niedziela, 17 września 2017

Od Kivuli Moto - "Daj mi znać, gdy pokochasz...", cz. II


Przez moje ciało w pojedynczej chwili przeszedł lodowaty dreszcz, ni to ze szczęścia, ni to ze strachu. Nie mogę nawet stwierdzić, jakie uczucie towarzyszyło mi w tamtym momencie, gdyż pojawiła się we mnie naraz burza rozmaitych emocji, których nie dało się ot tak poskromić. Jedyną rzeczą, jaka zapadła mi w pamięci podczas tego spotkania, było ciepłe ciało basiora, w które momentalnie się wtuliłam. Jego futro było nad wyraz delikatne, dzięki czemu mogłam się w nim zatopić już na zawsze. Od zawsze pociągała mnie w nim ta wrażliwość, nie okazywana już od wielu lat. Nim zdążyłam się zorientować, wilk odepchnął mnie od siebie, sprowadzając mój umysł z powrotem na ziemię.
- Nie widzieliśmy się od godziny, a ty już za mną tęsknisz? - powiedział wprost przyjaciel, wybuchając przy tym donośnym śmiechem. Od zawsze uważał, że nie może mnie spuścić z oka choć na chwilę, gdyż albo wdam się w jakieś tarapaty albo po prostu umrę z tęsknoty za jedynym towarzyszem. - No już, spokojnie. Przysięgam, że nie odstąpię cię nawet na krok! - Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, a ten już trzymał łapę na swej piersi. Nie wiem, czy brał tę przysięgę na poważnie, ale w każdym razie miło było coś takiego od niego usłyszeć.
- Wiesz, że ciebie uwielbiam, idioto? - zwróciłam się do wilka z delikatnym uśmiechem na twarzy, który towarzyszył mi przy każdym naszym spotkaniu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że będzie musiał za chwilę wracać do swojej watahy, lecz pragnęłam, by został tu ze mną.
Teraz to on oddalał się ode mnie, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Miałam ochotę za nim biec, jednakże wiedziałam, jak bardzo dla jego stada był ważny kodeks, mówiący, że nie można wpuszczać nikogo spoza obrębu ich terenów. Chciał mnie chronić, a ja powinnam to uszanować, czy tego chcę czy nie...

Świadomość moich czynów przywróciła mi się dopiero wtedy, gdy uklękłam w stronę swej matki. Jej kruczo-czarne futro połyskiwało w blasku słońca, dzięki czemu ta wyglądała jeszcze bardziej majestatycznie. Nie sposób było mi patrzeć w jej stronę, gdyż moja rodzicielka przez swą postawę wobec poddanych od zawsze napawała mnie zachwytem. Nie była ona, jak większość władców ze znanych mi mitów - próżna, oschła wobec ludu, żądna władzy i tronu. Nie. Ona była kimś kompletnie przeciwnym. Podwładni kochali, Ey'ę za tą nieskazitelną dobroć płynącą z jej serca oraz za ten piękny moment, gdy kąciki jej ust unosiły się ku górze, nawet w najcięższych sytuacjach.
Gdy mój umysł przestał się nią zajmować, dosłyszałam z oddali swoje imię:
- Kivuli! - wolała radośnie moja matka, spoglądając w moją stronę. Odwróciłam się tylko i pomachałam w jej stronę łapą, starając się nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Wykonałam w jej stronę gest uciszający, po czym oddaliłam się w stronę biblioteki, która była moim azylem. Nie wiem, dlaczego wybrałam akurat to miejsce, ale próbowałam po prostu przestać myśleć o moim przyjacielu. Teraz wszystkie moje myśli krążyły wokół niego...

C. D. N.

sobota, 16 września 2017

Od Snuffles'a - Laguna


Ciemność. Widział tylko przytłaczającą, mglistą i denerwującą ciemność. Akompaniament do ciemności tworzyła cisza. Koląca w uszy, stłumiona, jakby słyszana pod wodą cisza.

„Możesz być lekko senny”. Dobre sobie! On, przecież całkiem odpłynął!

Czuł, że się porusza, choć nie widział swoich łap. Zupełnie jakby leciał. Gdzieś daleko pojawiła się jasna plamka. Dopiero teraz dane mu było zauważyć z jaką prędkością leci. Plamka nieubłaganie zbliżała się ku niemu.

W końcu plama oślepiła go, tym samym wynurzając z ciemności i stłumionej ciszy. Otworzył oczy.

Pierwszym, co przyszło mu zobaczyć, była upolowana sarna, która unosiła się w... Bańce?

Chyba jednak do końca się nie obudził.

Spróbował ponownie zamknąć oczy, zanurzyć się w ciemności, lecz nie udało się mu. Ospale wstał.

Na drugim końcu jaskiniowego pokoju spała wadera. Jej biała sierść błyszczała się delikatnie w wątłym świetle. Podszedł do sarny i zaspokoił głód. W ciemności jakoś o nim zapomniał, a przecież to ON był sprawcą całego zajścia. 

Pokręcił głową i rozejrzał się po kamiennej izbie. Na przeciw niego znajdował się kamienny łuk, zapewne prowadzący do następnego pomieszczenia. Nie chcąc dłużej niepokoić wadery, spojrzał na nią po raz ostatni i skierował się do wyjścia z pomieszczenia.

~*~*~

Samotna wyprawa do wyjścia z jaskini nie okazała się dobrym pomysłem. Gubił się co chwilę i trafiał raz, za razem do tych samych izb. Pomyślał więc, że powinien wrócić. 

NIE.

Nie udało mu się znaleźć nawet drogi powrotnej. Będąc na skraju rozpaczy usiadł i czekał... Przecież musiała tu przechodzić... Chociaż raz dziennie!

Skamląc cichutko (Tak, by nawet potrzebna mu wadera go nie usłyszała) padł na kamienną posadzkę. Zwinął się w ciasny kłębek i usiłował zamknąć oczy. Zasnąć. Chociaż na chwilę...

Godzinkę...

Minutkę...?

Sekundę, no!

Zrozpaczony wymamrotał:

- Koniec ze mną. Nic z tego! Wszystko stracone!

Ze swojej prawej strony usłyszał stłumiony chichot. Poderwał łeb.

- Laguna? Od kiedy tu jesteś?!

Wadera spuściła łeb, zawstydzona.

- Przepraszam... - wymamrotała. - Byłam ciekawa, co zrobisz...

Warknął zdenerwowany.

- Dzięki. Jesteś naprawdę pomocna... - zironizował wstając.

Zachichotała ponownie...

- N-na prawdę przepraszam!

- Och, milcz i odprowadź mnie do wyjścia! - syknął, choć tak na prawdę on również był rozbawiony.

Wilczyca, wciąż chichocąc, bez problemu odnalazła drogę. Raz, za razem skręcała. W lewo, w lewo, w prawo, znów w lewo... Ach! Ciężko to było spamiętać!

Kiedy (w końcu) wyszli na świeże powietrze, dziabnął ją nosem w bok. Zaskoczona odwróciła się.

- Dzięki... - wymamrotał.

Przyjaźnie przechyliła łeb.

- Nie ma za co...

Powtórzył jej gest po czym ruszył... Najpierw truchtem, potem pędząc ile sił... Tyle miał energii do spożytkowania!

Może małe polowanie...?

c.d.n.

Od Kivuli Moto - "Daj mi znać, gdy pokochasz...", cz. I

- Stój! - krzyczał głos za moimi plecami dający znać, bym się w końcu zatrzymała. Niemalże czułam jego zimny oddech na swym grzbiecie, który tylko przypominał mi, że muszę przyspieszyć.
Moje łapy zaczęły poruszać się coraz szybciej, by uciec swojemu prześladowcy. Kroki wilka były słyszalne z kilku metrów, więc znajdował się bardzo blisko mnie. Oddech przyspieszył mi, a serce biło coraz mocniej. Nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa, gdyż skutkowałoby to zwolnieniem tempa. W mojej głowie rozległ się dźwięk łamanych gałęzi, przez co na moment się zdezorientowałam. Przez moją nieuwagę poczułam na swoim karku kończynę dręczyciela, przez którą po całym ciele przeszedł mi zimny dreszcz.
- Cholera, po raz kolejny nie dałaś rady... - zwrócił się do mnie wilk, spoglądając na mnie z wyrzutem. Momentalnie poczułam się gorzej, a jedynym, co przyszło mi do głowy, było przeproszenie go. Powoli spuściłam swój wzrok, by nie patrzeć mu w oczy.
- Hej! Nie smuć się, to nie twoja wina, że nie potrafisz mi nigdy dorównać... - Postać uśmiechnęła się szyderczo patrząc na mnie, jak na idiotkę. Na moment spojrzałam w jego błękitne jak niebo ślepka, które sprawiały, że nie mogłam mu się oprzeć. Pod jego wpływem moje troski nagle znikały, by powrócić, gdy już oddalę się od przyjaciela.
- Nie możesz mi choć raz odpuścić? - zapytałam, udając obrażoną, podczas gdy po moim czole zaczął splywać pot. Pojedyncza kropla wsunęła mi się między wargi, zostawiając po sobie słony posmak. Moja twarz wykrzywiła się w nienaturalny grymas, by za moment zniknąć. Nie widziałam najmniejszego sensu w staniu tutaj, więc zaczęłam się oddalać od towarzysza. Spojrzałam na niego po raz ostatni, znikając za górskim pasmem, rozpościerającym się wokół mnie. Gdybym mogła, zamieszkałabym w tym miejscu - pomyślałam, biegnąc prosto przed siebie, zostawiając za sobą to wszystko. Miałam nadzieję, iż wilk za mną pobiegnie, jednakże się przeliczyłam. A myślałam, że ten jedyny raz mój dzień nie zakończy się na wspólnym dogryzaniu sobie.

Za moimi oczami całkowicie zniknął piękny krajobraz, przez co zrozumiałam, że powrociłam do swej szarej rzeczywistości. Wszędzie wokół mnie pojawiali się moi przyszli poddani, kłaniający się, gdy przechodziłam koło nich. Czasem miałam dość tego "paniczykowania" i chociażby na dobę chciałabym zostać zwykłym, mało istotnym wilkiem. Cała ta szopka dawała mi nieźle w kość, a wiedziałam, że nie nadaję się na dowódcę. Nie znałam całych tych zasad etykiety, nie potrafiłam przemawiać do ludu, a co dopiero przewodzić! Dlatego też były dla mnie tak ważne te wieczory sam na sam, gdyż w końcu mogłam się wyluzować, pozostać sobą. Władanie nie było dla mnie, ja chciałam przygód, poznawania nowych miejsc. Samo czytanie książek mi nie wystarczało, zawsze marzyłam o zobaczeniu wszystkiego, o czym czytałam. Wiem, że to jest niemożliwe, ale chyba tylko myśl o tym, iż kiedyś to ujrzę, pozwala mi przeżyć kolejne dni.
Byłam blisko mojego legowiska, gdy za mną usłyszałam znajomy głos, z którym niedawno się spotkałam:
- Myślałaś, że ci tak łatwo odpuszczę? - spytał się prześmiewczo wilk, unosząc kąciki ust w bardzo znany mi sposób. Natychmiastowo podbiegłam w jego stronę, przyglądając się mu z radością w oczach. Nie zostawił mnie... Nie tym razem.


piątek, 15 września 2017

Od Laguny - Lekarstwa


Gdy Rosso pokonał potwora, wspólnie znaleźliśmy wyjście na ląd i od razu udaliśmy się w kierunku jaskini. Podróżowałyśmy na grzbiecie Rosso, który zmienił się akurat w ogromnego Mantykorę. Szybko udało nam się dojść do zjeżdżalni, którą musieliśmy jakoś zjechać, a potem doczłapać do głównego pomieszczenia.
- Nic wam nie jest ? - Zapytał poważnie Rosso. Na to Shadow warknęła i spojrzała na swoją łapę pod którą była już spora plama krwi. Na moim futrze również pojawiały się plamy. Wtedy Shadow zamknęła oczy, a ja widząc to, poprosiłam żeby Rosso zrobił nam sok z aloesu. On udał się wtedy do specjalnej ukrytej komnaty, w której przechowywałam wszystkie moje zioła i rośliny. Nazywaliśmy to miejsce "szklarnią". To wszystko jest bardzo przydatne. Rosso wyszedł już, a ja przyglądałam się waderze. Zaczęła mówić coś, jakby do kogoś. No ale byłam tam sama... No chociaż do momentu kiedy Rosso wrócił ze złymi wieściami. Oznajmił, że aloes uschnął i musimy zasadzić nowy. W tym czasie Shadow ocknęła się i spojrzała na nas. Spytałam wadery, czy z kimś rozmawiała. Ona niepewnie powiedziała, że z przyjaciółką, którą poprosiła o przetransportowanie leków.
- Rosso pójdzie właśnie po aloes. To nie zajmie długo, więc możesz wybrać, które leki wolisz. - Uśmiechnęłam się do niej serdecznie. - Rosso, teleportuj się na obszar Alinayma. 
Lisek pokiwał głową i zniknął.
- Co to ten "obszar Alinayma" ? - Zapytała zdziwiona i zaciekawiona Shadow.
- Nazywamy tak obszar, na którym są najdorodniejsze okazy aloesu i kilku innych roślin. Znajduje się niedaleko Lazurowej Oazy. - Wytłumaczyłam.
- Aha... - Odparła wadera, nie wiedząc co odpowiedzieć.

***

Po kilkunastu minutach Shadow znowu zamknęła oczy i kontaktowała się z przyjaciółką. Zauważyłam, że koło wadery pojawiła się garść jakiś liści i małe, okrągłe pudełko. Wtedy wadera ocknęła się.
- Tutaj są liście lecznicze i maść. - Pokazała łapą.
- A co to za maść ? - Spytałam.
- Na rany. Zawsze działa. - Uśmiechnęła się.
- A okey... - Powiedziałam, nie chcąc drążyć tematu. Nagle przed nami pojawił się Rosso z aloesem w doniczce.
- Piękny ! Dziękuję, Rosso ! - Przytuliłam liska.
- Pójdę zrobić dla was sok. Wracam za kilka minut. - Pobiegł szybko do szklarni.
- Nie obraź się, ale wolę swoje leki. - Powiedziała wadera.
- Okey, nie ma sprawy ! - Uśmiechnęłam się do niej i patrzyłam jak wciera liście w ranę na łapie, a potem smaruje to maścią. Poprosiła jeszcze Rosso o bandaż, o którym zapomniała.
- Już gotowe. - Podszedł do nas Ros i podał każdej z nas sok.
- Ja dziękuję. - Shadow odsunęła od siebie szklankę.
- Zostaw sobie. Może zmienisz zdanie. - Odpowiedział jej Rosso.
- Jeśli boisz się o to, że ten sok został źle przyrządzony czy coś, to gwarantuję ci, że Ros jest mistrzem zielarstwa. - Pochwaliłam swojego przyjaciela. - Kiedyś był zielarzem, ale zrezygnował z tego. teraz tutaj mamy własną hodowlę roślin. - Uśmiechnęłam się szeroko i wypiłam szybko sok. - Nie, Rosso ? - Zaśmiałam się.
- No tak, ale nie musiałaś mnie tak przechwalać... - Powiedział zirytowany i wyszedł.

Shadow?

Od Kalego - Krasnoludzki spirytus


Oderwaliśmy się po chwili, słysząc zbliżającą się gromadkę wilków. W większości znajomych, jak się okazało. Porozmawialiśmy chwilę. Nie znałem tylko dwóch osób. Jedną z nich okazała się Laguną. Wadera przedstawiła się uroczo, ale wydawało mi się, że czuje się nieswojo w naszym towarzystwie. Była skrępowana i mało się do nas odzywała. Za to basior, którego również nie spotkałem wcześniej, nie wyglądał mi na miłego, a bardziej chamskiego. 
- A widzisz ? Doczekałaś się... - Ukłonił się przed moją ukochaną i spojrzał na nią. Zazdrość gryzła mnie już wtedy od środka. Jego słowa również wzbudziły moją podejrzliwość i to, że Abra już go znała...
Kast zaproponował "świętowanie" naszego wielkiego momentu. Nie bardzo mi się to podobało, bo jednak wolałbym spędzić resztę tego czasu Abrą. Impreza miała być u niego, więc ruszyliśmy do jego domu.

***

Po pewnym czasie byliśmy już prawie przy jego jaskini. Droga nie była zbytnio interesująca, zwłaszcza dla mnie, no ale co mogłem na to poradzić. Nie chciałem być chamski i przegonić wszystkich mówiąc "spier... Ne chcę was tu !", ale na to miałem największą ochotę...
- Kali, wszystko okey ? - Zapytał troskliwy głos w mojej głowie.
- Abigail... - Burknąłem.
- Widzę, że coś cię gryzie. Czemu się nie cieszysz ? - Spytała wciąż przez umysł.
- Może potem. Nie mam ochoty teraz o tym mówić... - Oznajmiłem.
- Zgoda... - Odpowiedział załamany głos Abigail, po czym rozłączyło kontakt.

***

Dotarliśmy w końcu. Jaskinia basiora była bardzo podobna do poprzedniej, ale podobała mi się bardziej niż tamta. Wydawała się przytulniejsza, większa...
- Spoko jaskinia... - Powiedziałem, rozglądając się. Grupa poparła moje zdanie
- Wiem, ale dzięki. - Odpowiedział, śmiejąc się pod nosem. - To co ? Wyciągamy Krasnoludzki Spiritus ?! - Roześmiał się.
- Uuuuu... !!! - Odezwała się cała gromada.
- Nie gadaj, że to jeszcze masz ?! - Krzyknął podekscytowany Vinci, bo tak się nazywał. Podbiegł do Kasta i zaczął się na Niego gapić. W końcu Kah'stan wyciągnął szklaną butelkę i odkorkował ją. Po jaskini rozleciał się specyficzny zapach.
- To to ! - Krzyknął Vin. - Myślałem, że już dawno to wypiłeś ! - Dodał.
- Samemu ?! Pogięło Cię ?! Miałbym zgona przez miesiąc... - Zaśmiał się Kah'stan. - Trzymałem to... - Powiedział podnosząc butelkę wysoko do góry. - NA SPECJALNĄ OKAZJĘ ! - Krzyknął na całą krainę, po czym, jak szalony, przechylił delikatnie butelkę i wlał sobie kilka łyków do pyska. Nie poznawałem go.
- Tego się nie spodziewałam... Powoli przestaje mi się to wszystko podobać... - Abigail znowu zaczęła używać telepatii. Jej głos był bardzo zirytowany. Miałem wrażenie, że zaraz wybuchnie.
- Spokojnie. To w końcu impreza... - Odpowiedziałem jej i zerwała połączenie.
Impreza rozkręcała się w najlepsze. Kieliszki co chwilę były napełniane, a Kah'stan i Vinci byli już porządnie pijani. Ja wypiłem jedynie jeden kieliszek do tego czasu. Nie miałem ochoty utracić świadomości tego dnia. Jednak wszyscy przyciskali mnie. " No dawaj! To twój dzień!" mówili. Niestety, uległem po długich namowach. Nie pamiętam już, ile wypiłem. Przestałem liczyć po piątym... Kieliszku. Pamiętam tylko jeden dialog, odbyty z Kastem.
- E..eee Kah'staan... ? Wie...esz coo ? - Spytałem już doszczętnie pijany.
- Co..oo... - Odpowiedział ledie przytomny basior.
- Gów...no.. ! - Roześmialiśmy się jak głupi.
Czemu akurat ten ? Nie mam pojęcia...

***

Obudziłem się rano. Kawałek dalej ode mnie leżała Abigail, na przeciwko Vinci, gadając coś przez sen, a obok, wtulona we mnie Abra. Nie widziałem jednak Laguny i Kah'stana. Wstałem, odczuwając jeszcze skutki Krasnoludzkiego Spiritusu. Łapy plątały mi się między sobą i nie mogłem utrzymać równowagi. Poszedłem napić się wody z misek, które były przygotowane na stole. Przypomniało mi się, że Laguna zrobiła je specjalnie dla nas, żebyśmy mieli popitkę. Nikt z niej jednak nie korzystał... Pamiętam, że Luna nas bardzo pilnowała. Była taka sztywna i każdego irytowała. Szkoda, że jej nie słuchaliśmy.
Po wypiciu pełnej miski wody położyłem się znowu spać.

***

Kaliiii... - Usłyszałem czyjś głos, ale nie zareagowałem. - Jak mogliśmy do tego dopuścić... Wszyscy w tak złym stanie... Wszystko przeze mnie...
Otworzyłem powoli oczy, żeby zobaczyć, co się dzieję. Zobaczyłem wpatrzoną we mnie Abigail i Lagunę. Z boku stał Kah'stan, odwrócony tyłem.
- Dzień dobry ! - Zaśmiała się Abigail. - Masz, pij. - Podała mi kubek z jakimś odwarem.
- Co to zaś jest... - Powiedziałem półprzytomny, chwytając kubek.
- Odwar z kory brzozy. Szybciej minie ci kac. - Zaśmiała się, a ja wypiłem miksturę.
- Co z Abrą ? - Zapytałem przejęty.
- Słabo się czuje... Chyba jest zbyt młoda, żeby pić alkohol... - Powiedziała załamana, a ja warknąłem na Kah'stana. On odszedł gdzieś w głąb jaskini bez słowa.
- A jak wy się czujecie ? - Zapytałem.
- Ja mało wypiłam. Wszystko pamiętam... Chociaż niektórych scen wolałabym nie widzieć... - Zasmuciła się. - Kah'stan i Vinci mają mocne organizmy i widocznie przyzwyczajone do tego "Krasnoludzkiego Spiritusu"... Laguna, ty niczego nie piłaś, nie ?
- Samą wodę... Nie lubię alkoholu. - Oznajmiła poważnie biała wadera.
- Chyba też przestanę lubić... - Wzdychnąłem.

Abra?

Od Laguny - Tajemnicze pomieszczenie



Po niedługim czasie nieprzytomnego wilka zauważyła biała wadera, która właśnie przechodziła koło wąwozu. Przyglądała mu się chwilę, po czym spróbowała go obudzić, potrzepując nim lekko. Snuffles niestety nie odpowiadał. Wilczyca nie wiedziała, co z nim zrobić, więc usiadła obok niego, czekając, aż się przebudzi. Na pewno poszłaby do jaskini po lekarstwa dla wilka, ale było to zbyt daleko. Nie miała również wystarczającej ilości siły, by przetransportować go tam. Jedynym wyjściem, było zwykłe, cierpliwe czekanie.

***

Wilk otworzył w końcu powoli oczy. Laguna przypatrzała się mu. Zaskoczony Snuffles zaczął wypytywać Lunę o to, kim ona jest. Wadera zaś tłumaczyła mu, że go znalazła. Niestety basior musiał uderzyć bardzo mocno i nie pamiętał niektórych rzeczy. Laguna zaproponowała pójście do jej jaskini, żeby podać mu leki. On z niechęcią przyjął propozycję i udali się na zachód.
Po drodze Snuffles zaczął odczuwać głód. Przypomniało mu to, po co przyszedł w to miejsce i co się wydarzyło. Laguna zapewniła go, że ma mały zapas mięsa, którym będzie mógł się posilić. Wilk ucieszył się i przyspieszył tempo. Już po kilkunastu minutach Luna mogła zaprezentować kolejnemu już wilkowi swoją jaskinię, a raczej wejście do niej, które było najciekawszą częścią podziemnej jaskini. Zaskoczony Snuffles musiał wskoczyć do tunelu, zwanym przez Lunę zjeżdżalnią. Pierwsza weszła tam Wilczyca. Zjechała i krzyknęła z dołu, że wilk może już wskakiwać. Tak też zrobił. Nie spodziewał się chyba, że tunel jest aż tak długi i trochę się niecierpliwił.
Białą wadera zaprowadziła Wilka do miejsca, w którym przetrzymywała zapasy pożywienia, chociaż on sam już wyczuł, gdzie to jest. Wilczyca zostawiła go samego i poszła przygotować magiczny odwar, który powinien przyspieszyć powrót pamięci.

***

Po skończeniu posiłku, Snuffles poszedł sprawdzić, jak idzie waderze. Nie mógł jej znaleźć i zaczął ją wołać. Nikt jednak nie odpowiadał. Znalazł za to kartkę, w której powiedziane było, że Luna poszła poszukać składników do przyrządzenia mikstury. Zdziwiło to Snufflesa, bo czuł wyraźnie gdzieś jej zapach. Ciekawiło go, o co chodzi, więc ruszył za tropem.
Nie musiał długo wąchać, aż znalazł starą szafę, która była zamknięta na klucz. Wyglądała na ciężką i mało stabilną. Wilk jednak nie odpuszczał i przesunął najdelikatniej stary mebel, jak tylko potrafił. Nie chciał go uszkodzić.
Po przesunięciu szafy mógł zobaczyć przejście do innego pomieszczenia. Wszedł tam ostrożnie, rozglądając się.
- Co Ty tu robisz ?! - Krzyknęła na niego wystraszona wadera. Na to Snuffles spokojnie zapytał, co przetrzymuje tutaj wadera. Ona jednak nie chciała go wtajemniczyć i wyprosiła wilka z pomieszczenia. Kazała mu poczekać w głównym pomieszczeniu, po czym zastawiła za nim znowu szafę, za pomocą żywiołu wody.

***

W końcu Laguna wyszła z pomieszczenia, trzymając w pysku kubek. Dołączyła do Wilka, czekającego na Nią. Kazała mu wypić kilka łyków i uprzedziła, że może być senny po wypiciu odwaru. Snuffles chwilę się zastanawiał, po czym wypił cztery łyki mikstury. Nie zdążył jeszcze niczego powiedzieć, a już spał na ziemi. Luna podłożyła mu pod głowę poduszkę i poszła na polowanie, żeby basior miał co jeść, gdy się obudzi.

***

Waderze udało się upolować jedną sarnę. Żeby bezpiecznie ją przetransportować do jaskini, utworzyła lewitującą bańkę, w której mieściła się łania. Gdy w końcu tam dotarła, zauważyła, że wilk śpi dalej, więc odłożyła zdobycz z boku jaskini. Ona sama poszła popływać, jak co dzień. Niestety czas ją gonił i już po chwili musiała wyjść na brzeg i położyć się spać.

czwartek, 14 września 2017

Od Abry - Mój Kali...


Czytałam książkę, gdy nagle usłyszałam znajomy głos, który śpiewa piękną piosenkę. Zaciekawiona wyszłam z groty, by zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że to był Kali, który najwidoczniej śpiewał dla mnie. Wzruszyłam się, bo nawet jeżeli nikt wcześniej nie powiedział, że jestem Królową Pustyni, (tak jak to zrobił Vin) to na pewno nikt nigdy nie śpiewał dla mnie. I to z napisaną piosenką. Tylko dla mnie. Gdy Kali skończył, podeszłam do niego i popatrzyłam mu prosto w oczy. 
- Kocham Cię... - szepnął
- Ja ciebie też -i przytuliłam się do sporego basiora, który roztaczał wokół siebie dziwną aurę. Ale mnie to nie obchodziło, bo od tej chwili jest tylko mój...
Zrobiłam krok do tyłu, żeby móc lepiej się mu przyjrzeć. Wtedy niespodziewanie przybliżył swój pysk do mojego i pocałował długo i namiętnie. Jego grzywką łaskotała moje oczy, gdzieś tutaj zaczęło rozlegać się długie i radosne wycie. Jeszcze chwilę nie odrywaliśmy się od siebie, gdy usłyszałam, że wilki wychodzą z zarośli. Pierwszy wyszedł Kah'stan, za nim szła uśmiechnięta Abigail, Vinci i jakaś nieznana wadera. 
- No w końcu ! Już myślałem, że nigdy tego sobie nie wyznacie!-śmiał się Kast 
- Abii jak ja się cieszę !!-śmiała się- Poznaj Lagunę, nie wiem czy Ty braciszku już ją znasz, ale Abii na pewno nie
- Miło mi -zwróciłam się do Laguny.
- Mi też -i popatrzyła z nieskrywaną pogardą na Vinci'ego, za to on nie zwracał najmniejszej uwagi na Lunę i podszedł do mnie ze szczerym uśmiechem. Ukłonił się jak prawdziwy gentlemen.
- A widzisz ? Doczekałaś się - podniósł jedną brew.
- Tak -popatrzyłam na Kalego. 
- Świętujemy ?-popatrzył na nas Kast.
- Tak !-wszyscy się śmiali i byli na tak, więc poszliśmy do groty Kah'stana, bo była największa i z salą do tańca...

środa, 13 września 2017

Od Vinci'ego - Przyjaciel Kah'stan


Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę stoi przede mną mój stary przyjaciel. Gdy się przywitaliśmy .....nie.... rzuciliśmy się na siebie, spostrzegłem, że Kast nie był sam. Obok niego stała piękna, smukła i elegancka Wadera. Na jej widok zagwizdałem w duchu. Gdy okazało się, że jest zajęta przez innego, trochę mnie to zabolało. Ale i tak nic a nic nie zaszkodzi trochę flirtu, w końcu jeżeli jej partner jeszcze nie wyznał jej miłości ?
Postanowiłem zaprosić ich oboje do mej jaskini. Gadaliśmy, śmialiśmy się. Mocno polubiłem Abrę. 
- Śmiało mogę powiedzieć, że jesteś Panią Pustyni - uśmiechnąłem się uwodzicielsko .
- Nie przesadzaj, Vin. Ale muszę przyznać że takiego komplementu nawet Kali mi nie powiedział-zaśmiała się i zatrzepotał a rzęsami.
Trochę powspominaliśmy stare dobre czasy, aż nastała dwunasta w nocy. Moi goście musieli już wracać do siebie. 
- Miło było -Podeszła do mnie Abra i przytuliła się - pewnie za niedługo znowu się zobaczymy
- Na pewno...-uśmiechnąłem się
- Do zobaczenia, stary -powiedział Kast.
- Do zobaczenia, druchu -i odeszli, a ja wróciłem do środka.

KONIEC