojrzała w stronę, z której dobiegał głos. Była lekko zaskoczona. Słabszy basior wtedy zarzucił na nią jakąś sieć z kryształem, wyciągając ją z krzaków.
  Sam ukryłem się za skałami, wyszukując wzrokiem Snuffles.
- Ferishio - przemówił ponownie basior - zapewne zastanawiasz się kim jestem. Ale nie musisz tego wiedzieć. Nie próbuj się wyplątać z sieci ani nas atakować, neutralizuje ona moce wilków - wytłumaczył basior. Zbliżył się do alfy, a jego pysk wykrzywił się w uśmiechu. Młodszy napastnik również podszedł.
- Czego chcesz? - zapytała białofutra spokojnie, patrząc prosto na swoich oponentów.
- Władzy, którą zdobędę po twojej niefortunnej śmierci na dnie otchłani. - Basior wskazał poza krawędź urwiska.
   Młodszy chciał coś powiedzieć, ale wtedy usłyszeliśmy warczenie. Odwróciłem się, by spojrzeć na Snufflesa, który właśnie wkraczał na teren.
Również wyszedłem zza skały, powolnym krokiem okrążyłem dwójkę zamachowców. Dzięki krótkiemu odpoczynkowi głowa już mnie nie bolała, a wszędzie dookoła było pełno cieni, więc siły były dosyć wyrównane. Zapowiadała się żmudna walka.
  - Jakież to upierdliwe - mruknąłem do samego siebie, kiedy potężniejszy basior ustawił się przodem do mnie. Jego moce mogły być problematyczne. Swoją drogą, ciekawe co ten młodszy umie.


środa, 14 marca 2018

Powitajmy Yoru!

Legend Agency

Dzień dobry!

Pragnę Was dzisiaj poinformować, że wstępnie zgłosiłam nasz udział we współpracy z Legend Agency. Jest to projekt dość nietypowy, gdyż zakłada fabularną wymianę pomiędzy najróżniejszymi blogami, liczne eventy... ale nie tylko! 

Przewidziane są też konkursy w różnych kategoriach, przykładowo "najciekawsza postać" czy "najlepsze opowiadanie z wątkiem miłosnym".

Legend Agency ma być organizacją zrzeszającą superbohaterów. Pewnie teraz zastanawiacie, jak coś takiego w ogóle połączyć z naszą fabułą (postaci zwierzęce, świat zamknięty na ludzi). Już spieszę z wyjaśnieniami!

Otóż fabuła LA zakłada jego ulokowanie w próżni międzywymiarowej, do której postaci z innych blogów mogłyby się dostawać np. przez sen. Gatunek czy język również nie są tu problemem - nad poczynaniami superbohaterów miałaby stać sekretarka, która wejdzie im do głowy i sprawi, że zrozumieją język dowolnego rozmówcy.

Nie mamy jeszcze ustalonych szczegółów, więc wszystko może jeszcze ulec zmianie. Intensywnie pracujemy (okej, ekipa LA pracuje, ja się bardziej przyglądam) nad projektem, spotykamy się też na Discordzie, by przedyskutować różne aspekty projektu.

Wszystko jest ładnie rozpisane tutaj (dokument na dysku Google).

W związku z tym, jak każdy administrator bloga partnerskiego, zostałam poproszona o zrobienie małego rozeznania wśród członków i myślę, że najwygodniej dla nas wszystkich będzie, jeśli zostawię Was tu z ankietą. Prosiłabym, abyście wypełnili ją do soboty 24 marca, do godziny 18.00. Z góry dziękuję!

Od Thalii

*kiedyś*


Pustka.
Wokół była tylko pustka. I ból. 
A potem się zbudziłam, dysząc gwałtownie. Serce biło, jakby nie mogło uwierzyć, że żyje. Światło mnie oślepiało. Zamrugałam oczami, próbując odzyskać wzrok. W miarę, jak przyzwyczajałam się powoli do światła, widziałam coraz więcej rzeczy. Omszona, przytulna jaskinia. Zieleniejąca trawa, w której miałam ochotę się wytarzać. Nieśmiało rozkwitające kwiaty, obdarzone mnóstwem kolorów. I kałuża szkarłatnej krwi na błękitnych łuskach. 

*teraz*

Mruknęłam cicho, oddając się rozkoszy. Wielkie, gorące, pomarańczowe słońce tkwiło niezwykle wysoko. Rozgrzany piasek promieniował ciepłem, które uwielbiałam. Zmrużyłam oczy i wystawiłam głowę do słońca, rozkoszując się gorącem, które przegrzewało moje ciało.

Po dłuższej chwili zwlokłam się leniwie z plaży. Ogon wlókł się się za resztą ciała w wolnym tempie, zostawiając ślad na wilgotnym piasku. Gdy dotknęłam wody, okazała się zaskakująco ciepła. Niewiele myśląc, zamoczyłam w niej przednie łapy. Zadowolona z temperatury, sprężyłam łapy. Napięłam się.. i skoczyłam w sam środek jeziorka.

Smoczyca, nawet niewielka, wpadająca w środek stawiku powinna odstraszyć ryby na co najmniej dwa lata. Plusnęło potężnie, ale nie przejmowałam się tym. Po co? Nabrałam głębokiego oddechu i zanurzyłam się głębiej. Woda, na powierzchni ciepła, teraz była potwornie zimna. Zmusiłam się do zostania w miejscu. Ciemna, zimna woda nie zachęcała do zostania w niej dłużej. Przynajmniej na początku. Gdy się wpatrzyłam, zobaczyłam całkiem sporo żyjątek. Małe rybki objadające glony podpłynęły do mnie i próbowały zjeść bąbelki, wydobywające się z mojego pyska. Prawie się zaśmiałam. Tkwiłam pod wodą, dopóki nie poczułam, że brakuje mi powietrza. Machnęłam skrzydłami, wynurzając się z wody. Traf chciał, że przypadkowo wpadłam na coś - albo kogoś - co nachyliło się przed wodą.

- Przepraszamprzepraszamprzepraszam! - pisnęłam na jednym oddechu.



<Ktoś? Ktokolwiek?>

Od Nefertete - Przyjaciel czy wróg?


Falcon w duchu dziękowała Amonowi, że pozbyła się Ginger. Dłuższe przebywanie w jej towarzystwie powodowało dyskomfort psychiczny. Zadawała pytania, a mimo to wciąż się jej bała w dodatku była tak przywiązana do swojej ukochanej watahy, że nie potrafiła myśleć racjonalnie po opuszczeniu jej terenów. Nef nie miała ochoty niańczenie, tej jakże niewychowanej i pozbawionej dobrych manier wadery. A najgorsze było to jej niezdecydowanie i widok walczących ze sobą myśli hybrydy. Jakby chciała zapytać, a potem nagle się wycofywała. 
Zamierzała wrócić do tuneli i zamknąć się w nich na parę dni, jednak musiała uzupełnić zapas swojego pokarmu. Nie miała najmniejszego zamiaru wykonywać poleceń Ferishii co do pilnowania granic. To godziło wręcz w jej dumę wilkora, z czego alpha doskonale zdawała sobie sprawę, nie zamierzała więc jej za do "karać" czy wyrzucić. Równie dobrze mogłaby nie dołączać do społeczności i żyć zaraz za jej granicami, ale chciała mieć czyste sumienie i przy okazji przykrywkę. Nikt z jej rodu, a tym bardziej Ven. Nie uwierzyli by, że dołączyła, do watahy zwykłych wilków. 

Uzbrojona w kilka niewielkich fiolek Nef kierowała się w stronę przeciwną do terenów watahy, wprost do niewielkiego lasu i położonego w nim strumienia. Potrzebowała jedynie 4 probówek cennej krwi, aby spokojnie przeżyć. Z daleka czuła zapach gnieżdzących się tam potworów. Ich terytorium, nie wykraczało poza drzewa, nie cierpiały słońca a chowanie się w cieniu drzew, ułatwiało im życie. 
Jednak pośród odoru chimer, wyczuła coś znacznie... mniej splugawionego. Czystą duszę. A dokładniej zapach półsmoka. 

- Co ona tutaj robi? - warknęła pod nosem, przeklinając Amona i ruszyła wręcz biegiem śladem hybrydy. 

Weszła na tereny lęgowe stworzeń i przemknęła niezauważona obok gniazda. Z oddali słyszała szum wody i ciche powarkiwania. Musiała zmienić położenie i to jak najszybciej. Jej pozycji nie sprzyjał wiatr i ustawienie drzew. Stanęła po zawietrznej stronie. Mieszanka zapachu Gi i jednej... nie, dwóchChimer dosięgnęła jej czułego węchu, prowadząc ją wprost do celu.
Dostrzegła białą waderę, nieświadomą faktu, że jej przeciwnik nie był sam. 

Nie zastanawiając się nad tym co robi, Nefertete wyskoczyła z oddzielających ją od wadery zarośli, zaraz za stojącą, płaczącą z przerażenia wilczycą. 
- Czyś ty kompletnie postradała zmysły? - wilkor wysyczał przez zęby. - Jak można być tak głupim, żeby wejść na ich tereny dobrowolnie? Co ty w ogóle tutaj robisz, co? 
Biała odwróciła się do niej przodem i zaczęła jąkać coś nieskładnie. 
- Przestań, nie chce nawet tego słuchać. - Nefi przetarła pysk łapą. 

Wilkor nie miał ochoty na walkę, a tym bardziej w obronie półsmoka. Wszelkie tego typu gesty były jej obce i nienaturalne. Wręcz uwłaczające. Najzwyczajniej w świecie ogłuszył wilczyce, uderzając w tył głowy jednym precyzyjnym ciosem. Nieprzytomna wadera upadła na ziemię z głuchym odgłosem i zaskoczeniem w oczach.

Falcon patrzyła na nią chwilę i przeniosła spojrzenie na wychodzącą z krzaków Chimerę. Była zmuszona użyć swoich umiejętności. 
Zmaterializowała niewielki sztylecik i przecięła swoją łapę, następnie przycisnęła ją do ziemi pozwalając by krew wsiąkała w grunt. Wraz z pierwszą wypływającą kroplą opuściła swoje ciało i zaczęła patrzeć na wszystko oczami trzech potworów w jednej chwili. Manipulacja przyszła jej bez problemu. Wystarczyła odpowiednio mocno naciskać na chęć powrotu do leży i wywołanie zewu potomstwa, by pozbyć się przeciwników. Uzupełnianie zapasów ich krwi, musiała przełożyć na inny dzień. 
Przywróciła sobie wzrok i znużona wzięła na plecy, po raz kolejny dnia dzisiejszego, białą. 

- Będziesz się gęsto tłumaczyć. - mruknęła pod nosem i ruszyła powoli w stronę najbliższego wejścia do tunelu. Pomyślała nawet przez chwilę, by nauczyć Ginger walki z tymi istotami, a może i pomóc jej opanować smoczy ogień, jednak odgoniła te myśli. Nie miała na to czasu, w dodatku, podejrzewała, że jej towarzyszka, zwyczajnie nie chciała pomocy Nef.

Będąc już pod ziemią, znalazła pierwszą wolną komnatę, będącą sypialnią dla gości o skromnym wystroju. Łóżko, komoda, parę lampek, niewielki fotel i okrągły stolik. Zrzuciła ciężar na miękki materac i zmaterializowała misę wypełnioną krystalicznie czystą wodą. Postawiła ją obok, wiedząc, że wadera będzie jej potrzebować, gdy już się ocknie i zwyczajnie wyszła, zostawiając ją.

Przechadzająca się tunelami wadera uznała chwilę wytchnienia od półsmoka jako dobry moment, by zmyć z siebie zaschniętą krew. Widziała wielokrotnie obrzydzenie w oczach Kivuli, musiała więc zachować pozory normalności. Swoje kroki skierowała do komnaty na samym końcu długiego korytarza. Ogromna sypialnia, równie ludzka co reszta pomieszczeń. Chłodne odcienie ścian, niewielkie lampki rozwieszone w strategicznych miejscach, nadające pomieszczeniu tajemniczości i uroku. Duże łóżko, za duże nawet na ludzkie standardy stało w centrum na wprost drzwi. 
Falcon minęła je i udała się do łazienki. Ogromna wanna, wbudowana w ziemię, po chwili zaczęła napełniać się wodą. Lodowatą i można by pomyśleć, nieprzyjemną. Jednak nie dla wilkora. Kąpiel w temperaturze przewyższającej temperaturę ciała tych istot zwyczajnie sprawiała im dyskomfort. Jak można było się zatem domyślić, ich organizm był zupełnie inaczej przystosowany do środowiska niż ten, zwykłych wilków. Pracował w niskim zakresie temperatur, nie przekraczającym 7 stopni na plusie. Najwytrwalsi wojownicy, potrafili obniżyć temperaturę ciała do około -33 stopni. Nef jednak w zupełności wystarczała umiejętność kontroli organizmu na tyle, by utrzymać ją na stałym poziomie -9 stopni. 
Dodana do wody substancja, hamowała jej zamarzanie i powodowała utrzymanie się niskiej temperatury. 

Czarna wadera weszła do wanny i zanurzyła się. Niezagojone blizny dawały się we znaki, piekąc i reagując z olejkami zapachowymi. 
Wilkor mruczał pod nosem w języku demonów. Xeraficki, stał się dość niedawno jej drugim dialektem, a wszelkie inkantacje, przychodziły jej z zadziwiającą ją samą, lekkością. Dokładnie oczyściła rogi z krwi i nałożyła na ranę między nimi, mieszankę ziół. 
Po chwili czysta woda przybrała kolor ciemnej czerwieni, a gdy uczucie czystości przeszyło Sokoła, wyszła z balii i ociekając, poszła z powrotem do komnaty, w której zostawiła Kivuli Moto. Po drodze część wody zdążyła spłynąć z niej, zostawiając mokrą ścieżkę. Nie przejęła się tym. System grzewczy i kimatyzacyjny, oraz założona elektryka i pełna automatyzacja, dbały o suchość pomieszczeń utrzymując stały poziom wilgoci. 

Gdy Nefertete weszła do komnaty, mruknęła parę przekleństw w swoim języku i otrzepała się zrzucając resztki cieczy. Usiadła na fotelu naprzeciwko łóżka i wpatrywała się w wilczycę, czekając aż ta raczy się obudzić. Nie miała zamiaru prawić jej kazań, wiedziała, że ta jak tylko się obudzi, wyśpiewa wszystko. Choćby pod groźbą śmierci. Chciała wiedzieć co tam robiła i dlaczego zmieniła kurs nie idąc do watahy, tylko zmieniając kierunek na zupełnie przeciwny. Zaciekawiła ją, równie mocno co irytowała swoją lekkomyślnością.

< Kivuli? jakość tragiczna, ale tracę wenę :cc >

poniedziałek, 12 marca 2018

Od Minho


Szczeniak ziewnął, otworzył powoli oczy, przeciągnął się i mlasnął parę razy. Wyciągnął jedną łapę, później drugą, po czym przyszedł czas na tylne. Minho spojrzał na drzemiącego przy wejściu do jaskini towarzysza. Podszedł do niego najciszej, jak potrafił i szturchnął go delikatnie. Hiro zachwiał się, jednak się nie obudził. Basior zaśmiał się cicho, po czym minął starszego "kolegę" i wyszedł z jaskini.
Był ładny, słoneczny dzień. Minho nabrał w płuca trochę świeżego powietrza i odetchnął. Nagle zakaszlał, czując okropny smród. Skrzywił się i podążył za zapachem. Odnalazł w liściach coś, co wyglądało na zmasakrowanego, martwego ptaka. Szczeniak nie mogąc znieść tego smrodu wziął do pyska kij z rozwidlonym końcem i jakimś cudem udało mu się umieścić na nim ptaka bez dotykania go. Wyniósł go najdalej jak mógł i zostawił pod zacienionym drzewem. Kiedy już miał odejść spojrzał na ptaszysko i westchnął. Nie mógł go tak zostawić. Szybko odnalazł kilka dużych i płaskich kamieni i stworzył z nich niewielki kopiec zasłaniający martwe ciało zwierzęcia.
Gdy był w drodze powrotnej usłyszał ciche burczenie, dochodzące z jego własnego brzucha.
Hiro pewnie też jest głodny, pomyślał, rozglądając się. Zaczął węszyć w poszukiwaniu czegoś dużego, co wystarczy dla nich obu. Wiedział, że Hiro lubi mięso z młodego jelenia, jednak Minho nie miał zamiaru mordować małych. Przysiągł sobie, że nigdy nie zaatakuje czegoś bezbronnego i wystraszonego. Głównie dlatego nie polował na małe gryzonie, młode zwierzęta i niewielkie sarny, a skupiał się raczej na jeleniach, łaniach i dzikach, które potrafiły się obronić - wtedy szanse były wyrównane.
Poszedł jeszcze dalej w las, aż w końcu znalazł niewielkie jeziorko, a nad jeziorkiem wyrośniętego młodego jelenia. Minho przyczaił się w krzakach, poczekał na odpowiedni moment i skoczył.
Jeleń upadł na ziemię i spojrzał z przerażeniem na szczeniaka, który już uniósł łapę, by zadać silny cios ostrymi pazurami. Ten zwierzak nawet nie wiedział, jak się bronić.
Wilk spojrzał w oczy swojej niedoszłej ofiary, po czym opuścił łapę i przewrócił oczami.
-Idź - powiedział, puszczając go.
Jeleń wstał i odbiegł kawałek, po czym obejrzał się na szczeniaka i poruszył kilka razy ogonem, a później pobiegł dalej.
Minho musiał poszukać czegoś innego.

***

Wrócił do jaskini pół godziny później, ciągnąc za sobą innego jelenia. Ten był niesamowicie wredny, do tego bezlitośnie deptał mu po ogonie.
Szczeniak minął Hiro i puścił ofiarę, po czym usiadł obok niej i spojrzał na starszego towarzysza, który prawdopodobnie głęboko nad czymś rozmyślał, ponieważ nadal miał zamknięte oczy, ale z pewnością nie spał.
Minho polizał niewielką ranę na swoim boku, którą sprawił mu właśnie ten jeleń jednym ze swoich rogów. Zajął się dokładnym czyszczeniem jej, gdyż przezorny zawsze ubezpieczony, zostawiając jelenia starszemu basiorowi.

Hiro?

Od Hiro


Spojrzałem na kulkę, która wystawiła się wietrzną stroną w moim kierunku i cicho prychnąłem. Szczeniak działał mi na nerwy, jednak musiałem z nim teraz wytrzymać przez jakiś czas.
  Ułożyłem się na swoim legowisku i zamknąłem ślepia, jednak nie pozwalałem sobie zasnąć, żeby pozostać ciągle czujnym. Był to też mały sprawdzian mojej silnej woli.
Pół nocy przeleżałem w jednej pozycji, słuchając odgłosów nocy i miarowego oddechu Minho, gdy nagle w głosie lasu zabrzmiała jedna fałszywa nuta - trzask łamanej gałązki niedaleko mojego mieszkania.
  Cały wysiłek włożyłem w to, żeby nie drgnąć nagle, nerwowo, tylko powoli otworzyłem oczy i wstałem. Spojrzałem na wejście do jamy - noc była ciemna, czyli księżyc skrył się za chmurami. Same cienie.
  Wychyliłem się delikatnie, by poszukać wzrokiem intruza. W ciemności ledwie dostrzegłem ciemny kształt, który sunął powoli i bezszelestnie w stronę mojego domu. Kierował się prosto na wejście, więc zapewne wiedział gdzie musi iść.
   Westchnąłem cicho i wstąpiłem w cień, spływając powoli mrokiem za owego intruza. Gdy pojawiłem się, stworzenie zatrzymało się i obróciło łeb. Wzdrygnąłem się, ponieważ w ciemności dostrzegłem kontury dużego ptaka, który miał rozłamany dziób, gdzieniegdzie prześwitywała skóra biała skóra zamiast piór a jedno ze skrzydeł znajdowało się pod nienaturalnym kątem w stosunku do reszty ciała.
   - Fuj - wycedziłem. Ptak zabulgotał coś, co chyba miało być jakimś krakaniem, czy coś, i rzucił się w moją stronę, kłapiąc zniszczonym dziobem. Odrzuciłem owo coś uderzeniem łapy i usłyszałem chrupnięcie łamanego kręgosłupa, lub choć kości.
Stworzenie poleciało jakieś dwa metry i upadło w liście. Nie chciałem nawet sprawdzać co to jest, więc szybko wstąpiłem w cień i znalazłem się w swojej jaskini z powrotem.
   Zamiast położyć się na legowisku, usiadłem tuż przy wejściu do jamy i siedziałem tak do rana, nasłuchując i wypatrując czegokolwiek. Na całe szczęście, aż do świtu nic już nas nie nękało, a ja przy pierwszych promieniach słońca zdrzemnąłem się na kwadrans, wciąż w pozycji siedzącej.