Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kivuli Moto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kivuli Moto. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 marca 2018

Od Kivuli Moto - Konfrontacja z bestią

 
Kivuli zdawała sobie sprawę, że jej towarzyszka z każdą kolejną sekundą oddala się od niej coraz bardziej. Łapy wilkora mocno wbijały się w ziemię, pozostawiając po sobie głębokie ślady. Wiatr owiewał jej kruczoczarne futro z każdej strony, zmywając z ciała wadery pozostałości po zeschniętej krwi. Nie obejrzała się ani na chwilę za swą kompanką - zebrała wszystkie potrzebne informacje i prawdopodobnie chciała się w końcu odciąć od "problemu", który tylko by jej przeszkadzał. Moto też wiedziała, że ta znajomość jest całkowicie toksyczna. Pragnęła oddać przysługę Nef i nie wchodzić jej już nigdy więcej w drogę, gdyż to mogłoby tylko sprowadzić na nią klątwę lub (co gorsza) natychmiastową śmierć od jednej z jej trucizn. Oczywiście, chciała się o niej czegoś dowiedzieć, lecz nie miała zamiaru więcej jej usługiwać, by poznać kilka informacji. To było zbyt ryzykowne, a ta relacja na pewno by go dużo przysporzyła (bynajmniej w takim, a nie innym przekonaniu żyła wilczyca).
Moto rozejrzała się, poszukując miejsca, jakie przed momentem wskazała wadera. Miała nadzieję, że gdy wkroczy na tereny swej watahy nikt nie zauważy jej kilkugodzinnej nieobecności, a już na pewno nie alfa stada. Chciała w końcu poczuć ciepłe powietrze nadchodzące od granic, kompletnie różniące się od tego poza nią - zimne i całkowicie ostre. Nie spodziewała się, że tak będzie jej brakować Świetlistego Lasu i pobliskiego jeziorka ze słodkawą wodą, którą chłeptała litrami po każdym wyczerpującym dniu w pracy skrytobójcy. Ach! Było to zawsze, jak spełnienie marzeń po całej dobie biegania wkoło Nerthveny, nie będącej wcale małą krainą. Nie, żeby to w większym stopniu przeszkadzało hybrydzie, ale czasem miała po prostu ochotę uciec od typowego dla niej stylu życia i pobiec wprost przed siebie. Tak, by nikt (włącznie z nią samą) nie wiedział, gdzie ona tak naprawdę się znajduje. Chyba czytam za dużo ksiąg, o przygodowej tematyce, pomyślała cicho chichocząc z samej siebie, pierwszy raz od dłuższego czasu spoglądając przed siebie - nic prócz śladów łap nie pozostało po jej dawnej towarzyszce. Nie zastanawiając się dłużej zrobiła parę kroków w tył i szybkim kłusem pognała na wschód.
Z każdym mijanym metrem widziała obok siebie coraz więcej znanych jej już widoków - góry usytuowane w oddali, na które nikt nie ma odwagi wejść, lasy tak szerokie, że nie lada wyzwaniem byłoby zmierzenie ich wszerz oraz gigantyczne wodospady, uchodzące za miejscową atrakcję dla nowych członków watahy. Były to tylko nieliczne z miejscowych dóbr, lecz równie piękne i niepowtarzalne jak pozostałe. Moto uwielbiała przebywać na świeżym powietrzu wśród tych rozległych krajobrazów, aczkolwiek zawsze po spojrzeniu na nie rodziła jej się w głowie pewna myśl, o której za wszelką cenę starała się zapomnieć. Nie chciała rozpamiętywać przeszłości, lecz sama obecność tutaj dokuczliwie jej o tym napomykała. Widok szczęśliwych wilków zamieszkujących na terenie watahy, panorama, a także wiedza o tym, iż smoki mają dostęp do większości terenów krainy, w jakiej pomieszkiwała - to w większości składało się na jej bezustanne przygnębienie. Pragnęła zapomnieć, lecz chciała też pamiętać.
Zanim zdążyła się obejrzeć znajdowała się tuż przy bramie, która miała być dla niej przepustką do spokojnego życia, nieusłanego też zanadto różami. Wodziła po niej wzrokiem, nie mogąc wyciągnąć w jej stronę choćby łapy - w tym momencie nagle zaczęła się poważnie wahać nad tym, czy jej decyzja (choć najbezpieczniejsza) była na pewno prawidłowa. Spuściła łeb delikatnie w dół, nie chcąc wywołać nawet szelestu liści, znajdujących się pod jej obolałymi opuszkami. Przyglądała się podłożu na którym stoi, konkretnie nie wiedząc, czego tak naprawdę tam szuka. Jej myśli krążyły teraz wokół Nefertete, opowiadającej jej o tych wszystkich rzeczach, których zdołała się dowiedzieć podczas licznych obserwacji, aczkolwiek zatrzymała się na jednym zdaniu, przez nią wypowiedzianym: "jesteś drugim pół smokiem jakiego spotkałam". Drugim, powtórzyła w myślach Kivuli, odwracając się w stronę zachodzącego słońca, czy gdybym została, mogłabym dowiedzieć się czegoś na jego temat? Moto jeszcze raz tylko spojrzała na bramę i już dobrze wiedziała, jaki wybór będzie tym koniecznym, a jednocześnie najbardziej pożądanym. Tak, to na pewno musiało się źle zakończyć.
Oddech wadery przyspieszył, gdy tempo poruszania się wzrosło do galopu. Pragnęła z całej siły wierzyć, że to, co teraz robi jest dla niej i dla jej zdrowia całkowicie dobrym rozwiązaniem, aczkolwiek nie potrafiła na dłużej oszukiwać siebie samej. Do jej oczu napłynęły łzy, mieniące się w blasku słońca,  momentalnie zaczynając spływać po policzkach mieszańca. Kolejny raz odsuwała od siebie miejsce, które zdążyła pokochać, w którym miała tyle przecudownych wspomnień. Przestała to już odbierać, jaką skromną ucieczkę, niemającą żadnego znaczenia, lecz teraz myślała o tym, jak o zdradzie. Było to pierwsze słowo, nasuwające jej się na myśl w chwili, gdzie postanowiła uciec od miejsca zamieszkania, jak we wszystkich fantastycznych powieściach (a przynajmniej jak w tych, które miała przyjemność kiedyś przeczytać). Wiedziała także, iż dobrze robi - będzie mogła dowiedzieć się rzeczy o niej samej.

Wilkowi powoli zaczęło brakować tchu po bezustannym biegu. Jej ciało było całkowicie wyczerpane, a kolejne mięśnie odmawiały współpracy, jakby to od nich zależała wola organizmu. Na pysku hybrydy malowało się zmęczenie, spowodowane brakiem dłuższego snu lub drzemki od jakiegoś czasu. Mimowolnie (jakby to nie ona postanowiła to zrobić) jej cielsko padło na ziemię całe zgrzane, nie mogące wytrzymać nadmiernego wysiłku. Łaknęła teraz niemiłosiernie dawki odpoczynku, jakiej mógłby dać jej ten chwilowy postój. Nie miała zamiaru zostawać tu dłużej niż godzinę - nie chciała sprowadzać na siebie dzikich zwierząt, zamieszkujących tutejsze puszcze, ale i zbytnio wydłużać podróży (i tak prowadzącej, jak na razie donikąd). Z własnego doświadczenia wiedziała, iż samotne wyprawy po lesie nie przynoszą nigdy dobrych skutków, a więc i nie zamierzała powtarzać swoich przeżyć z przeszłości - gdy o mało co nie udało jej się zginąć. Tak, gdyby nie Lazurowe Róże, to nie wiadomo, co by się stało.
Szybko zakończyła swoje przemyślenia, nagle czując nieustanną chęć pragnienia. Jej język był już od dawna wysuszony, jednak starała się o tym nie myśleć, gdy miała ważniejsze sprawy na głowie. Jednakże teraz, gdy miała już wolną rękę nie mogła po prostu zlekceważyć odczuwającego coraz bardziej uczucia, towarzyszącego jej przy każdym przełyku śliny. Z niemałym bólem postanowiła się podnieść, by w miarę swoich możliwości znaleźć choć nieduże źródełko wody, co raczej w lasach nie powinno być szczególnie kłopotliwe. Zawsze znajdzie się gdzieś rzeka przepływająca przez sam jego środek, nawadniająca wszystkie rośliny żyjące wokół. Nawet teraz, gdy nie znała pobliskich terenów zadecydowała zdać się na swoją orientację w terenie (która przy zawodzie skrytobójcy musiała być naprawdę dobrze rozwiniętą umiejętnością). Przecież to nie jest niewykonalne, pomyślała, po czym zwróciła głowę w stronę otaczających ją gęstwin, jednak widok, który ujrzała kompletnie ją zmroził.
Dwa, żółtawe mieniące się ślepka spoglądały na nią z niemałą ciekawością. Postać nie wynurzała się spoza swojej kryjówki, aczkolwiek wyraźnie wyczuwając, iż hybryda je zobaczyła nie pozostało mu nic innego, jak tylko ukazać się przedstawicielowi innego gatunku. Stworzenie wykonując krok w przód wyłoniło z cienia masywną łapę, mogącą powalić Kivuli jednym zamachnięciem. Jego korpus nadal ukrywający się pod osłoną mroku można było łatwiej dostrzec, przez co wilczyca mogła spokojnie przeanalizować wygląd i posturę swojego przeciwnika. Potwór nie przypominał z żadnego jej wcześniej znanych - cielsko było pokryte grubymi warstwami brudnego futra, podczas gdy pod nim znajdował się mocny pancerz. Łeb na pierwszy rzut oka wyglądał jak ten lwi, aczkolwiek analizując dalsze partie ciała można było od razu wykluczyć tą opcję. Z grzbietu bestii wyłaniały się dwa nietoperze skrzydła, pozwalające jej na uniesienie się oraz patrząc na tył zamiast typowego ogona dało się dostrzec kolec jadowy należący do skorpiona. Stworzenie na pewno nie należało do przyjaznych, co potwierdzały kolejne kroki w stronę Moto. Wilczyca starała się szybko wycofać, jednakże jej trud poszedłby na marne - nie miała jakichkolwiek szans z potworem.
Ze ślepek zaczęły wypływać jej słonawe łzy, a chociaż nie była wierząca zaczęła natychmiastowo odmawiać paciorek. Wiedziała, że próba walki przyniosłaby jej śmierć, a więc i nawet nie chciała marnować swych sił. Czekała na to, aż istota wykona pierwszy (a może i nawet ostateczny) ruch. Traciła całe swoje nadzieje, wycofując się do tyłu, gdy do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach, przesiąknięty zaschniętą krwią.
Nef.
 

wtorek, 27 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Zaostrzone łuski

- Wiesz, lubię cię... - Skierowałam wzrok prosto w głębokie, szmaragdowe oczy towarzysza, a ich kolor był wręcz powalający. Mój łepek delikatnie opadł na dół i wtedy zauważyłam wszystkie ślady walki, która chwilę temu miała miejsce na tych terenach: jego ciało było całe poturbowane - liczne rany pomiędzy żebrami, z których powoli spływała posoka, z dopełniającymi je zaropiałymi obrzeżami. Ledwo utrzymywał się na nogach starając się wyglądać na zdrowego, aczkolwiek jego ślepka wszystko zdradzały, co nie było dla mnie żadną nowością - przyćmione, nie tak radosne, jak jeszcze kilka godzin temu, wyrażające tylko ból i smutek. Nie chciałam by cierpiał, a już zwłaszcza nie z mojego powodu.
Odsunęłam się od niego uwalniając go z mojego żelaznego uścisku i natychmiast starłam słonawy płyn spomiędzy mych oczu. Nie chciałam pozwolić, by ten wciąż ściekał po moich policzkach - basior wystarczająco wiele razy widział, jak płaczę, a w tej chwili nie chciałam ukazywać swoich słabości, których odkrywałam przy nim coraz więcej. Nie było to dobre - coraz bardziej się do niego zbliżałam, a nie chcę utrzymywać z nim stosunków nawet przyjacielskich. Przestawałam mu ufać z każdym dniem naszej znajomości ponieważ widziałam, że on wciąż coś przede mną ukrywa - co było też poniekąd moją "przypadłością". A jednak pomimo nieufności z mojej strony wciąż mogłam się świetnie czuć u jego boku. Co ze mną jest nie w porządku? Ja nie chcę się p r z y w i ą z y w a ć. Nie teraz.
Ukradkiem oka spoglądałam na wilka, który widząc to posyłał do mnie ciepły uśmiech. Leżał teraz spokojnie na skraju klifu czekając, aż Toxic przestanie go w końcu opatrywać. Powolnymi ruchami dłoni (a przynajmniej, na to mi one wyglądały) przyjaciel mego towarzysza okręcał wokół niego śnieżnobiały bandaż, zaciskając go coraz mocniej. Krew sączyła się pod cienkim materiałem, wkrótce pozostawiając po sobie brązowawe plamy, zaburzające jednolity kolor opatrunku. Rany zostawały nim jedna po drugiej okryte, dzięki czemu nie musiałam ich już więcej oglądać. Widok tego szkarłatnego płynu był obrzydzający, a jego zapach przyprawiał mnie coraz bardziej o wymioty, których nie mogłam wcześniej powstrzymać. Nigdy nie lubiłam takiego widoku, a niedawno to się wręcz nasiliło.
Yin wykonał w moją stronę wołający gest łapą, po czym wyrywając się z zamyślenia ruszyłam w jego stronę. Zmrużyłam oczy czując, jak do moich oczu nasypywało się coraz więcej piachu, co było spowodowane nasileniem się wiatru. Aksamitne futro falowało się kołysząc się w kierunku powiewu, a ja odczuwałam na swojej skórze delikatny dreszcz opływający całe moje ciało. Nie było to niczym dziwnym w trakcie tej pory roku, jaka była właśnie zima, aczkolwiek nie spodziewałam się tego na terenie Nerthveny - krainy odizolowanej od świata, do której kiedyś wkroczyłam całkiem przypadkowo. Nie spodziewałam się, iż na jej terenach znajdę tak wielką społeczność, z każdym dniem powiększającą ilość wszystkich członków. Nie pragnęłam tego i wciąż się cieszę, że jako miejsce swojego obecnego zamieszkania wybrałam Świetlisty Las, do którego nikt o zdrowych zmysłach by się nie zapuszczał. Przynajmniej nikt mnie nie nachodził, a ja mogłam sobie spokojnie żyć. Całkowicie sama.
- A więc... lubisz mnie, tak? - Przysiadłam obok swojego towarzysza, gdy ten zaczął się cicho śmiać z mojej poprzedniej wypowiedzi. Wilk po chwili spojrzał na mnie drwiąco, a ja poczułam, jak na pysku wylewa mi się wielki rumieniec nie chcący z niego zejść. Spiorunowałam go wzrokiem nie chcąc, aby ten wyczuł, jak bardzo się wstydzę, jednak jemu wciąż nie schodził uśmieszek z mordy. Miałam ochotę uciec, by więcej nie musieć słyszeć jego wyśmiewającego mnie tonu głosu, jednak ten pewnie odebrałby to jako akt tchórzostwa. Myśląc nad tym coraz dłużej położyłam tylko łeb między przednimi łapami, próbując ukryć zawstydzenie, które było teraz moim przewodnim uczuciem. - No już, nie obrażaj się! Nie po to chyba kazałem Toxic' owi cię ratować. - Rozejrzałam się momentalnie, przypominając sobie nagle o kampanie Yin' a, jednak ten już zdołał dawno zniknąć, by pojawić się, gdy będzie do czegoś potrzebny.
- Czym jest twój przyjaciel? - wypaliłam, zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie od dłuższego czasu. Intrygowała mnie jego osoba, a ja sama nie chciałam być natarczywa i pytać go o to. Wydawało mi się to strasznie niestosowne, i gdyby moja matka kiedyś usłyszała, że zadaje takie pytanie to by się przewróciła w grobie (a raczej na skupisko zwęglonych i przegniłych ciał). Zawsze mi mówiono, iż etykieta i maniery to podstawy porządnego wychowania i tymi dwoma zasadami powinnam się kierować w przyszłym życiu. No cóż... plany się jednak trochę pozmieniały i zamiast zostać godną następczynią alfy - jaką była moja rodzicielka - to zamiast tego leżę teraz z raną, przebijającą się przez moją zmizerniałą sylwetkę na wylot. To dopiero można nazwać - jakże ciekawą - ironią losu.
- Cieniem. - odparł na to jednym słowem, chyba nie chcąc dalej ciągnąć tematu pochodzenia Toxic' a. Owszem, ta odpowiedź strasznie mi nie odpowiadała, lecz nie chciałam się zanadto narzucać i po raz kolejny rozwścieczyć basiora swoją nadmierną ciekawością. Mogłoby to się w tym momencie dla nas bardzo źle skończyć zwłaszcza, że obydwoje byliśmy niesamowicie wyczerpani. - To teraz ja zadam ci pytanie. - powiedział Yin nie pytając o moje pozwolenie, aczkolwiek ja mimowolnie przytaknęłam. Chciałam wiedzieć, co ma mi do powiedzenia. - Dlaczego każesz nazywać siebie Ginger?
Stanęłam już mając zamiar nawrzeszczeć na swojego towarzysza, lecz szybko zrezygnowałam z tego pomysłu. Nie planowałam wdawać się z nim w dyskusję na ten wrażliwy temat, ale jeśli już miałam okazję komuś się wygadać, to może powinnam ją czym prędzej wykorzystać. Cierpiałam, myśląc nad tym, co takiego mogłabym powiedzieć wilkowi, aby to brzmiało w miarę sensownie, aczkolwiek na przekór nie przychodziło mi nic do głowy. Wszędzie były tylko pustki, prawdopodobnie nie mające zamiaru zapełnić się w najbliższym czasie i to właśnie najbardziej bolało - gdy zawsze czegoś potrzebowałam, to nagle to niewytłumaczalnie znikało tak, jak teraz jakakolwiek odpowiedź na pytanie mi zadane. W końcu nie ułożyłam sobie żadnej odpowiedniej kwestii, więc wymamrotałam to, co było teraz najbardziej zgodne (a przynajmniej zbliżone do tego) z prawdą:
- Ojciec wybrał dla mnie imię Kivuli Moto... - wyszeptałam najciszej, jak się da, gdy nagle przywróciły do mnie wszystkie wspomnienia (a nie było ich wiele) o moim drugim rodzicu. Natychmiast poczułam, jak po moim futrze spływa przezroczysta ciecz, jednak pozwoliłam jej polecieć dalej. - Nie lubię go, a Gi przynajmniej mi się kojarzy z czymś przyjemnym. - uśmiechnęłam się przez łzy, widząc w głowie twarz mojego starszego w głowie: zaostrzone szkarłatne łuski pokrywające wszystko, gdzie normalnie mogłaby się znaleźć skóra. Szare, jak niebo w pochmurny dzień oczy spoglądające na wszystkich z troską oraz kilka niewielkich zmarszczek, które dawały znać o jego sędziwym wieku. Widziałam go ostatnio kilka lat temu, a więc i jego wygląd rozmywał mi się przed oczyma, lecz nigdy nie zapomnę jego ciepłego głosu, który pozostanie już tylko w mojej pamięci. Wszystko to mi jednak szybko przyćmiła myśl o moim i jego stadzie, które spotkałam tylko raz razem - w płomieniach pożerających cały dobytek mojej matki, jak i ją na czele tego całego chaosu, wołającą mnie o pomoc.
Yin uśmiechnął się do mnie, jakby zapominając, że jeszcze kilka sekund temu mój pysk sponiewierały ślozy. Wpatrywał się we mnie zamyślony mając coś jeszcze do powiedzenia, więc ja siedziałam cicho czekając, aż ten coś powie. Zwróciłam swój łeb ku niebu, stającemu się coraz bardziej purpurowe, przeszywając wokół tereny mrokiem. Każde najmniejsze ciało traciło swą dotychczas jaskrawą barwą, by ustąpić odcieniom granatu i szarości, otaczających swą poświatą coraz więcej. Wolałam nie wiedzieć, gdzie spędzę dzisiejszą noc, gdyż zwyczajnie nie miałam pojęcia, gdzie i skąd przyleciałam tu na grzbiecie basiora. Nie chciałam spędzać tutaj jeszcze więcej czasu niż godzinę, góra dwie, także będę musiała się prędko zapytać o drogę do domu lub jakiejś opustoszałej jaskini.
- Wiesz... - Towarzysz wyrwał mnie z zamyślenia, a ja od razu zaczęłam mu się przysłuchiwać. - Pamiętasz, jak niedawno walczyliśmy? - Przytaknęłam, przypominając sobie poprzednie wydarzenia, do których zdecydowanie wolałabym nie wracać. - Zaczęłaś wtedy zionąć ogniem. Ponadto zacząłem ci się trochę przyglądać i zauważyłem coś pod twoim futrem. Powiedzmy, że na kształt... łusek? Skojarzyło mi się trochę ze smokami, ale co ja tam mogę wiedzieć...
- Nie waż się nic więcej mówić. - warknęłam w stronę samca nie chcąc, aby ten kontynuował. Mój kompan stał zaskoczony naprzeciwko mnie i wpatrywał się we mnie z pytającym wyrazem twarzy. Z każdym jego kolejnym słowem przechodziła przeze mnie fala bólu, teraz dominowana przez nienawiść. Nie chciałam wiedzieć, co takiego mu zrobię jeśli zaraz się nie odsunie - poruszył temat, wzbudzający we mnie wiele sprzecznych emocji, których akurat teraz nie zdołałam opanować - momentalnie poczułam otaczające mnie ciepło, napierające z każdej części mojego ciała. Języki ognia odchodziły od koniuszków mojego futra tworząc zaporę nie do przebicia, mogącą spowodować nawet i śmierć. Nie chciałam zrobić Yin' owi krzywdy, aczkolwiek teraz było już chyba za późno. - Uciekaj... - wyszeptałam w jego stronę błagająco wyczuwając, jak coraz więcej rzeczy wokół mnie staje w ognisto-czerwonych płomieniach.
Po raz drugi ujrzałam p o p i o ł y.
<< Yin? Równo 1482 słowa... >>

~I tak będę podglądać. Yin.
(tak naprawdę to Fer, Yin nie mógłby tu pisać.) - Dowód gwałtu na mojej osobie :v

piątek, 23 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Problematyczne smoki

Kivuli spoglądała ukradkiem, jak wilkor zaczął sunąć łapą po swoim srebrzystym sztylecie, subtelnie unikając ostrza. Podążała wzrokiem za miniaturką miecza zastanawiając się, do czego ona była wcześniej używana i czy to pierwszy raz, gdy Nef spowoduje nią "rozlew krwi". Widziała już w przyszłości siebie, której nacinają skórę tym oto narzędziem i plamią jej śnieżnobiałe futro szkarłatną substancją o lepkiej konsystencji. Po raz kolejny miała ochotę stąd odejść, jednak silniejsze niż zwykle uczucie ciekawości zżerało ją od środka i nie miała najmniejszej możliwości, by w jakiś sposób mu się teraz przeciwstawić. Możliwość zadania pytań towarzyszce przezwyciężyła nad nieuniknionym w późniejszym czasie lękiem, lecz ta myśl była jej bardzo daleka od teraźniejszości. Według Moto liczyło się tu i teraz, aczkolwiek mogło być to mylne przekonanie o otaczającej ją wówczas rzeczywistości.
Pojedyncze smużki potu zaczęły spływać po górnych partiach ciała hybrydy, co według niej nie było raczej spowodowane wysoką temperaturą powietrza, a stresem wywołanym przebywaniem sam na sam z jej potencjalnym zabójcą. Wciąż do końca nie wiedziała, co ma sądzić na temat tej "wilczycy", gdyż jej motywy były dla niej wielką niewiadomą. Owszem, wiadomym było, iż chce się dowiedzieć czegoś więcej na temat Gi, lecz równie dobrze mogły to załatwić w bardziej sprzyjających jej okolicznościach, a nie na terenie samego wroga. Nie podoba mi się to, powtarzała sobie w myślach Kivuli nie chcąc do reszty zostać omamionej przez ciekawość. Może i prawdą było to, iż właśnie takie zachowanie jest pierwszym stopniem do piekła? Nie, to tylko głupie przesądy - wmawiała sobie na wpół przytomna wadera, zachowując przy tym resztki zdrowego rozsądku - podejdź do tego na spokojnie, bez pośpiechu.
- Mówiłaś coś o koloniach... smoków. - Ginger z trudem przełknęła ostatnie słowo, wypowiadając je z niesamowitą niechęcią. Czuła odrazę do tych olbrzymich bestii, które kilka lat temu zniszczyły jej jedyny dom. (Niestety nie może nim nazwać watahy, w której obecnie mieszka. Czuje się tam wciąż obco). Pochyliła łeb ku skórzanej sakiewce zawieszonej na cienkim sznurze, obwiązanym wokół jej szyi i przykrytym grubymi taflami futra. Od razu przypomniała sobie ten cały ból, jaki czuła w tamtym dniu. Nie dałabym rady przeżyć tego po raz kolejny, pomyślała przymykając na chwilę oczy i biorąc głęboki wdech, by dokończyć swoją wypowiedź. - Mogłybyśmy się trzymać od nich z daleka?
Nefertete spojrzała na nią zdumiona, lecz ten wyraz twarzy momentalnie został zastąpiony bardziej poważnym. Wilkor nie spodziewał się takiego pytania zwłaszcza, że jej towarzyszka sama należy po części do rodu wcześniej wymienionych przez nią stworzeń. Nef nie przeszło nawet przez chwilę przez myśl, iż mieszaniec mógłby obawiać się swojego gatunku, co według niej wydawało się nieco śmieszne - skoro sama do niego należała, to dlaczego miałaby czuć wobec niego strach?
- Nie wiem, czy pozostawianie w pewnym dystansie od smoczych terenów na coś ci się zda. - zaczęła powoli wadera, starając się wprowadzać w błąd swojej kompanki - w końcu płynęły jej z tego niemałe korzyści. - Te istoty przeważnie prowadzą koczowniczy tryb życia, co w tym momencie stanowi problem, gdybyś chciała utrzymywać się od nich z daleka. Nawet jeśli, to i tak w końcu natknęłabyś się na jedno z należących do nich gniazd, a więc i twoje starania byłyby kompletnie próżne. - Moto wsłuchiwała się z uwagą w każde słowo, jakie zdołała wypowiedzieć przedmówczyni. Nie miała pojęcia, jak ma zareagować na takie wieści - paść na ziemię z płaczem, czy wciąż udawać niezłomną w tej kwestii.
- A... Ale... - Gi zaczęła się niemiłosiernie jąkać nie bardzo wiedząc, w jaki sposób ma przetworzyć tą informację. Wpatrywała się wielkimi oczyma w wilkora błagając w myślach o to, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca. Starała się powoli uspokoić i nie dać po sobie znać swojego chwilowego zaskoczenia, jednak nie dało się ukryć tego, iż jest teraz kompletnie zdruzgotana. - O czym ty mówisz? Kocz... Czekaj, jaki tryb życia? - Wadera wiedziała, co jej towarzyszka miała na myśli, aczkolwiek chciała to usłyszeć od niej jeszcze raz. Jej przytaknięcie potwierdziło tylko, iż nie wszystko jej się przesłyszało, lecz także sprawiło, że zaczęła odczuwać nagły lęk. Czy wszystko musiało być przeciwko niej?
- Nie powiesz mi chyba, iż obawiasz się smoków. To byłoby bardzo niekomfortowe w twoim przypadku, a... - Nefertete przerwała, widząc spuszczony w dół łeb Moto. Przez ten gest mogła bardzo łatwo domyślić się, co wadera sądzi na temat wcześniej wymienionego gatunku. Po raz kolejny biało-futra zdążyła ją w jakiś sposób zadziwić, aczkolwiek nie w taki, jakiego się po niej mogła kiedykolwiek spodziewać. - Hmm... Od dawna czujesz ten lęk? Czy to ma jakieś podłoże psychiczne? To może mi się przydać do przyszłych badań. - mamrotała do siebie, coraz bardziej obniżając to głosu, jakby nie chciała, aby ktoś ją usłyszał. Zlustrowała Kivuli wzrokiem mając niemałą nadzieję, iż po jej zachowaniu zdoła się dowiedzieć czegoś więcej. To łatwiejsze, niż manipulowanie ludźmi - pomyślała, kierując łepek w stronę regału ze starymi księgami. Chciała znaleźć jakąś, która przydałaby jej się w obecnej sytuacji, jednak nawet przy tak dobrym zmyśle widzenia nie udało jej się wypatrzeć żadnej użytecznej.
Ginger wodziła wzrokiem za pęknięciami znajdującymi się na szarawych ścianach. Ich długość zazwyczaj nie przekraczała jednego metra, aczkolwiek zdarzały się też i takie, które przebiegały przez całą fasadę. Nie były to ślady, mogące być przyczyną trzęsienia ziemi lub innego typu katastrofy. Były one raczej spowodowane zadraśnięciami pazurów, mogącymi należeć do jej towarzyszki. Furiatka - to było pierwsze określenie jakie w tym momencie przyszło jej na myśl, jednak od razu postanowiła wyrzucić je z głowy. Nie chciała od razu osądzać wilkora, lecz jej zachowanie było nietypowe i przypuszczała, iż nigdy się do niej nie zdoła przekonać. Chciała mieć to wszystko z głowy i natychmiast upomniała się o to, o co od samego początku chodziło jej towarzyszce (a przynajmniej tak myślała):
- To co z tą krwią? Ile jej potrzebujesz?


środa, 21 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Do zobaczenia, Firth Athaill!

 
 - Idziesz? Czy jednak wracasz do swojej ukochanej watahy? - Wadera usłyszała przed sobą szorstki głos, kompletnie wypruty z emocji - nie wiedziała, jak ma na ten ton zareagować. Towarzyszka spoglądała na nią co jakiś czas z niemal niewidoczną iskierką w oczach sprawdzając, czy ta już dokonała wyboru. Kivuli wiedziała, że ta tak szybko nie otrzyma od niej jednoznacznej odpowiedzi - biła się co chwila ze swoimi przekonaniami, wydającymi się kompletnie sprzecznymi ze sobą. Chciała wierzyć w to, że jeśli odejdzie z Nerthveny to będzie mogła wkrótce wrócić, jak gdyby nigdy nic, lecz wiedziała, iż to nie będzie tak łatwe. Przecież zaczną mnie za to potępiać, pomyślała Moto kuląc ogon ku dołu. Spuściła powolutku łeb i na dosłownie ułamek sekundy spojrzała na swoje łapy - całe ubrudzone błotem, do których poprzyklejały się drobne listki drzew i krzewów. Zaśmiała się cicho, przypominając sobie swoje stare słowa na temat wyglądu zewnętrznego, jednakże to opowieść na kiedy indziej (mając na myśli nigdy, oczywiście). - Z natury nie jestem jakoś specjalnie niecierpliwa, ale przy twoim tempie reakcji można się tej cechy szybko nabawić. - wycedziła wilczyca, zaciskając przy tym zęby. Hybryda spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami, już sama do końca nie wiedząc, co ma zrobić. Szybka decyzja, powiedziała do samej siebie, próbując wypowiedzieć coś, na co normalnie by się raczej nie zdobyła.
- Będę w stanie ci kiedyś zaufać? - zapytała biało-futra mrużąc delikatnie oczy, gdy na jej pysk zaczęło padać coraz więcej światła (najprawdopodobniej nie pochodziło ono od słońca, a z oświetlenia znajdującego się w tymże pomieszczeniu). Jej oddech coraz bardziej przyspieszał, nie mogąc wytrzymać narastającego napięcia wytworzonego pomiędzy dwoma waderami. Nie była do końca pewna, czy odpowiadanie pytaniem na pytanie wyjdzie jej na dobre - miała już szansę choć odrobinę poznać swoją towarzyszkę i była szczerze przekonana, że ta interrogacja nie będzie wystarczającą reakcją. Wciąż wpatrując się w ziemię poczuła na sobie ciepło, dochodzące wprost z miejsca zamieszkania Nef. Futro Kivuli zaczęło delikatnie łopotać na wietrze - był on suchy i nieprzyjemny, zupełnie inny od tego, jakiego obecność można było wyczuć na terenach watahy. Moto nie zdołała przyzwyczaić się do warunków panujących na jej terenach, więc i nagła zmiana klimatu raczej nie stała na jej przeszkodzie - można powiedzieć, iż jej to nawet odpowiadało, przypominając sobie o jej dawnym stadzie. Ech, nieważne...
Czarne stworzenie zaczęło mamrotać coś pod swoim nosem w swojej mowie, kompletnie nie zwracając uwagi na swojego kompana. Hybryda podejrzewała, że przedyskutowuje ze samą sobą, co takiego ma z nią zrobić, niżeli zastanawiać się nad odpowiedzią na jej poprzednie zapytanie. Może to nie była prawdziwa, ale chyba jedna z tych najbardziej prawdopodobnych opcji, za jaką mogłoby pójść stworzenie. W każdym razie, ograniczyła się do tejże możliwości.
- Równie dobrze mogłabym ją czymś odurzyć... - zastanawiała się towarzyszka, gdy Moto nagle zdębiała słysząc to, co miało zamiar zrobić z nią podstępne zwierzę. Odurzyć? Nie, ona nigdy nie posunęłaby się do takich kroków, rozmyślała Kivuli starając się nie rozważać tej najbardziej makabrycznej wersji wydarzeń. Przecież Nefertete nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego. To zdecydowanie niehumanitarne (jest jakieś podobne odniesienie do wilków?). A zresztą, skąd miałaby nagle wziąć jakąś... truciznę? Wilk nie znał się na tego typu sprawach i na pewno nie chciał poznawać tego na własnej skórze - nie, to nie wchodziło w grę, a już na pewno nie w tych okolicznościach.
Chcąc sprawdzić, czy jej kompan nie ma niczego pod ręką, wadera szybko rozejrzała się po jej całej "jaskini": szarości, biele i czernie pokrywały prowizoryczne ściany, widocznie wykopane przez właścicielkę tuneli. Samo miejsce zamieszkania nie przypominało typowego, w jakim mieszkała reszta watahy - zazwyczaj znajduje się tam tylko pojedyncze, puste miejsce, aby wilk po całym dniu mógł w spokoju odpocząć w cieniu - to kompletnie różniło się od widzianego przez nią w obecnej chwili miejsca. Całe pomieszczenie zapełnione było różnorodnymi sprzętami i regałami ze starymi księgami, którymi hybryda od razu się zainteresowała. Wodziła wzrokiem po pracach różnorakich twórców przypominając sobie wszystkie historie (zwłaszcza przygodowe), które miała okazję kiedyś przeczytać. Niegdyś robiła to w każdym możliwym dla niej czasie - pomiędzy lekcjami z matką, polowaniami i wygłaszaniem uroczystych mów. Marzyła o tym, by kiedykolwiek móc przeżyć jedną z opowiedzianych historii, jednak te myśli odeszły równie szybko, jak smoki pojawiły się w jej rodzinnych stronach. Wtedy też zaprzestała czytaniu i od tego czasu nie wzięła ani jednej książki do łapy - a naprawdę żałowała tego coraz bardziej.
- Hmm... Przedstawiłam ci już wcześniej dwie opcje, za którymi mogłabyś ewentualnie podążyć. Widzę jednak, iż nie jesteś szczególnie nimi zainteresowana, więc i ja mogę przestać interesować się tobą i zwyczajnie pozostawię twoje ciało na pastwę tutejszych dzikich zwierząt... - Nef cicho zachichotała, nie bardzo wiedząc, dlaczego Kivuli jest tak zakłopotana jej wcześniejszymi słowami. Spojrzała na nią pytająco i oczekiwała, aż ta wyjaśni jej obecną sytuację. Zamiast tego Moto zrobiła krok w tył, coraz mocniej bojąc się swej towarzyszki - czuła to uczucie już poprzednio, jednak z każdym kolejnym jej zdaniem poczucie lęku wzrastało. Czy ona naprawdę nie wie, o co chodzi? - hybryda zaczęła częściej zadawać sobie to pytanie odnoszące się do postaci o czarnym futrze. Szczerze nie miała zielonego pojęcia, czy ona w tym momencie zgrywa przygłupa czy naprawdę nie rozumie, co czasem się wokół niej dzieje. Ona w ogóle ma wiedzę na temat jakichkolwiek pojęć dotyczących emocji lub uczuć? - To jaki jest twój wybór? Wolisz umrzeć albo pomóc mi i żyć? To jest twoja ostatnia szansa, nie będę się powtarzać.
- A więc... do zobaczenia, Firth Athaill. - wypowiedziała biało-futra, po czym zrezygnowana ruszyła w stronę stojącej naprzeciw niej mrocznej postaci. Wiedziała, iż nie robi dobrze, lecz to była jej jedyna okazja. Okazja na to, by dowiedzieć się choć trochę o Nefertete i o niej samej.

 

poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Kolejna fala bólu

 

- Jak tu jest pięknie... - wymruczałam, pozostawiając swoje bursztynowe oczy szeroko otwarte. Szczękę miałam wciąż niedomkniętą nie wierząc w to, co właśnie zobaczyłam - to wszystko wydawało się zbyt nieprawdopodobne, by mogło być w jakimkolwiek stopniu prawdziwe: połacie dzikich traw okalały równomiernie skały, których wiek pozostawał w tajemnicy. Naprzód ode mnie rozciągał się niesamowity pustynny krajobraz, jednak nie dało się tego odczuć choćby w samym klimacie czy powietrzu - nie było ono suche, a raczej pozostawiało po sobie przyjemną wilgoć. Wielkie kaniony widoczne z daleka mieniły się od przepływających między nimi niewielkich strumyczków, jakby całe były pokryte niewyobrażalną ilością niewidocznych gołym okiem diamentów. Każdy kwiat, prawdopodobnie znajdujący się tutaj nie wytrzymałby w takich warunkach z uwagi na glebę (a właściwie jej całkowity brak), dlatego też zamiast nich można było dojrzeć niewielkie kaktusy, pojawiające się gdzieniegdzie na horyzoncie, znikającym tuż za wielkimi murami głazów. Same kamienie tworzyły łuki, jakby próbujące wskazać odpowiednią drogę chcąc wyprowadzić wilki z terenu nieskażonego wcześniej ich obecnością. Z ciekawością przeniosłam po chwili wzrok na purpurowy nieboskłon, nadający temu miejscu spokojniejszy charakter. Poza fioletem można było też dostrzec jaskrawą żółć znajdującą się w oddali, lecz to już tak nie przyciągało mojej uwagi, jak wcześniej widziane tu zjawiska. Nie mogłam oderwać od tego wszystkiego wzroku - chciałam się nacieszyć tym widokiem, którego mogłam nie spotkać przez długie tygodnie od dzisiejszego dnia.
Odsunęłam się powoli od krawędzi osuwiska, po raz pierwszy spoglądając na basiora od dłuższego czasu - jego szmaragdowe ślepka doglądały całego miejsca, jakby to on sprawował nad nim swą pieczę. Pierś wilka była wypięta dumnie do przodu, a pysk delikatnie oświetlony nielicznymi strużkami światła, które na niego opadały, wciąż pełne gracji (jeśli można to w ten sposób ująć). Skrzydła w odcieniach pomarańczy schowały się dość niedawno pod warstwą aksamitnego futra, przez co na chwilę zapomniałam, że samiec takowe w ogóle posiada. Ani przez sekundę nie spojrzał na mnie - odkąd tutaj przylecieliśmy usiadł tylko na jednym z krańców skały, po czym zaczął doglądać otaczającego nas terenu. Zbliżyłam się o kilka kroków do niego, po czym przysiadłam u jego boku starając się dostrzec punktu, którego on sam tak ochoczo wypatruje - nie zauważyłam jednak nic, na czym mogłam spocząć swój wzrok na dłużej. Nie dostrzegłam niczego, poza białymi, puszystymi obłokami na barwnym niebie.
- Ładnie tu prawda? - Basior spojrzał na mnie z - typowym dla niego - szerokim uśmiechem, nie odstępującym ani na krok od jego twarzy. Wpatrując mi się uważnie przechylił głowę na bok starając się udawać szczeniaka i trochę szybciej wyciągnąć ode mnie odpowiedź. Na ten gest tylko cicho potaknęłam, zaczynając chichotać. Widok był ten naprawdę przezabawny - dorosły, dobrze zbudowany wilk starający się utożsamić z uroczym młodym - to musiało się nie udać, a samiec chyba doskonale o tym wiedział. Po raz kolejny uśmiechnął się do mnie widząc mnie roześmianą i niemal od razu każdy z nas zapomniał o wcześniejszych sporach - było mi to na rękę. Nie miałam zamiaru po raz kolejny wdawać się z nim w potyczkę, a już na pewno nie teraz. - To dobrze... - westchnął z niemałą ulgą w głosie i tuż po tym znów zaczął spoglądać na zachodzące powoli słońce. W końcu udało nam się w spokoju wymienić kilka zdań.
- Hej... - zaczęłam mówić, by ten zwrócił na mnie trochę uwagi. Obrócił łepek w moją stronę i skierował uszy do przodu dając mi znak, że mnie słucha. Może damy radę normalnie porozmawiać, pomyślałam niebawem zapominając o tej myśli, która wcale nie była w tym momencie istotna. Po raz ostatni (no, może nie tak od razu) zerknęłam na krajobraz rozchodzący się za moimi plecami i spojrzałam prosto na Yin'a, siedzącego teraz wprost przede mną. Miło było wiedzieć, że jest zainteresowany tym, co chce mu za chwilę przekazać. - Dlaczego tak właściwie mnie tutaj zabrałeś? - zapytałam cicho bojąc się, iż po raz kolejny zadałam nieodpowiednie pytanie, co zresztą zdarzało mi się teraz niebywale często. Momentalnie spuściłam czerep w dół oczekując jego reakcji, nie chcąc czuć na sobie jego wzroku, który w tym momencie mógł być przepełniony nienawiścią lib wręcz przeciwnie - łagodny i troskliwy, jakim zdawał się patrzeć na krainę. Był on o wiele dobrotliwszy od tego, jakim zazwyczaj spoglądał w moją stronę. Heh.
Miałam zamiar dopytywać się towarzysza o odpowiedź, gdy nagle w okolicach żeber poczułam przeszywający ból, który sparaliżował mnie od środka. Momentalnie, bez żadnego namysłu wydarłam się na cały głos nie mogąc na dłużej złapać powietrza, próbując je dokuczliwie wychwytywać. Prawą łapą przesunęłam po miejscu, które sprawiało mi najwięcej cierpienia i nawet nie spoglądając już wiedziałam, że sączy mi się stamtąd bardzo dobrze mi znajoma szkarłatna ciecz. Wylewała się teraz natarczywiej niż zwykle, a ja starałam się o własnych siłach tamować krwawienie. Nie myślałam już o basiorze tylko o tym, żeby w jakiś sposób ratować swoje życie, które w tym momencie było na granicy przepaści między nim a natychmiastową śmiercią. Nie chciałam umierać - wbrew moim wszystkim słowom, które kiedyś udało mi się wypowiedzieć. To było za wcześnie, o czym sobie teraz uświadomiłam - kiedy zdychałam.
- Mówiłam, że po ciebie wrócę... Yin. - przeciągliwy kobiecy głos zdawał się dobiegać zza moich pleców. Spojrzałam za siebie zamierając w bezruchu, za późno przypominając sobie, do kogo on może należeć.
Yin, uciekaj.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Nietuzinkowa woń

Weno, wróć do mnie! Mam czekoladę! ;-;
POPRZEDNIA CZĘŚĆ
Spoglądałam pustymi oczyma na posadzkę, znajdującą się niemal kilka milimetrów od mojego pyska. Była lodowata, cała pokryta drobnymi (a także tymi nieco większymi) pęknięciami. Mój wzrok kierował się coraz dalej w kierunku końca największej szczeliny, jednak jej kraniec był poza zasięgiem mojego pola widzenia. Znajdowała się tam tylko gęsta mgła, która zasłaniała mi wszystko, co mogłam dostrzec w oddali. Lubiłam ten puszysty obłok, gdyż zazwyczaj przysłaniał mi to, czego nie chciałam zobaczyć, lecz w tym momencie był po prostu uciążliwy. Widoczne były tylko pojedyncze strużki światła, cudem przebijające się przez przezroczyste opary, które i tak nie były wystarczającym oświetleniem, aby zapanować nad mrokiem znajdującym się wokół mnie. Może i moje oczy były już przyzwyczajone do tej wszechobecnej ciemności, aczkolwiek nie mogłam zobaczyć prawie nic, co znajdowałoby się więcej niż metr ode mnie. Ledwo mogła przyuważyć koniec swojego ogona, a co już dopiero inne postacie w oddali.
Wpatrywałam się coraz dłużej w czeluści jaskini nie zauważając, że ktoś znajduje się obok mnie. Znajoma woń pierza i krwi niemal natychmiast dotarła do moich nozdrzy, wypełniając je nietuzinkowym zapachem. Nie przepadałam za nim, a wręcz go nie lubiłam - wolałam czuć w tym momencie aromat ulubionych kwiatów, który przywodziłby mi na myśl tylko te pozytywne wspomnienia, zamiast brudnego basiora, wywołującego u mnie wciąż niemałą pogardę. W tej chwili nie mogłam myśleć o nim w inny sposób, niż negatywny. (Wcześniej nawet zaczęłam traktować go jako mojego przyjaciela. Ha! Dobre sobie!). To, co zrobił, było nie do pomyślenia i wciąż nie potrafiłam przestać mu tego wypominać - ja rozumiem, że teraz żyję tylko i wyłącznie dzięki niemu (no, może jeszcze to zasługa Toxic'a), ale też gdyby nie on, nie leżałabym tutaj w tak opłakanym stanie. Nie mogę mu tego teraz wybaczyć. Po prostu.
- Ech... "Doktorek" kazał mi sprawdzić czy już u ciebie lepiej i przy okazji powiedzieć... - Yin spojrzał na mnie pierwszy raz od czasu, od kiedy stał tutaj koło mnie. Nie dałam rady przyjrzeć się dokładnie jego mimice twarzy, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę z tego, iż jego pysk nie układał się w typowym dla niego uśmiechu. Bardzo łatwo mi było teraz odczytać jego uczucia - nie czuł się najlepiej, zwłaszcza po tej operacji. Jego oczy emanowały bólem, spowodowanym licznymi ranami i rozdarciem szwów, które jeszcze przed godziną miało miejsce. Wpatrywał się raz na mnie, a raz na jaskinię - nie wiedział, na czym ma zawiesić oko na dłużej. Ja sama nie miałam pojęcia. - Cholerna Kivuli! Czy ty możesz choć raz się w nic na dłużej nie plątać? Chociażby raz! - wykrzyczał wprost w moją stronę, dając upust emocjom.
- Ginger... - wyszeptałam cichym głosem starając się znowu nie wyprowadzić go z równowagi. Nie chciałam z nim walczyć. Nie po tym, co stało się wcześniej. - Mówiłam ci, abyś właśnie tak się do mnie zwracał, a ty nie posłuchałeś. Jesteśmy kwita. - wycedziłam, nie chcąc dalej drążyć tematu mojego prawdziwego imienia. Powtarzałam, żeby mówił do mnie w ten sposób i nie chciałam tego robić po raz kolejny. Powinien w końcu przyjąć do wiadomości, iż ma mnie nazywać tak, a nie inaczej i nie mam zamiaru mu zdradzać tego prawdziwej przyczyny. I tak wiedział już o mnie za dużo. Zdecydowanie...
Yin przyglądał mi się podejrzliwe, jakby miał zamiar coś więcej ode mnie wyciągnąć. Tym razem patrzył się tylko prosto w moje ślepka, starając się tak, jak ja wyczytać coś z moich emocji. Widziałam, iż te próby nie szły mu za dobrze i w końcu po kilku minutach się poddał. Nie chciałam dowiadywać się, co siedzi w tej jego głowie i chyba, by tak lepiej pozostało. Obserwowałam jego każdy ruch, widząc coraz to nowsze detale w jego posturze: jego skrzydła wcale nie były czerwone, gdyż w tym świetle dało się w nich dostrzec nutę pomarańczy. Końce jego uszu przybierały musztardowy kolor, a pysk wcale nie był podobny do tego, jaki ma typowy basior - wydawał się on znacznie smuklejszy tak, jak to jest u większości samic naszego gatunku. Dopiero teraz zauważyłam rysujące się na jego klatce piersiowej mięśnie, które nadawały jego posturze charakteru. Mogły one świadczyć o dużej sile, która podczas naszej "bitwy" przeważyła nad moją zwinnością i wytrzymałością. Postrzegałam u niego nie tylko te mocne strony jego budowy ciała, ale i te słabsze punkty. Co ciekawe, było ich naprawdę dosyć sporo.
- W co ty ze mną pogrywasz? - zapytał momentalnie wilk, wyrywając mnie z dłuższego zamyślenia. Stałam przed nim, z oczami wbitymi w jego własne - o co mu właściwie chodziło? Nie docierało do mnie znaczenie tych słów zwłaszcza, że byłam teraz trochę "nieprzytomna". Nie miałam pojęcia, co chciał osiągnąć samiec tym zapytaniem, aczkolwiek ten widocznie nie zamierzał odpuszczać. Wziął tylko głęboki oddech i wypiął pierś do przodu, jakby miał zaraz coś dopowiedzieć. Nie myliłam się w żadnym z tych stwierdzeń. - Możesz mi łaskawie wytłumaczyć, dlaczego wciąż mnie okłamujesz? - Jego słowa brzmiały teraz coraz jaśniej, lecz wciąż nie wiedziałam - i chyba nie chciałam do końca wiedzieć - o jakie kłamstwa mu chodzi. Do tej pory byłam z nim w stu i jeden procentach szczera i to się nie zmieniło.
- Słuchaj, ja naprawdę nie wiem o co ci chodzi i lepiej, abyśmy niezwłocznie zakończyli ten temat...
- Moto! - Po raz kolejny użył mojego imienia, po czym dreszcz przeszedł mi po całym ciele. Ta rozmowa została sprowadzona na złe tory po raz kolejny. Nikt z nas nie dawał rady odpuścić - nasza własna duma nie dałaby nam obu wtedy spokoju, a ja bardzo dobrze o tym wiedziałam. Jednakże miałam cichą nadzieję, że to nie skończy się tak, jak wcześniej. - Uspokój się w końcu i daj mi dokończyć! Czy ty zawsze taka byłaś? Zawsze łgałaś wszystkim wokół prosto w twarz?! - Do oczu zaczęło mi napływać coraz więcej słonawych łez, których w żaden sposób nie dawałam rady okiełznać. Czułam się, jakbym miała watę zamiast nóg, mającą lada moment opaść bezwładnie na ziemię, pozostawiając mnie samą na pastwę losu. Czy ja zawsze taka byłam? Zadawałam sobie w głowie w kółko to jedno pytanie, nie znając na nie żadnej konkretnej i sensownej odpowiedzi, która mogłaby załagodzić ciekawość Yin'a.
- A co, jeśli ja sama tego nie wiem?

niedziela, 4 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Szkarłatna posoka

 
Wadera stała, wciąż będąc niepewna swojej decyzji. Owszem, chciała dowiedzieć się czegoś więcej na temat Nef - gdyż ona sama wiedziała o niej zbyt wiele - a także o innych pół-smokach, lecz nigdy nie planowała przekroczyć tej bariery - uważała ją za granicę, której nigdy nie mogłaby przekroczyć. Zwróciła swój łeb ku górze widząc, że już powoli świta. Wiedziała, iż czas jej warty dobiega końca, a ona sama będzie za niedługo musiała opuścić to miejsce - znajdując się na terenach Nerthveny lub poza nimi. Zdawała sobie sprawę z tego, jak szybko musi dokonać tego wyboru i to ją przytłaczało. Jej towarzyszka powoli przechodziła już przez "bramę do innego świata", a ona tam sterczała i zwracała uwagę tylko na chmury. Za długo myślisz, Kivuli, pomyślała niezdecydowana hybryda, dokonaj wyboru.
Mieszaniec po raz ostatni spojrzał na granicę oddzielającą jej krainę, od tego, co jest na zewnątrz i biegnąc przed siebie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że właśnie straciła coś ważnego. Coś, co mogłoby wnieść jakieś zmiany do jej życia. Nie zaprzątając sobie więcej głowy tymi myślami skupiła się na ruchu swoich łap. Nie chciała się wrócić, gdyż zdawała sobie sprawę z tego, iż wprowadzanie ogromnych modyfikacji do jej bytu nie przyniosłoby większych korzyści. Nie miała zamiaru już niczego więcej zmieniać, bo przecież po co? Kolejne straty i ból - taki właśnie koszt miała wiedza na temat swojej rasy, która w tym momencie nie była dla niej tyle warta, by przekroczyć barierę. Nie po to się tu znalazła.
- Zrobiłaś dobrze, Moto. - Wadera próbowała uspokoić swój umysł, w którym kłębiło się teraz tak wiele przemyśleń, iż nawet dla niej to było za dużo. Wiele razy była stawiana przed takimi wyborami, lecz odpowiedzi na nie zawsze przychodziły jej z łatwością. Więc dlaczego teraz? Z jakiego powodu w tym momencie nie mogła znaleźć adekwatnego rozwiązania do tej sytuacji? W kółko i w kółko zadawała sobie te same - odrobinę bezsensowne - pytania, które nigdy nie miały doczekać się dokładnego wyjaśnienia. - To była bardzo dobra decyzja... - Wciąż przekonywała samą siebie do tej myśli. Wiedziała jednak, że mogła to rozegrać o wiele lepiej, lecz nie miała zielonego pojęcia, w jaki sposób miałaby to osiągnąć.
Po chwili skręciła leśną ścieżką w prawo, by udać się do znajomego jeziora - może, by na coś zapolować lub chociażby się napić. Droga do niego prowadziła przez kręte, wyściełane liśćmi uliczki, które z daleka mogły się wydawać niekończące (jak ta opowieść, hę?). Niewiele wilków wiedziało o tym miejscu - Ginger mogła się nawet założyć o to, że nikt o zdrowych zmysłach by się tak daleko nie zapuścił. Nagie drzewa o tej porze roku dodatkowo odstraszały podróżnych, pozostawiając po sobie aurę tajemniczości, otaczającą wszystko wokół. Nawet piękny (w okresie letnim, oczywiście) zbiornik wodny zmienił się teraz nie do poznania, pozostawiając po sobie tylko miejsce, do którego nikt nie chciałby wstąpić. Wodę spowił lód, a cały ten obraz dopełniała tylko gęsta mgła, z jakiej powodu nie można było zobaczyć nawet czubka swojego nosa. Pięknie tu, pomyślała rozmarzona Kivuli, zbliżając się coraz bliżej do tego miejsca.
- Ciekawe, co robi teraz N... - Moto natychmiast ugryzła się w język, z którego pociekło kilka kropel posoki. Pozostawiły na jej ozorku nieprzyjemny posmak, który chciała natychmiast zniwelować. Nie lubiła jej. Można było nawet powiedzieć, iż ją w jakiś sposób brzydziła. Ten szkarłatny płyn kojarzył jej się z wieloma niechcianymi wspomnieniami, które natychmiast wróciły. Tak wiele krwi zostało przelanej na jej oczach, iż nie miała zamiaru mieć z jej większą ilością więcej do czynienia. Po jej policzku spłynęła łza, na samą myśl o tym, jednak starając się nie ukazywać swoich słabości od razu starła ja łapą. Może i nie było nikogo wokół niej, ale ona sama przed sobą nie pokazywała, że jednak cierpi. A ten ból w środku z każdą chwilą się pogłębiał. - Nie Kivuli, nie możesz. - załkała, po czym zwróciła się w stronę bajorka.
Podeszła wolnym krokiem, po czym zanurzyła pysk w lodowatej cieczy. Poczuła, jak po jej plecach przeszły ciarki, lecz niemalże od razu przestała się tym przejmować. Miała w planach wyłącznie ukoić swoje pragnienie, które w tym momencie najbardziej jej doskwierało. Cholera, zimne to - pomyślała wadera, po czym odsunęła swój pysk od tafli wody stwierdzając, iż przez to może się szybko zaziębić. Spojrzała po raz ostatni na zachodzące już niebo i położyła się na brzuchu, próbując zasnąć. Zastanawiała się przy okazji, jakie zadanie od Alphy stada dostanie jutro (oby nie granica!), lecz postanowiła się nad tym nie rozczulać i już po kilki sekundach jej myśli przestały krążyć wokół tego.
- Wszystkiego dowiem się jutro... - mruknęła pod nosem hybryda, po czym delikatnie przymykając oczy od razu zasnęła. Musiała być widocznie bardziej śpiąca, niż to mogłaby wcześniej przypuszczać.

Budząc się kolejnego ranka wiedziała, iż coś jest nie tak. Nie leżała już na twardej glebie, ani na swym własnym drzewie (choć to też było niemożliwe, gdyż nie posiadała zdolności teleportacji czy czegoś podobnego), tylko pod opuszkami u łap czuła aksamitną sierść innego stworzenia. Bojąc się otworzyć oczy udawała, że wciąż śpi, jednak jej oddech gwałtownie przyspieszył. Nie wiedziała co lub kto właśnie niesie ją na grzbiecie, ale nie musiała być inteligentna by zdać sprawę z tego, że to nie mógł być zwyczajny przypadek. Musiało być to zaplanowane, bo kto wziąłby na barana kompletnie obcego wilka? Ludzie - były to jedyne istoty, które mają odwagę podejść do canis lupus'a ot tak go sobie przywłaszczyć (zazwyczaj by wypatroszyć i dołączyć do kolekcji zwierzęcych skór - Ginger swego czasu bardzo dużo czytała na temat gatunku, jakim jest człowiek), lecz nie mieli oni możliwości przedostać się bezpośrednio na tereny watahy, a to futro na pewno nie należało do któregoś z nich. Nie zwracając na nic uwagi wilczyca poczuła nagły ból w krzyżu, po czym otworzyła oczy i nie mogła uwierzyć temu, co zobaczyła.
- Gi, ty chyba nigdy się niczego nie nauczysz. - Znała ten głos. Jej oddech zwolnił, jednak w jej oczach dało się wyczuć strach - nie ufała Nef (można nawet stwierdzić, że jej się bała), a już na pewno nie po tym, co jej przed chwilą zrobiła. Czy ona ma tam jakiś rozum? - Chciałam się dowiedzieć na twój temat czegoś więcej, lecz postanowiłaś wrócić do swojego stada. No cóż, musiałam więc znaleźć inny...
- Możesz się łaskawie przymknąć?! - warknęła wilczyca z niemałą furią w głosie. Miała świadomość tego, że musi się opanować, jednak wszystkie uczucia jakie w niej tkwiły nagle postanowiły się uwolnić. - Przestań w końcu pieprzyć! Albo mi opowiesz teraz o wszystkim albo możesz się ze mną pożegnać raz na zawsze! - Na te słowa jej towarzyszka uśmiechnęła się tylko szyderczo, cicho się śmiejąc.
- Śmiesznie się złościsz, wiesz? - Zachichotała po raz kolejny, nie mogąc opanować swojego zadowolenia. Jej dobry nastrój widocznie coraz bardziej ją rozbawiał. - A odnosząc się do twoich poprzednich słów - ja zawsze dostaję to, czego chcę...

sobota, 3 lutego 2018

Od Kivuli Moto - Przedśmiertna operacja

 
Stałam przerażona i wpatrywałam się ze wściekłością w oczach na mojego towarzysza. Bałam się cokolwiek powiedzieć i tylko nasłuchiwałam tego, o czym rozmawia Yin wraz ze swoim... sługą? Inaczej nie mogłabym tego nazwać. Obydwoje wyglądali nad wyraz spokojnie, co mnie niepokoiło - basior z ogromną raną wciąż uśmiechał się szyderczo, jakby dając do zrozumienia, że wszystko u niego w porządku. Nie, oczywiście, iż tak nie było. Zastanawiałam się, dlaczego oni mogli udawać, że nic się nie stało w momencie, w którym ja trzęsłam się ze strachu. Dla mnie to było wręcz niemożliwe. Nie mogłam zapomnieć o tym, ot tak zważywszy na to, że chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat - kim była ta kobieta i czego chciała od samca? Wyglądała na młodą, lecz jej skóra była niecodziennie blada - wyglądała, jakby od dawna była już martwa. Jej puste oczy nie wyrażały żadnych emocji, jednak dało się od niej wyczuć niesamowicie przenikliwe zimno. We włosy - pofalowane, spływające po jej kościstych ramionach - miała wpięte dwa duże kwiaty, z którymi jeszcze nigdy nie miałam okazji się spotkać - rośliny były tak samo piękne, jak jej niecodzienna uroda. Była urodziwa, chociaż ciężko było to dostrzec za pierwszym razem - przysłaniała to jej przeszywająca aura, otaczająca mnie całkowicie od środka.
- Narkoza. Musimy ci zrobić operację. - usłyszałam nagle informację, dobiegającą z drugiego końca jaskini. Jaką operację, do cholery?! Serce zaczęło mi bić szybciej, a po policzkach z niewyjaśnionego powodu zaczęły mi ściekać strużkami łzy, wpadające mi do otwartego z wrażenia pyska. Słone, pomyślałam sobie, po czym od razu skierowałam wzrok na leżącego w oddali wilka, który nie dawał już z siebie żadnej oznaki życia - to musiał być wpływ tej narkozy, o której mówiło przed chwilą stworzenie pochylające się nad nim. Powędrowałam chwiejnym krokiem do niego, po czym upadłam - wciąż byłam osłabiona i wiedziałam, że przez jakiś czas będę mogła poruszyć się tylko o co najwyżej kilka metrów.
- T... - usiłowałam sobie przypomnieć imię potwora, które jeszcze przed chwilą wymawiał Yin. Nic nie wskazywało na to, aby trwało to zbyt długo. - Toxic, tak? - zapytałam po chwili, nie oczekując od niego odpowiedzi. Wpatrywałam się tylko w to, co robił - przenosił basiora w miejsce, gdzie jest więcej światła, po czym spojrzał na mnie i jakby czekał, aż powiem coś dalej. Dziękuję, odpowiedziałam mu w myślach, po czym otworzyłam szerzej pysk, by móc coś powiedzieć. - O jakiej operacji mówiłeś? To coś poważnego? - Jego mina natychmiast posmutniała, a ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że od tego właśnie zabiegu zależy jego życie. Nie mogąc uwierzyć w to, czego się przed chwilą dowiedziałam. Moja głowa automatycznie opadła na lodowatą posadzkę - jeśli można to tak nazwać - i zaczęłam cicho łkać. To moja wina. Gdybym mu pomogła przy Niej, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej - zamiast tego stałam tam sparaliżowana i ledwo co udało mi się z siebie wykrztusić jedno zdanie. Cholerna Kivuli.
- Jeśli chcesz, możesz mi w tym pomóc. Możesz się na coś przydać. - powiedział stanowczo Toxic, a ja natychmiast wytężyłam słuch. Oczywiście, że chciałam mu pomóc! Moja duma by tego nie zniosła, gdybym chociaż odważyła się pomyśleć o negatywnej odpowiedzi, a już co dopiero tak odpowiedzieć.
- N... No, tak. Ale w czym? Przecież teraz to ja się nawet ruszyć nie potrafię bez czyjejś pomocy... - Spuściłam wzrok uświadamiając sobie, że jeśli naprawdę chcę coś przy tym zdziałać, to muszę przestać zwracać uwagę na swój ból. Poczujesz tylko lekkie ukłucie, szeptałam do siebie, aby nie myśleć o cierpieniu, które z każdą próbą mojego ruchu wzrastało do takiego poziomu, jakby po plecach przeszło mi kilka słoni - a wierzcie mi lub nie, lecz to wcale nie jest przyjemne uczucie. Wykorzystując w końcu całą swoją siłę woli podeszłam do istoty, co chwilę klnąc pod nosem lub sycząc, jednakże do nie miało znaczenia. Samiec mnie niedawno "uratował", więc i ja nie chciałam pozostawać mu dalej dłużna. - To co mam robić? - zapytałam z wymuszonym uśmiechem na obolałym pysku.
- Hmm... Potrzymaj to! - wcisnął mi do łap niewielkie pudełko, jakie zazwyczaj nosili przy sobie medycy z watahy. (Lepiej nie pytać, skąd to wiem. To za długa i skomplikowana historia, którą pozostawię na kiedy indziej). Przyglądałam mu się, jak zaczął wyciągać stamtąd szew i igłę chirurgiczną, po czym przystąpił do pracy. Szczerze? Z wielką chęcią chciałabym to od-wiedzieć i już nigdy więcej nie zobaczyć.
Najpierw powoli nawlekł na kleszczkę nić chirurgiczną, a następnie zaczął się z precyzją wbijać w skórę Yin'a. Można było zauważyć, iż nie robił tego pierwszy, ponieważ zachowywał przy tym niezwykłą precyzję. Tak, ewidentnie był dobry w tym fachu i nie dziwię się, z jakiego powodu samiec mu zaufał - też bym tak postąpiła. Krew zaczęła ściekać powoli po jego skórze, plamiąc przy tym nieskazitelnie białe futro wilka. W coraz większej ilości obszarów sierść nabierała szkarłatnego koloru, pozostawiając po jakimś czasie brązowawe ślady - wyglądało to, jakby canis lupus zamieniał się w żyrafę - co było całkiem zabawne, jednak starałam się powstrzymać śmiech. Spoglądając po raz kolejny na to, co robiło stworzenie, dostrzegłam coraz więcej małych ranek, spływających jednym ciurkiem po ciele Yin'a. Nagle do moich nozdrzy dotarł zapach uryny, zmieszany ze szkarłatnym płynem. Odruchowo uchyliłam łeb do dołu i zaczęłam wymiotować. Nic poza krwią i śliną nie wydostawało się z moich ust, a z oczu ściekały mi łzy. Dopiero teraz do mnie dotarło, co tak naprawdę się dzieje - miałam przed sobą towarzysza umierającego na moich oczach, a ja jeszcze sama niedawno miałam zacząć chichotać. Ta myśl jeszcze bardziej zaczęła wzbudzać we mnie torsję i kolejny raz czerwona ciecz znalazła się pod moimi łapami - nie było to nic dziwnego zważywszy na to, iż nie jadłam od dwóch, może trzech dni. Cicho zaklęłam.
- Dobrze, możesz mi teraz... - Toxic spojrzał się na mnie zdumiony zastanawiając się, dlaczego zastał mnie w takiej pozycji - zaśliniony, płaczący kundel, nie radzący sobie z emocjami. To był idealny opis tego, jak czułam się w tej chwili. - Ginger, nic ci nie jest? Może podać ci jakieś tabletki na uspokojenie albo... - Po raz kolejny istota przerwała, tym razem z powodu głośnego krzyku, dobiegającego zza moich pleców.
Yin.
 

niedziela, 28 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Idealna okazja

 
Momentalnie otworzyłam oczy wiedząc, że to nie wróży nic dobrego. Mój oddech przyspieszył, a serce biło tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. To nie było normalne - z jakiego powodu udało mi się przeżyć? Obrażenia, które zadała mi ta skrzydlata wiewiórka były na tyle mocne, aby powalić stworzenie większe ode mnie, a już na pewno takiego wilczka, jakim byłam ja. Moje mięśnie wciąż nie odpoczęły po poprzednich wyczynach, na jakie sobie pozwoliłam - czego szczerze już bym nigdy więcej nie powtórzyła - i dalej nie panowałam nad tym, aby móc wstać bez czyjejś opieki. Jednakże ból nie był na tyle silny przy karku - nie to, co w innych partiach ciała - więc mogłam bez problemu poruszyć łbem. Rozglądałam się wokół, a jedyne, co udało mi się dostrzec, to była sylwetka jakiegoś wilka - to widocznie on musiał mnie uratować. Ponadto wszędzie wokół znajdywała się tylko wszechogarniająca ciemność, która spowijała każdy najmniejszy zakątek tego miejsca. Uczucie dyskomfortu wzmagała tylko wilgoć i zimno, które tak, jak mrok pojawiały się wszędzie - a przynajmniej tam, gdzie zdołałam to dostrzec. Zakres moich zmysłów był tu ograniczony do kompletnego minimum.
Przyzwyczajając już swój wzrok do braku światła zwróciłam swoje oczy w stronę postaci, leżącej niedaleko mnie. Po sylwetce mogłam bez problemu zgadnąć, że należała ona do wilka. Jego silne, umięśnione ciało i układ mięśni sprawiały, że mógł to być basior, jednak z doświadczenia wiem, że nie warto oceniać książki po okładce. Dalej brnąc w przyglądanie się domniemanemu samcowi zauważałam coraz to nowsze rany, znajdujące się na jego - bądź jej - korpusie. Najbardziej dostrzegalny był, jednak jeden wielki uraz, przebiegający od barków aż do początku ogona, którego ciężko było nie zauważyć. W przeciwieństwie do moich zadraśnięć to było już o wiele poważniejsze. Szkarłatna, podchodząca pod czerń ciecz sączyła się powoli po całym ciele zwierzęcia, co wyglądało niemiłosiernie boleśnie. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, iż ja spowodowałam to, że istota tak naraziła się na niebezpieczeństwo - rana wyglądała jeszcze świeżo, a więc było to jedyne racjonalne wytłumaczenie. Czułam się cholernie głupio - ktoś naraził swoje życie, aby mnie ratować, a ja nie mogłam wykrztusić zwykłego "dziękuję"?
- Znaj łaskę Pana, Kivuli. - Nagle od środka przeszył mnie strach. Wiedziałam, do kogo należał ten głos i wcale nie byłam z tego zadowolona. Yin - gdyż to on przed chwilą się do mnie zwrócił - był tym basiorem, który jeszcze niedawno miał czelność mnie doprowadzić do takiego stanu, a teraz nagle mnie uratował. Co on sobie myślał? Że może się mną bawić, jak lalką, a następnie odrzucić w kąt, gdy mu się w końcu znudzę?! Nie wiedziałam, jak mam na to zareagować. Z jednej strony byłam mu całkowicie wdzięczna, że dla mnie tyle zrobił, ale z drugiej strony pałałam do niego żądzą mordu. Ni jak nie mogłam zapomnieć o tym, jak mnie potraktował zwłaszcza, że nie było to wcale tak dawno temu. - Wiedz, że po raz kolejny się nad tobą nie zlituję... - Samiec z trudem mówił, czemu wcale się nie dziwiłam. Jego głos był zachrypnięty i co chwila musiał odkaszlnąć, by nie przeszkadzało mu nic w mowie. Wciąż był odwrócony do mnie plecami, jakby chciał ukryć swoje cierpienie - widać męska duma na tym zaważyła.
- Dałabym sobie sama radę. - wyjąkałam z trudem opanowując syknięcie z powodu nagłego wzrostu boleści. Tak, jak on byłam słaba i nic na to nie mogłam poradzić - nie miałam żadnej szansy na niepostrzeżone wyjście tak, aby ten mnie nie zauważył. Nie chciałam mieć na razie nic wspólnego do czasu, kiedy zacznie się zachowywać, jak na wilka przystało. Jego charakter dopiero teraz się w pełni ukazał - a był tak nieznośny, że gdybym w tym momencie mogła wybrać, czy jednak bym się na ten spacer wybrała, to zostałabym na swoim drzewie. To było za dużo, nawet, jak dla mnie - a przeżyłam, tyle, że zniosłabym nawet najcięższą wojnę. - Nie musiałeś mi pomagać. Zrobiłam to z własnej woli. - rzuciłam, by Yin nie myślał, że jestem mu jakkolwiek dłużna. Co to, to nie! Nie pogardziłabym, jeśli nawet w tym momencie zostawiłby mnie samą w lasie, na pożarcie smoków. Wszystko, byle nie przebywać w jednym pomieszczeniu z tym natrętem, na którego jestem teraz skazana przez długi czas.
- Mała... Nie wmówisz mi, że to, iż teraz żyjesz, to nie moja zasługa. - mówiąc to odwrócił się powoli w moją stronę i uśmiechnął szelmowsko. Nie lubiłam, gdy tak robił, a już na pewno nie po tym, co zrobił.
- Ach, tak? Czyli to nie ty próbowałeś mnie jeszcze niedawno zabić? - także uniosłam kąciki swoich ust do góry, bo wiedziałam, że mina basiora po tym zrzednie i nawet miałam rację. Powstrzymywał się od tego, aby mi nie dogryźć i nawet mu to wychodziło. Ja nie dając za wygraną nadal miałam wykrzywiony pysk w tym dziwnym grymasie, który miał imitować uśmiech. - No co... Nie masz mi niczego więcej do powiedzenia? - odezwałam się uwodzicielsko, aby jeszcze bardziej go rozwścieczyć. W tym stanie przecież nie mógł mi nic więcej zrobić, a ja miałam zamiar w pełni wykorzystać tą okazję, która mi się nadarzyła.

sobota, 27 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Niechętne rozmowy

 
- Masz jeszcze jakieś pytania? Ginger? - zapytała członkini watahy, kładąc duży nacisk na ostatnie słowo, co było trochę niepokojące, aczkolwiek mieszaniec puścił to mimo uszu. Kivuli pochyliła łeb do góry, by móc spojrzeć w oczy waderze - jedno było widocznie ślepe, lecz drugie także nie w pełni sprawne - i przeanalizować jej zachowanie. Nef uśmiechnęła się delikatnie widząc, z jakim zaciekawieniem patrzy na nią hybryda, jednak Moto nie zwracała na nią uwagi, co chwilę mrużąc oczy, jakby chciała coś wypatrzeć. Przychodziło jej to z niemałym wysiłkiem, lecz jej starania poszły tylko na marne, co jeszcze bardziej rozbawiło towarzyszkę. Jej dobry nastrój tylko dodatkowo irytował wilczycę i nie raz hamowała się, aby jej przypadkiem czegoś nie powiedzieć. Może i myślała, że wszystko jej wolno, jednak Ginger nie dawała za wygraną. Z reguły to właśnie upartość nad nią górowała i była jedną z jej głównych wad, jednak czasem można to było nazwać zaletą - i właśnie tak było w tym momencie, gdzie cecha ta dominowała.
- N... Nie. To znaczy tak! - zamyśliła się wadera, po czym szybko wyparowała z inną wypowiedzią. Dowiedzenie się nowych rzeczy o Nef było aktualnie jej priorytetem, czego nie można było powiedzieć o pilnowaniu bramy. - W każdym razie i tak powinnam cię przyprowadzić do Ferishii. Nie mam pewności, co do twoich zamiarów, a pytania zadam ci po drodze. - starała się wybrnąć z sytuacji Kivuli, co nie za bardzo zadowoliło stworzenie stojące na przeciwko niej. Jej mina automatycznie zrzedła i posłała nienawistne spojrzenie w stronę Moto - nie, żeby ją to obchodziło, ale jednak. Tym razem razem to Ognisty Cień rozdawał karty, co niezmiernie jej się to podobało. Pomijając fakt, iż każdego wilka znalezionego pod bramą musiała zgarnąć do Alph, jednak wciąż była zadowolona ze swojego planu. Nigdy wcześniej nie miała takiej okazji, co chciała wykorzystać - mogła się wykazać przed przywódczynią stada i miała dużą nadzieję, że także urosnąć w jej oczach i zyskać dodatkowe uznanie.
- O czym ty mówisz? - Neferetete niemal warknęła, dając do zrozumienia, że pomysł mieszańca kompletnie jej nie odpowiada. Ginger przewróciła tylko oczami zastanawiając się, czy naprawdę musi wszystko jeszcze raz tłumaczyć. Teraz nie miała do tego głowy, gdyż jedyne, o czym teraz myślała to to, jakie pytania zadać waderze. Jakie było jej poprzednie miejsce zamieszkania, czy jej rodzina wciąż żyje, dlaczego przeniosła się akurat tutaj? Miała tyle gotowych kwestii, mimo wszystko bała się ją o to wypytywać, gdyż mogłaby nie otrzymać satysfakcjonującej ją odpowiedzi. Analizowała każdą możliwą sytuację i o mało się w tym wszystkim nie pogubiła. - Zadałam ci pytanie. - wysyczała przez zęby Nef, co tylko pozwoliło otrząsnąć się Kivuli z tych wszystkich rozmyślań. Szczerze nie wiedziała, co ma jej powiedzieć, gdyż chyba wcześniej jej to dobrze wytłumaczyła. Co tu więcej mogła na ten temat mówić?
- Po prostu chodź. Nie mam zamiaru się z tobą teraz kłócić. - biało-futra dała znać jej do zrozumienia, że nie ma zamiaru na razie z nią o tym dyskutować. Zwyczajnie jej ciągła niechęć na tyle ją odpychała, by już nie mieć ochoty na dalsze rozmowy. Nawet to wszystko, o czym myślała jeszcze przed sekundą poszło w niepamięć. Chciała się o niej dowiedzieć czegoś więcej, aczkolwiek przekonanie się o tym, że zadanie jej jakiegokolwiek pytania od razu wiązałoby się z odepchnięciem, po prostu dało jej do myślenia. W tej watasze każda jej znajomość zaczynała się kłótnią i miała cień nadziei, że może chociaż tym razem te stosunki zostaną na neutralnym poziomie.
- Nigdzie... - powiedziała wilczyca tak cicho, że tylko pierwsze słowo było w pełni zrozumiałe dla pół-smoczycy. Spojrzała w jej stronę, jakby chcąc przekazać, że kompletnie nie wie, co ta do niej przed chwilą powiedziała. Nef zamiast powtórzyć odwróciła się tylko na pięcie i szyderczo uśmiechnęła. Moto nie przewidziała, że taka reakcja może mieć miejsce. Wyszczerzyła tylko oczy i podbiegła w stronę towarzyszki starając się ją zatrzymać, jednak jej siła nie przeważyła i tylko została zepchnięta pod drzewo, obok którego obie sekundę temu stały i "rozmawiały". - Zostaw mnie. - wadera stanowczo wypowiedziała te dwa słowa chcąc mieć w końcu święty spokój od natręta, który ciągle majtał się pod jej łapami - zważając na fakt, iż to ona była właśnie tą wyższą. Tak samo, jak Kivuli nie chciała dalej tego kontynuować, aczkolwiek Ginger kierowała praca. Gdyby nie ona, już dawno odpuściłaby sobie rozmowę z tą irytującą karykaturą wilka i udała się w końcu spać - tak, tego właśnie teraz najbardziej pragnęła. W tamtym czasie całkiem zapomniała o potrzebie snu, przez co teraz czuła się coraz bardziej ociężale.
- Co to, to nie... - Kivuli pokręciła przecząco głową i wstając nabrała więcej powietrza do płuc niż zwykle. Wiedziała, że to jedyne, co mogła zrobić w jej sytuacji, gdyż samica była po prostu od niej silniejsza, co działało na jej niekorzyść. Zważając na wszystkie za i przeciw postanowiła tym razem się nie hamować i przed łapami Neferetete pojawił się rudawy płomień, rozprzestrzeniający się coraz bardziej przed nią. Ta patrzyła się na to, próbując racjonalnie myśleć, jednak jedynym, co mogłoby wydać z siebie ten żar, była jej towarzyszka. Nie dowierzała jednak, iż taka drobna istotka mogłaby wywołać coś takiego i rozglądając się we wszystkie strony starała się odnaleźć smoka lub inne zionące ogniem stworzenie. Aczkolwiek nie dostrzegając niczego wokół spojrzała tylko zdziwionym wzrokiem na postać stojącą przed nią - to wydawało się kompletnie nieprawdopodobne i ciężko było w to uwierzyć. Ale jak nie ona, to kto?
- Najpierw podaj mi swoje prawdziwe imię, a następnie powiedz czym ty jesteś?! - niemal wykrzyczała, wbijając wzrok w stworzenie - ponieważ teraz tego inaczej nie mogła nazwać - i oczekując od niej odpowiedzi. Moto patrzyła na nią przerażona wiedząc, iż tym razem tak łatwo nie wybrnie z tej sytuacji.
- Ja...
 

środa, 24 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Granica Nerthveny

Spoglądając w szeroką taflę wody wilczyca schyliła swój śnieżnobiały łeb i lekko umoczyła pysk w wodzie. Wzięła kilka małych łyczków, by tylko ostudzić pragnienie, które szalało w jej przełyku od niespełna godziny. Poczuła, jak zimna substancja natychmiast rozprowadza się po jej rozpalonym od zmęczenia ciele, przeszywając ją od środka tym przyjemnym chłodem. Już dawna nie miała okazji, by zatrzymać się choć na chwilę i zrelaksować po długim dniu, gdyż obowiązki skrytobójczyni przytłoczyły ją do tego stopnia, że nawet nie miała czasu dojść do swojego miejsca zamieszkania, a już padała na łapy. Biegała z miejsca, na miejsce, a przywódczyni watahy co rusz wynajdywała jej nowe zajęcie, by utrzymać stosunki z innymi stadami na chociażby neutralnym poziomie. Nie, że to jej nie odpowiadało, ponieważ dzięki dodatkowym zleceniom mogła oczekiwać na wyższą tygodniową stawkę, lecz w pewnym momencie to było dla niej za dużo. Miała czas tylko na spanie i zapieprzanie do nieznośnej tej roboty.
Upijając trochę ze zbiornika wodnego była gotowa, by dokończyć powierzone jej zadanie - udać się w stronę bariery otaczającej granice Nerthveny i pilnować, czy aby przypadkiem nikt jej nie przekroczy, bez uprzedniej zgody samicy Alpha. Takie rutynowe kontrole zdarzały się co jakiś czas, aby nikt nieupoważniony nie dostał się do watahy zwłaszcza, jeśli nie miał on pokojowych zamiarów. Dlatego też to właśnie skrytobójcy - a w tym przypadku Kivuli - wypadało zajmowanie się tą brudną robotą, by w razie wypadku miała możliwość do zaatakowania przeciwnika. Nikt inny nie miał odpowiednich specjalizacji - nie wliczając wojowników, jednak oni mieli własne sprawy - do wykonywania takich rzeczy i to właśnie dziś Moto zostało przypisane stanie na straży. Czując na swym grzbiecie wilczyca wiedziała, że za chwilę będzie musiała się zebrać w sobie i w końcu ruszyć na miejsce, gdyż za niedługo miał zapaść zmrok. Im szybciej tam będę, tym wcześniej dostanę okazję na położenie się spać - wymamrotała do siebie cicho i pognała w stronę północy, by już za chwilę stanąć pod koronami drzew i w spokoju przyglądać się niemalże różowemu niebu.
Co rusz przyspieszając zastanawiała się, czy po raz kolejny będzie musiała siedzieć bezczynnie przez dwie godziny, spoglądając na wszystkie śpiące wokół niej stworzenia. Gdy wokół niej biegały dorodne jelenie i skakały rudawe wiewiórki ona nie miała prawa ruszyć się z miejsca, by zaniedbywać swoje obowiązki i pognać za tymi zwięrzętami. Oczywiście, zdarzały się chwile słabości, gdy ślina ciekła jej już tak niesamowicie, że nie mogła ustać, aczkolwiek gdy przypominała sobie wyraz twarzy gniewnej Ferishii postanowiła, że już więcej razy nie da się złamać i pozostanie w wyznaczonym jej terenie. Nie był to wyjątkowo przyjemny widok, który chciałaby ujrzeć po raz kolejny. Co to, to nie. O czym ty myślisz, przestań - skarciła samą siebie w myślach by zachować równowagę i za chwilę się nie przewrócić lub co gorsza - zgubić drogę, jednak wszystkie jej zmartwienia odeszły w niepamięć, gdy okazało się, że dotarła na miejsce. W końcu mogła na sekundę odsapnąć po długiej podróży przez ciemny i mroźny las.
- Jeju... Jak długo zajęło mi dotarcie tutaj? - zadała sobie samej pytanie, lecz wiedziała, że nie otrzyma w najbliższym czasie odpowiedzi, zwłaszcza, że teraz musiała się wyraźnie skupić na obecnym zadaniu.
Podeszła powoli do najbliższego drzewa, by już za chwilę przy nim usiąść. Przysunęła do siebie bliżej jeden z dzikich krzaków malin i zrywając pojedynczy owoc włożyła go do ust. Natychmiast poczuła jego słodkawy smak, któremu nie brakowało kwaśnej nuty. Małe pestki przedostawały się pomiędzy zęby hybrydy, co tylko utrudniało jej rozkoszowanie się tą malutką słodyczą. Przymknęła na chwilę oczy, by nabrać jeszcze kilka do pyszczka i delektować się nimi. Nie wiedziała, dlaczego tak bardzo sobie upodobała tą malutką roślinkę, jednak bawiło ją to, jak coś tak maleńkiego, może mieć większy wpływ.
Otwierając w końcu ślepka zauważyła, że coś przy niewielkiej odległości przypatruje jej się z zaciekawieniem, jakby analizując każdą jej reakcję. Postać nie była wielce widoczna zwłaszcza, że na nieboskłonie już się ściemniało, aczkolwiek jej świecące oczy dawały znać, iż tam coś się znajduje. Moto nagle zaczęło mocniej bić serce, jakby zaraz miało wyskoczyć jej z piersi. Mogła dokładnie usłyszeć jego ruchy, włączając w to jeszcze szybszy oddech. Pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji i chociaż matka uczyła ją, jak ma się zachować w takich sytuacjach strach ją po prostu sparaliżował. Tak, to właśnie to uczucie było u niej teraz dominujące, co zazwyczaj pozostawiało ją w sytuacji bez wyjścia. Wiedząc, że musi jak najszybciej podejść do stworzenia ruszyła pędem w jego kierunku i zaczęła krzyczeć:
- Jeśli znajdujesz się na tych terenach bez... - nagle przerwała w połowie zdania, gdy ujrzała masywnego, wilko-podobnego stwora znajdującego się niecałe dziesięć centymetrów od niej. Wbiła wzrok w jego oczy i nie mogła się od nich oderwać, czując zimny pot skapujący po jej czole i plecach. "To coś" było wyższe od przeciętnego przedstawiciela jej gatunku i na pewno do niego nie należało. Wiele ran i krew spływająca po korpusie wskazywały, że mogło ono uciec z miejsca walki pozostawiając swoją własną watahę. Ale czy ono tak łatwo by się poddało? Przyglądając się bardziej zauważyła to wychudzone ciało, które nie było już tak bardzo imponujące, jak dosłownie ułamek sekundy temu. W końcu otrząsając się z jakby dziwnego transu, odsunęła na bezpieczną odległość i spróbowała zachować powagę, odzyskując przy tym dawną pewność siebie. - Kim jesteś i co robisz na terenach Nerthveny? Ferishia powinna się natychmiast z tobą spotkać. - stwierdziła Ginger i wskazała w stronę południa. Teraz tylko oczekiwała odpowiedzi od monstra, znajdującego się tak blisko niej.
Po tych słowach natychmiast wszystkie emocje, które jeszcze chwilę temu nad nią górowały wróciły. Moto zdawała sobie sprawę, iż teraz nie ma najmniejszych szans na ucieczkę. W razie czego - będzie musiała stoczyć walkę.
 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Niecodzienne błagania

 
 - ...start! - ryknął zadowolony z siebie Yin patrząc na mnie, jak na jedną ze swoich zdobyczy. Momentalnie padłam na ziemię czując pod swoim futrem lodowatą glebę, której zimno przeszywało całe moje ciało. Ból był niemiłosierny, całe moje ciało pokryło się błotem wymieszanym z utraconą dotychczas krwią. Nie miałam pojęcia, w jaki sposób w tak krótkim czasie zadał mi on tyle obrażeń, przez których siłę nie mogłam poruszyć ani jednym mięśniem. Nawet nie dostrzegłam większości jego ruchów, gdyż po ułamku sekundy moje rany z jednej czy dwóch, zwiększyły się do kilkunastu. Może to jego szybkość na tym zaważyła, aczkolwiek nie sądziłam, by takie tempo było w jakikolwiek sposób możliwe - nikt na świecie nie byłby do tego zdolny, a już na pewno nie wilk czy inny tego typu gatunek.
Mimowolnie z mych oczu zaczął wypływać słonawy płyn, z którym nie raz miałam do czynienia. Spływał on wprost do moich ust, które wykrzywiły się w nienaturalny grymas, a korpus wciąż pozostawał w bezruchu. Co chwilę przed oczyma widywałam pot, łzy lub szkarłatną krew, przy czym ta ostatnia substancja lała się strumieniami nie chcąc przestać. Co chwilę mimo katuszy próbowałam stanąć o własnych łapach, lecz widocznie moja wola walki nie była tak silna, jak mi się zawsze wydawało. Rodzice nie byliby z ciebie dumni - pomyślałam, pogłębiając jeszcze bardziej uczucie smutku i strachu, które w tym momencie były nieustępliwą częścią mojej świadomości. Wszystko przyćmiewało na raz mój zdrowy rozsądek, każący nagle się poddać i prosić o dobicie, by więcej nie cierpieć - pragnęłam tego z całej siły.
To jest drugi raz w życiu, w którym tak mocno się bałam. Biłam się z myślami wiedząc, że jeśli za długo będę się zastanawiać nad każdą rzeczą z osobna, to już długo na tym świecie nie pozostanę. Ostatkiem sił wypowiedziałam kilka słów, mających dać mu do zrozumienia - albo i nie - co tak naprawdę zrobił:
- Co zrobiłaby Shad, gdyby się dowiedziała? - zapytałam cicho mając nadzieję, że ten mi odpowie i nie zignoruje całkowicie mojej osoby, co było aż za bardzo prawdopodobne. Jednakże ku mojemu zaskoczeniu on tylko podszedł do mnie i zaczął się przyglądać wszystkim ranom, jakie mi zadał. Nie powiem, że nie sprawiało mu to żadnej przyjemności, gdyż był dumny z krzywdy wyrządzonej na moim ciele. Wciąż płakałam, a jego nastrój dodatkowo mnie przybił, co nic dobrego nie oznaczało. - Powiedziałbyś jej? - uśmiechnęłam się do niego promiennie, co jeszcze bardziej uniemożliwiło mi oddychanie, jednak zauważyłam, że widząc mnie taką on sam się skrzywił. Gorzkie łzy wpadały mi do otwartego szeroko pyszczka, przez co wyglądałam jeszcze żałośniej - nie licząc ogólnych uszkodzeń.
- Myślisz, że jestem aż tak głupi, by jej to wszystko wyznać? - W odpowiedzi usłyszałam donośny śmiech, rozbrzmiewający po całym moim zasięgu słuchu. W chwili, gdy to zrobił moje ciało oblał dreszcz, przeszywający mnie od środka. Tak jak sądziłam - teraz na każde moje pytanie dostanę tylko kolejny przysłowiowy strzał w pysk, by jeszcze bardziej mnie upokorzyć. Modliłam się, aby ten chociaż ukrócił to wszystko i raz na zawsze dał mi spokój. Nie chciałam już nigdy więcej czuć takich cholernych męczarni.
- Nie możesz mnie po prostu zabić?... - wydukałam błagalnym tonem mając nadzieję, że to zmieni obrót wydarzeń. - Po prostu to zrób. Zakończ, co zaczął... - nie dokończyłam zdania z powodu guli powstałej w moim gardle. Może i to mój płacz to spowodował, jednak nie to było teraz priorytetem. Wciąż nieruchomo leżąc czekałam na to, aż mój towarzysz w końcu pozbiera myśli.
- Ale Kivuli, to zniszczyłoby nam całą zab... - nie dokończył zdania widząc, jak próbuję się unieść by moje kości jeszcze bardziej się łamały. Jeśli on nie miał zamiaru tego kończyć, to chociażby ja chciałam ukończyć swoje męki na moich własnych zasadach. Uniosłam się dosłownie na kilka sekund i podchodząc do Yin'a - nie mogąc nic z tym zrobić - opadłam bezwładnie na jego kark. - Hej! Co ty robisz?! - Krzyczał do mnie, a ja za nic nie byłam w stanie już się ruszyć. Jego miękkie futro delikatnie opłynęło kształt mojego pyszczka, a ja się w nie głęboko wtuliłam, nie mogąc nic więcej zrobić. Zamknęłam tylko oczy i odetchnęłam z ulgą, zsuwając się z muskularnej postury basiora.
- Żegnaj. - powiedziałam, po raz ostatni unosząc kąciki swoich ust do góry, czemu dodatkowo przeszkadzały łzy, spływające coraz gęściej po moich policzkach.
 

niedziela, 21 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Niemalże ognista znajomość

 
 - Wypuść mnie. - wypowiedziałam ostatkiem sił mając nadzieję, że ten jednak wysłucha mojego żądania. Basior spojrzał na mnie wzrokiem pełnym gniewu dając mi znak, że on też tak łatwo nie daje za wygraną. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż był natarczywy - co mogłam zauważyć przy okazji rozmawiania z nim - jednak nie wiedziałam, że może się posunąć do takich kroków. Stworzenia wytworzone przez wilka jeszcze mocniej zaczęły zaciskać na mnie swoje węzły, a ja już powoli zaczęłam się dusić. Ucisk sprawił, że nie mogłam poprawnie złapać oddechu, a co już dopiero poruszyć choćby łapą. Nie miałam pojęcia, co one mają ze mną zrobić, lecz nie chciałam dać tak łatwo się pokonać. Zaczęłam się natarczywie wiercić, jednakowoż nie przynosiło to na razie żadnych skutków - niech tylko oni wszyscy wraz z moim towarzyszem spuszczą mnie na chwilę ze wzroku, a już mój płomień dotrze do nich tak, że na długo mnie popamiętają.
- Szukałaś guza, mała. - Po raz kolejny warknął, a ja popatrzyłam mu prosto w oczy, w których dało się dostrzec błaganie o pomoc. Yin - co dało się zauważyć po jego skwaszonej minie - bił się z myślami. Jeszcze trochę Kivuli, wzbudź w nim więcej żalu - mówiłam sama do siebie, jednak on tylko odwrócił się na pięcie i poszedł wprost przed siebie. W ten sposób uniemożliwił mi rozpoczęcie kolejnego etapu mojego planu. Cholera, czy on zawsze musiał pokrzyżować mi plany? To miał być tylko krótki wypad do lasu, a teraz wiszę przywiązana sznurem do jakiejś wyschniętej gałęzi - nie tego oczekiwałam od dzisiejszego dnia, który okazał się totalnym fiaskiem. Miałam ochotę już zionąć ogniem, jednak musiałam z tym jeszcze poczekać - nie mógł zobaczyć, co tak naprawdę potrafię zrobić i czym jestem.
Moja głowa odwróciła się w stronę dziwnych istnień, sterczących obok mnie. Niemalże nie było widać zarysu ich ciała, gdyż całą tą powierzchnię pokrywała czarna mgła - uniemożliwiająca zobaczenie czegokolwiek. Zachowały się, jakby nie miały własnej świadomości, jednak co chwilę któreś z nich spoglądało na mnie - a przynajmniej tak mi się wydawało. Tak samo oczodoły - z tego, co zdołałam dostrzec - były puste i bez żadnego wyrazu. Nikt z nich się nawet do mnie nie odezwał, a one same pozostawały dla mnie jedną wielką zagadką. Tak samo jak skrzydlatego wilka, takiego czegoś też nigdy nie ujrzałam. Nie wiem, czy jest to powód do radości, aczkolwiek cieszę się, że te stworzenia nigdy wcześniej się do mnie nie zbliżały. Nawet, jeśli one zazwyczaj są i całkiem przyjazne.
- Czyżby nasza ciekawska "przyjaciółka"... - powiedział to słowo z wielką niechęcią w odniesieniu do mnie, co tylko dodatkowo mnie wzburzyło. Nawet jeśli było to ironiczne, to nie miał prawa się tak o mnie wyrażać, gdyż ledwo co mnie znał. - ... już się uspokoiła? - Zaśmiał się, jakby chcąc sprawić mi tym przykrość - no cóż, udało mu się. Przez jego słowa po raz kolejny zaczęłam się rzucać, co widocznie nie odpowiadało jego znajomym, próbującym mnie utrzymać. Po raz kolejny zaczęli zaciskać mocniej węzły, a ja natychmiast się uspokoiłam. Niemalże nie czułam już dolnej partii swojego ciała, która najbardziej przy tym ucierpiała. Czułam, jak krew odpływa mi z górnych kończyn, które były już całkiem lodowate.
Zorientowałam się, że nawet, gdybym chciała cokolwiek, zrobić to na razie nie miałam żadnych szans. Musiałam czekać na odpowiedni moment, który miał za jakiś czas nastąpić. Przymknęłam powoli ślepka, starając się nie zwracać uwagi na katusze, jednakże co chwilę z moich ust wychodziło ciche "boli...". Yin jednak się tym nie przejmował, wciąż utrzymując swój pełen zimna uśmiech na pysku, aczkolwiek jego oczy całkowicie go zdradzały - widać było w nich nie tylko gorycz, ale i urazę wymieszaną ze smutkiem. Bił się z uczuciami, lecz wiem, że złamanie go emocjonalnie nie działało na niego tak dobrze, jak kilkadziesiąt minut temu. Trzeba było to wykorzystać, pomyślałam, po czym odezwałam się cicho:
- A tak właściwie, to gdzie my się wybieramy? Bo wiesz, to chyba jeszcze za wczesna znajomość, abym mogła się do ciebie wybrać. - zaczęłam chichotać i usłyszałam z jego strony także stłumiony śmiech. Zauważyłam, że był z niego żartowniś, więc mogłam się nim trochę pobawić - niech tańczy, jak mu zagram. Jako, że sama nie byłam takiego typu wilkiem to z trudem śmiałam się bez żadnego powodu, jednak presja chyba aż za dobrze na mnie oddziaływała. - Bo wiesz, jeśli zastaniemy tam Shadow, to może wyjść z tego niezła awanturka...
Słysząc to Yin od razu ruszył w moją stronę i niemal powstrzymując rzucenie się na mnie wysyczał:
- Nie masz prawa wymieniać jej imienia! - zaśmiałam się tym razem donośniej wiedząc, iż to jeszcze bardziej go rozjuszy. Mój plan zaczął działać i w końcu mogłam go wprowadzić w życie, dzięki czemu w końcu będę się mogła uwolnić - to nie mogło się nie udać. Wstrzymując oddech starałam skupić się na punkcie, po czym zaczęłam zionąć jaskrawym ogniem prosto w stronę jednej z łap z basiora.
Wilk odsunął się ode mnie z oczami pełnymi przerażenia i wydawać by się mogło, iż sobie uświadomił, że ja też mogę być niebezpieczna.
 
<< Yin? Jedna spalona łapa chyba nie jest problemem, prawda? >>

Od Kivuli Moto - Nieoczekiwany obrót akcji

 
- No w końcu! - zawołał za mną zadowolony basior, roześmiany od ucha, do ucha. Posłał mi szyderczy uśmieszek, a ja w tym czasie powoli wygrzebywałam się z jeziora, w jakiego stronę wrzucił mnie chwilę temu mój towarzysz. W pierwszej chwili byłam zwyczajnie przerażona - nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje i starałam trochę otrząsnąć, lecz pod warstwą cieczy było to niemalże niemożliwe. Niedaleko mojego pyska pływały różnorakie ryby, a ja sam próbowałam przezwyciężyć taflę wody, znajdującą się nade mną. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż z tym wilkiem było coś nie tak, aczkolwiek nie miałam pojęcia, że zaczną mu przychodzić do głowy tak głupie i niebezpieczne pomysły, które mogą się źle zakończyć. Ja wciąż oszołomiona podeszłam do niego chwiejnym krokiem z oczami, rzucającymi w niego mentalnymi gromami. Może i to nie działało, ale chociaż odrobinę poprawiało moje samopoczucie.
Starając się utrzymać moje emocje w neutralnym stanie oddaliłam się od Yin'a, kładąc się na trawie, by moje futro trochę przeschło. Słońce jednakże - jakby na przekór mojej woli - nie było już tak intensywne, jak wcześniej i to tylko coraz bardziej uniemożliwiało mi doprowadzenie się do normalnego stanu. Westchnęłam cicho i pozwoliłam sobie zamknąć na moment zmęczone oczy, aby zaznać relaksu po tym, co robiłam z tym niezrównoważonym psychicznie stworzeniem. Całkiem możliwe, iż nie miał na myśli być złośliwy, jednak to nie usprawiedliwiało jego idiotycznego zachowania, jakim mógł się niedawno wykazać. Zastanawiałam się przez moment, czy on zawsze robił to, co chciał. Nikt nie może być przecież tak beztroski nawet, jeśli nikomu nie miałaby się stać przy tym krzywda - to nieodpowiedzialne. Jednak wiedząc, że ja sama zostałam wychowana w innych przekonaniach nie zamierzałam mu tego wypominać, gdyż mógłby mi to mieć za złe, a ja nie chciałam sobie narobić wrogów przez to, że mam niewyparzony język - tak po prostu nie przystało.
W końcu otwierając oczy zauważyłam uśmiechniętego wilka kierującego się w moją stronę, na co tylko w duchu sapnęłam. Jego skrzydła mieniące się w słońcu schowały się częściowo pod futrem, a on sam wydawał się być bardziej wesoły, niż wcześniej. Nie wiedziałam, co skłoniło go do nagłej zmiany zachowania i nastawienia, ale zamierzałam puścić to w niepamięć. Za dużo myślisz, Kivuli - skarciłam samą siebie w myślach wiedząc, że to mi i tak w niczym nie pomoże. Może basior od zawsze taki był...
- Nie odpowiedziałaś mi na poprzednie pytanie. - powiedział Yin, unosząc kąciki swoich ust do góry, wyrywając mnie przy tym z głębokiego zamyślenia. Nie wiedziałam, jak go rozgryźć. Jednak słysząc jego słowa starałam się przypomnieć wszystko, co do mnie niedawno powiedział, aczkolwiek żadna mądra myśl nie przychodziła mi do głowy. Spojrzałam na niego pytająco, a ten natychmiast zrozumiał, co mi chodzi po głowie. Nie powiem, szybki jest - Pytałem, czy podoba ci się to miejsce... - usłyszałam i natychmiast spojrzałam w stronę niewielkiego zbiornika wodnego. Rzeczywiście nie zauważyłam, że to miejsce wygląda naprawdę pięknie, zwłaszcza o tej porze dnia. Delikatne fale wznosiły się ku górze, a jezioro - jakby zaczarowane - migotało w różnych odcieniach czerwieni i błękitu. Wokół znajdowało się pełno niespotykanych roślin, w czym moje dwie ulubienice - lazurowe róże i stokrotki. Uniosłam się ku górze i podeszłam do nich, by móc z bliska poczuć ich słodkawy zapach.
- Tak, jest tu pięknie... - odpowiedziałam po jakimś czasie przyciszonym tonem, jakby nie chcąc zakłócić panującej wokół ciszy. Wciąż byłam zachwycona tutejszą roślinnością tak, że nie mogłam oderwać od niej wzroku. Moje zachowanie nie przypominało tego w momencie, w którym się poznaliśmy, jednak ujrzenie rzeczy, które kochasz tak właśnie na mnie wpływają - jakby za machnięciem różdżką.
- Lubisz te kwiaty, prawda? - usłyszałam kolejne pytanie ze strony Yin'a, jakby zaciekawionego moją osobą. Ja tylko delikatnie się uśmiechnęłam na znak zgody, wciąż zachwycając się tutejszym otoczeniem. Szkoda, iż wcześniej nie słyszałam o tym miejscu, gdyż moje przechadzki byłyby częstsze, iż tylko raz na kilka miesięcy. - Ja się na tym nie znam. Jedyne rośliny, które rozróżniam to właśnie róże i tulipany. Ewentualnie kaktusy... - wybuchnął śmiechem, po czym ja też zachichotałam. Wiedziałam, że faceci nie mają za dobrej ręki do roślin, więc nie miałam powodu, dla którego mogłabym się zaśmiać. Jednakże to chyba jego optymistyczne nastawienie i otoczenie zaczęło na mnie działać i tak jakoś samo wyszło. Czułam, że przy basiorze mogę się zachowywać dosyć swobodnie. Ot tak, znajomy dla rozrywki - to nie miało być nic głębszego, a już na pewno nie chciałam doprowadzić do przyjaźni. Za dużo zobowiązań, które przy każdym błędzie miałyby przynosić cierpienie i ból.
Myśląc właśnie o tych dwóch uczuciach zdałam sobie sprawę, że o czymś zapomniałam. Moje próby zapytania basiora o jego wołania wciąż nie uległy zmianie, a ja nie chciałam dawać za wygraną. Może i moje uparcie nie zawsze przynosiło czegoś dobrego, jednak nie mogłam nazwać tego złą cechą. Wbiłam intensywnie wzrok w basiora, lecz starając się, by on tego nie zauważył. Ten już miał coś mówić, gdy nagle zauważył zakłopotanie na moje twarzy i natychmiast się zamknął, czekając na to, co mam do powiedzenia. Ja ciesząc się z jego postanowienie popatrzyłam mu wprost w jego oczy i po chwili ciszy, zapytałam wiedząc, iż to nie może się dobrze skończyć:
- Kogo tak wołałeś, przed naszym spotkaniem? Niech pomyślę... Shadow? - wyparowałam, a Yin natychmiastowo spochmurniał i cicho warknął w moją stronę. Odsunęłam się i czekałam na obrót spraw. Miałam tylko nadzieję, że ten jeszcze przed chwilą rozanielony wilk się na mnie nie rzuci, co wnioskując po jego mimice było raczej nieuniknione. Tylko nie wykonuj żadnych niepotrzebnych ruchów, pomyślałam i już ustawiłam się w pozycji do ucieczki - tak na wszelki wypadek.