Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dewi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dewi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Od Dewi'ego - Labirynt rozchwianych mostów



"Mówią, że trzeba być głupcem, aby tu przychodzić..."

                                                                         Albo być tak odważnym... 

Ja przystaje jednak przy odwadze. Skoro jest miejsca, które jest jeszcze mało znane i tak niedostępne dla innych, to chętnie je odwiedzę. Aczkolwiek interesuje mnie też zawartość tego labiryntu, w końcu takie fajne kulki mogą się przydać.

Zatem przygodę czas zacząć...

W zasadzie tylko słyszałem na temat labiryntu, nie rozumiałem, czemu wszyscy go omijają, dało mi to do myślenia i w sumie to zmotywowało mnie, aby się tam wybrać.

Droga nie była łatwa, tym bardziej, że nikt nie wiedział, jak dokładnie tam dotrzeć. W dużej mierze stawiałem na swoją intuicję, która na szczęście i w tym przypadku mnie nie zawiodła. Moim oczom ukazało się wzgórze, na którego szczycie była mocna mgła. Nic nie dało się zobaczyć. - To chyba tutaj - pomyślałem. Kiedy wchodziłem na nie, wydawało mi się, że droga nie ma końca. Z dołu nie wydawało się to aż tak wysoko. Ale nie mogłem się już wycofać byłem zdecydowany i pewny swego, nawet z ryzykiem jakie to ze sobą niosło. Nie jestem wilkiem wierzącym w mity i legendy, a obalanie ich to wręcz część mojego charakteru. Tak naprawdę nie zależało mi nawet na tych kulkach, o których wszyscy tak mówią. Ale tylko dzięki nim, mogę udowodnić, że naprawdę tam byłem. Dlatego ich zdobycie stało się dla mnie priorytetem. 

Po kilkugodzinnej wspinaczce znalazłem się na szczycie. Przede mną był tylko jeden most, na pierwszy rzut oka... - To nie może być aż tak łatwe - pomyślałem, rozglądając się. Niepewnym krokiem wszedłem na chwiejący się most. Zdawało się, że zerwie się pod moim ciężarem, więc każdy mój ruch był starannie przemyślany. Starałem się opierać na stabilniejszych deskach w moście. Niektóre deski się pode mną łamały, co znaczyło, że jest to naprawdę stare miejsce. Dookoła nie było nic widać, mgła zasłaniała wszystko. Gdy doszedłem do końca, ujrzałem przed sobą pierwsze skrzyżowanie. Trzy różne mosty... Nie miałem mapy, ani nic w tym stylu, aby móc zorientować się, w którą stronę mógłbym iść, nie było tam nawet wiatru. Jedyne, co wpadło mi do głowy, to zaznaczenie mostów na których byłem, aby ułatwić sobie drogę powrotu. Miałem ze sobą jagody, w razie czego, jakbym zgłodniał. Wykorzystałem je do zaznaczania, ich sok miał ciemno fioletowy kolor, co dosyć mocno odznaczało się na drewnianych podestach w moście.

Długi czas błąkałem się bez sensu. Wielokrotnie wracałem do momentu, w którym zacząłem. Myślałem nad tym. To musi mieć jakiś sens - zastanowiłem się, przyglądając się plątaninie mostów. Zacząłem robić różne kombinacje. Lewo, lewo, prawo, lewo - znów to samo. Prawo, lewo, lewo, prawo - znalazłem się na początku. Lewo, prawo, prawo, lewo i dzięki temu przedostałem się dalej niż wcześniej. Szedłem tym kodem dalej po mostach. Jednak nie spieszyłem się, gdyż każdy gwałtowny ruch mógł zerwać most lub wprowadzić go w bujanie, przez co mógłbym stracić równowagę i spaść. Nie wiem, ile minęło, ale w końcu znalazłem się przed jakby ołtarzem? Nie wiem jak to nazwać, kulki unosiły się w powietrzu nad tajemniczym posągiem. Zastanawiałem się jak do nich się dostać gdyż wszystko lewitowało między mostami. Wtem wpadłem na pomysł, żeby przeskoczyć z jednego na drugi, w międzyczasie łapiąc kilka kulek. Było to ryzykowne bo most, na którym wyląduje może się zerwać. Zastanowiłem się jeszcze chwilę i wykonałem skok.

Złapałem w pysk, cztery sztuki i wylądowałem na moście na przeciwko. Zaczekałem chwilę, aż przestanie się bujać i uradowałem się, że się udało. Jednak moja radość nie trwała zbyt długo... Dotarło do mnie, że kulki są odpowiedzialne za stabilność mostów, które zaczęły się powoli rozpadać. Nie było czasu do stracenia...

Ruszyłem przed siebie po bujających się mostach, tracąc wcześniej uzyskany spokój i precyzję. Szukałem śladów jagód i za nimi biegłem ile sił w łapach. Mosty rozpadały się coraz szybciej, niektóre zrywały się pod moim ciężarem przez co kilkakrotnie otarłem się o  śmierć. Gdy z daleka ujrzałem wzgórze, z którego przyszedłem, ucieszyłem się. I biegłem jeszcze szybciej niż wcześniej.

Wyskoczyłem z labiryntu z hukiem, a za mną zerwał się most prowadzący do labiryntu... Przez kilka minut jeszcze ciężko oddychałem przyglądając się kulkom, za które mogłem stracić życie. Zastanawiające, że takie małe cudeńka mogą tyle zdziałać.

~.~.~.~ 

Kilka miesięcy po tej przygodzie znowu odnalazłem to miejsce. Wszystko wyglądało jak dawniej, zdziwiło mnie to. Najwyraźniej te kulki potrafią się regenerować. Co sprawia, że struktura labiryntu się odnawia. Co ciekawe, gdy wszedłem, mosty były inaczej ułożone. Świadczy to o tym, że za każdym razem mosty ulegają zmianie położenia. Zaciekawiło mnie to, jednak nie miałem więcej ochoty na powtórkę... Bynajmniej nie dzisiaj.

 

<Zaliczyłem? :D>

Od Dewi'ego


- Angel! - krzyknąłem. - Ty zdrajco - powiedziałem przez kły.
- Nie dali mi wyboru... - odpowiedział łamiącym głosem.
- Zawsze jest wybór - powiedziałem, nie patrząc nawet na niego.
- Zdradzieckie stworzenie - podsumowała biała wadera.
- No, koniec tych rozmów - powróciła wcześniej poznana wadera.
- Sakura, przyprowadź mi basiora, nim zajmę się najpierw - powiedział szaman, przyglądając mi się.
- Sakura, to imię... - zamyśliła się Feri.
- Znasz ją? - spytałem.
- Coś mi się kojarzy... - odpowiedziała.
- Robi się - odparła wadera, zbliżając się do mnie.
- Trzymaj się z daleka - powiedziałem, stając przed Feri, aby nie zbliżała się do niej, mimo iż wiedziałem, że idzie po mnie.

Sakura, bez zastanowienia rzuciła się na mnie. Miała dosyć dużo siły jak na waderę, jednak nie więcej niż ja. Z łatwością zrzuciłem ją z siebie. Na co ona zareagowała wezwaniem eskorty. Dwóch basiorów o ciemnym futrze zbliżało się wielkimi krokami do mnie. Teraz we trójkę krążyli, aby zaatakować. Rzucili się na mnie, jednak i to nie zahamowało mojego ducha walki. Rzucałem się, aby ich pozrzucać z siebie, po czym atakowałem każdego pojedynczo. Co sprawiało, że zyskiwałem przewagę. Nie spodobało się to im...

- Koniec tej zabawy - powiedział zdenerwowany szaman.

Odwrócił on tym moją uwagę, przez co dwójka basiorów przycisnęła mnie do ziemi.

- Przyprowadź mi najpierw tą waderę - rzucił, kierując wzrok na Ferishię.
- Zostawcie ją - krzyknąłem, chociaż wiedziałem, że nie mogę nic zrobić.
- Robi się - uśmiechnęła się Sakura.

Feri broniła się, jednak Sakura była silniejsza. Przyprowadziła ją prosto do szamana. On kazał przynieść jakąś księgę, z której zaczął wypowiadać niezrozumiałe dla mnie słowa. Jakieś zaklęcie? - zastanowiłem się. Niedługo po tym zauważyłem, że Sakura puściła Feri... A jej sierść zmieniała barwę na czarny podobny kolorem do basiorów, którzy mnie trzymali.

- Już po wszystkim, od teraz zwiesz się Kira - powiedział.

Zamurowało mnie, czy to możliwe? Basiory błyskawicznie mnie puściły, a ja ruszyłem do Ferii. Chciałem... Sam nie wiem czego chciałem.

- Kiro, zajmij się swoim kolegą - powiedział z uśmiechem.
- Teraz już nam się nie wyrwie, nie skrzywdzi jej - powiedział pewnie do Sakury.
- Przyda się nam w oddziale - dodała dumnie jego podopieczna.

Ferii całkowicie się zmieniła... Jej sierść z śnieżnobiałej zmieniła się w czarną jak smoła. Jej łagodny wzrok przemienił się w puste spojrzenie. Wtedy pierwszy raz od dawna się bałem... Nie o siebie, a o nią.

- Fer? - spytałem niepewnie.
- Jestem Kira - powiedziała, jakbym pomylił imiona, podchodząc powoli.
- Nie jesteś żadna Kira.... - powiedziałem stanowczo, przestając się cofać w głąb jaskini. 

Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takim stanie. Zaczęła się do mnie rzucać z pazurami i zębami. Lecz ja stanowczo blokowałem lub unikałem każdy jej atak.

- Walcz! - domagała się wadera.
- Nie będę walczyć... - odpowiedziałem ze smutkiem, tracąc powoli nadzieję.
- Dlaczego nie chcesz walczyć? - spytała wpatrując się we mnie.
- Bo jesteś dla mnie zbyt ważna, abym mógł cię skrzywdzić i nie zrobiłaś mi nic złego, abym musiał z tobą walczyć - powiedziałem.

I wtedy jakby za magicznym zaklęciem, kolor zszedł z jej sierści. A Ferii traciła siłę w łapach, podbiegłem, aby nie upadła na ziemię.

- Co się stało? - spytała jakby nigdy nic.
- Boże, Ferii, jak się cieszę ,że jesteś - przytuliłem ją.

- Co?! Jak to możliwe - rzekł ze złością szaman. - Jakim cudem to nie zadziałało - dodał.
- Sakura, wrzuć tego lepora do ich celi, wrócimy do nich później... Muszę się zastanowić, co z nimi uczynić. - gniewnie wyszedł z celi, a wraz z nim eskorta.

Sakura wrzuciła nam Angel'a do celi, co oznaczało, że albo go zdradzili, albo od początku nie był z nimi. Jednak najpierw opowiedziałem wszystko Fer, aby wiedziała co i jak.

CDN

<Ferishia? *Tu du du du*>

KONTYNUACJA
(FERISHIA)

sobota, 17 lutego 2018

Od Dewi'ego



- Rena? - spytałem, będąc już praktycznie pewnym. Wpatrywałem się w nią jak wryty.
- Tak to jest Rena, poturbowali ją... - wycedził Slash.
- Zgaduję, że nikt z was nie jest medykiem... - dodał basior.
- Ja się trochę na tym znam, trzeba ją przenieść w inne miejsce -wtrąciła Ferii.
- Da się zrobić - rzucił Slash.

~.~.~.~

Znaleźliśmy nieopodal jaskinię, w której umieściliśmy Renę. Feri w tym czasie zbierała zioła w okolicy, poszedłem z nią, aby ją asekurować. Zaufałem Slashowi, że zostawiłem go z Reną.

- Ona chyba jest dla Ciebie bliska - powiedziała nagle Feri.
- Była bliska... kiedyś - odpowiedziałem pewnie.
- Jesteś pewny, że już nie jest? - spytała.
- Nie... - odpowiedziałem, zastanawiając się.
- No właśnie... - odparła jakby ze smutkiem w głosie.

Nie byłem w stanie wytłumaczyć, jak się teraz czuję. Dziwne uczucie spotkać kogoś po tak długim czasie...

- Możemy już wracać - przerwała mi myślenie wadera.
- W porządku - odparłem.

~.~.~.~ 

Kiedy wróciliśmy do jaskini, Rena odzyskała już przytomność. Znowu mnie zamurowało, na szczęście Fer wciąż myślała trzeźwo.

- Nie możesz się teraz przemęczać, musisz odpocząć - powiedziała spokojnym głosem.
- Dew, Ty żyjesz - powiedziała wadera, ignorując słowa Feri wstając.
- Tak żyję, ale nie wstawaj... - odparłem.
- Oni mają rację, musisz odpocząć, jutro się wszystkim zajmiemy - uspokajał ją Slash.
- Jestem Rena - powiedziała, kierując wzrok na Feri, która zajmowała się jej ranami.
- Jestem Ferishia, miło mi - odparła z uśmiechem Feri.
- Jesteś samica Alfa, prawda? - spytała jakby przewidując.
- Owszem, skąd to wiesz? - odpowiedziała zaciekawiona.
- Wiem wiele rzeczy, również jestem Alfą, to duża odpowiedzialność - zamyśliła się.
- To prawda... - przytaknęła biała wadera.
- Tak czy siak, spędzimy tutaj noc - powiedział Slash. - Stanę na warcie do połowy nocy, potem zmienię się z Dewi'm - dodał.
- W porządku - zgodziłem się.

Dzień minął nam szybko, sporo rozmawialiśmy, upolowaliśmy kilka królików, aby coś zjeść oraz obmyślaliśmy plan na następny dzień.Oczywiście każde z nas było czujne, miejsce w którym się znajdowaliśmy nie było bezpieczne. 

- Powinniście się już położyć słońce zachodzi a jutro ciężki dzień - powiedział Slash.
- W porządku, tylko jeszcze o coś muszę spytać - odparłem.
- Rena, co robiłaś tak daleko sama od watahy? -spytałem.
- Musiałam ich zmylić... Jakbym nie pobiegła w przeciwnym kierunku, znaleźliby moją watahę, nie mogłam do tego dopuścić - odpowiedziała ze smutkiem.
- To tylko kwestia czasu - wtrąciła Fer...
- A czas jest tutaj bardzo istotny - dodała Rena.
- Dlaczego akurat ja? - dopytywałem.
- Byłeś świetnym generałem... Tak powiedział Slash. A poza tym, przyda mi się medyk.... U mnie w watasze jest wiele rannych... - dodała.
- Wiedziałaś, że przyjdę z Feri? - dopytywałem dalej, zerkając na Slasha, dziwne, że mnie pochwalił w jej oczach.
- Tak... Potrzebuję pomocy, nawet jeśli nie chcecie pomóc mi, pomóżcie im... Proszę - powiedziała.
- Pomożemy wam - odparła Fer - nie pozwolę, aby niewinni cierpieli - dodała.
- Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy i dla watahy - ucieszyła się.
- Dobra... Pora spać - rzuciłem. 
- Dobranoc wszystkim - powiedziała przeciągając się Ferii.
- Wzajemnie - odpowiedziała Rena.

~.~.~.~

Kiedy minęła moja warta, postanowiłem obudzić resztę. W końcu trzeba było jakoś to wszystko ogarnąć. Na szczęście wszyscy byli nawet wyspani, więc nie było większego problemu z pobudką. 

- Daleko do Twojej watahy? - spytała Fer.
- Nie, jeszcze kawałek - odpowiedziała radośnie.

Tak jak mówiła, tak było. Po chwili znaleźliśmy się przed tunelem wykopanym w ziemi, był ukryty w krzakach. 

- No to kto pierwszy? - spytał Slash.
- Panie przodem - rzuciłem.
- Jacy dżentelmeni - przewróciła oczami Ferii. 

Gdy wszyscy znaleźli się na drugim końcu tunelu jakby ukazał się inny świat. Wataha, która żyje w podziemiach. Szczeniaki biegały, ciesząc się na widok Reny, basiory zajmowały się treningami oraz budową legowisk, a wadery były zajęte posiłkami oraz dziećmi. Każdy miał jakąś pracę. Było również dużo rannych, którymi od razu zajęła się Feri.

- W takim razie... Jakie jest nasze zadanie? - spytałem w końcu.
- Dewi musimy zebrać armię i zaatakować - powiedziała Rena.
- Myślę ,że to kiepski pomysł, ich jest więcej - wtrącił Slash.
- Trzeba to przemyśleć - powiedziałem.
- W sumie, mam pomysł - dodałem po chwili.
- Jaki? - zapytali zaciekawieni.
- Możemy wysłać im szpiegów, którzy odkryją ich plany i zamiary, dzięki temu będziemy o krok przed nimi - powiedziałem z dumą swój plan.
- Tylko kto pójdzie? - zamyślił się Slash.
- Feri i Dewi - odpowiedziała.
- Co? - spytałem zdziwiony. 
- Nie macie zapachu watahy, wam będzie łatwiej się do nich zbliżyć... - wytłumaczyła.
- Może tak naprawdę wojna nie będzie potrzebna... - zastanowiłem się.
- W to wątpię, ale będziemy wiedzieć, co knują. Wyruszycie jutro rano, będziecie spać w gościnnej norze, nie ma ona zapachu wilków. - wyjawiła Rena.
- Wysyłasz ich na pewną śmierć - rzucił Slash. - Oni ich zabiją - dodał.
- To jedyna szansa - powiedziała Rena, uderzając łapą w ziemię.
- To ryzykowne, nie idźcie tam - powiedział, ignorując decyzję Alfy.
- Myślę, że zaryzykujemy - powiedziałem, patrząc z daleka na Feri. 
- Świetnie, wyruszycie tak jak mówiłam z rana, a teraz odpoczywajcie.

Bez większego zastanowienia ruszyłem do Ferii, wyjawić plan. Kiedy wszystko jej opowiedziałem zgodziła się pomimo ryzyka.

- Może uda nam się ich przekonać do rozejmu, tak naprawdę nawet nie wiemy czemu między nimi jest ten spór - powiedziała Ferii.
- To prawda, nic nie chcą powiedzieć - zastanowiłem się.
- No właśnie... Może nie są aż tacy, jak oni mówią... - odparła.
- Jutro się przekonamy - rzuciłem. - Na pewno jesteś gotowa, aby tam iść? - dodałem.
- Myślę ,że tak - powiedziała, patrząc na harce szczeniąt.



CDN


niedziela, 11 lutego 2018

Od Dewi'ego - Nowy Początek

Od pewnego czasu nie pokazywałem się na oczy pozostałym członkom watahy. No cóż, jakoś tak wyszło. Był to dla mnie czas przemyśleń... Swoją drogą musiałem potrenować i trochę zwiększyć swoje umiejętności. Jednak w końcu wypadało by się pokazać i wyjść z ukrycia żeby nie pomyśleli, że zniknąłem. Aczkolwiek myślałem przez pewien czas nad tym.

Przechadzałem się w sumie bez większego celu przechodząc obojętnie między wilkami. I wtedy spotkałem ją...

- Dewi! - krzyknęła radośnie, machając ogonem.
- Feri! - krzyknąłem radośnie, chociaż nie sądziłem, że znajdę w sobie tyle entuzjazmu.
- Ile to już czasu minęło, odkąd ostatni raz się widzieliśmy? - spytała,  zaczynając rozmowę.
- No trochę minęło... Mam nadzieję, że nie było mnie za długo... - odpowiedziałem, łudząc się, że odpowie, że nie ma mi tego za złe.
- W porządku, chociaż nie powiem, trochę smutno było bez ciebie - rzuciła przyglądając się mi.
- Masz ochotę na spacer? - spytałem. - Na pewno masz ochotę oderwać się trochę od obowiązków - rzekłem, puszczając jej oczko.
- Hmm, jasne, czemu nie - odpowiedziała.

Zabrałem ją na spacer po Polnej Drodze. W końcu to spokojne miejsce, jednak długo nie mogliśmy się napawać spokojem, gdyż na drodze stanął nam czarny jak noc wilk.

- Slash? - spytałem zaskoczony jego obecnością tutaj.
- Duchu Walki, potrzebujemy twojej pomocy! - rzucił nie zważając na moje pytanie.
- Jak się tu dostałeś? - spytała zaskoczona Feri.
- To nieistotne. Proszę pomóż nam, nasza wataha jest zagrożona, nasza wioska jest niedaleko - tłumaczył nam basior.
- Nie mogę ci pomóc - rzuciłem stanowczo.
- Co? - spytała Feri. - Dlaczego? - wtrąciła z lekkim poirytowaniem.
- Ponieważ to zdrajca. - odpowiedziałem, dając waderze jeszcze bardziej do myślenia.
- Wiem, że zawiniłem ale zrób to dla Reny, ona potrzebuję cię - przekonał mnie basior.
- Rena tam jest? - spytałem, nie wierząc w to, co słyszę.
- Kim jest Rena? - kolejne pytanie padło od Feri.
- Muszę im pomóc - powiedziałem, spoglądając na nią.
- Nie puszczę cię tam, samego - powiedziała stanowczo.
- To może być niebezpieczne - próbowałem ją zniechęcić, by została.
- Wiem zdaje sobie sprawę - odparła stawiając na swoim. - Po drodze wytłumaczysz mi, o co tu chodzi - dodała.
- Świetnie ruszajmy, szkoda czasu! - pospieszał nas basior.

Właściwie nie miałem do niego zaufania. Ale wiedziałem, że muszę pomóc Renie, czułem ,że powinienem to zrobić. Slash szedł jakieś dwa metry przed nami, więc mogłem spokojnie opowiedzieć Feri, o co właściwie tutaj chodzi.

- Więc zacznijmy od tego... Czemu on cię nazwał "Duchem Walki", kim jest Rena i kim jest on? Oraz czemu to robisz? - zasypała mnie pytaniami wadera.
- Byłem przez pewien czas generałem kiedy byłem z nim w watasze. Motywowałem wojowników, oraz uczyłem ich walki. Od strategii po wykonanie, wszystko było na mojej głowie. Każda bitwa kończyła się moim zwycięstwem do czasu aż ktoś był zazdrosny.... Slash mnie wrobił. Nieważne już w co. Nie stanął w mojej obronie. Mimo, że to była jego wina, zwalił wszystko na mnie. Chciał przejąć to stanowisko, być doceniony... Zostałem wygnany. Duch Walki, który stracił motywację, co za ironia. - odpowiedziałem.
- Rozumiem... Na razie to wystarczy... A kim jest Rena? - dopytywała ciekawska wadera.
- To samica, która wraz ze mną uszła z życiem... Nie widziałem jej od paru lat... Obwiniała mnie, że to moja wina... Była wtedy jeszcze młoda nie wiedziała, że to był wypadek... I tak nie mogliśmy nic zrobić... - przypomniałem sobie to, co wydarzyło się tyle czasu temu.
- Ufasz mu? - zmieniła nagle temat, pokazując wzrokiem na basiora przed nami.
- Nie, ale wiem, że to Rena go wysłała po mnie... Tylko dlatego to robię - odpowiedziałem.
- Prześpimy się tutaj - przerwał nam basior, pokazując łapą na ogromne drzewo.
- W porządku. - odpowiedzieliśmy jednocześnie.

Slash położył się o wiele dalej ode mnie i Feri, w sumie nie dziwię mu się. Jeszcze trochę rozmawialiśmy, po czym poszliśmy spać.

Noc przeminęła mi spokojnie, obudziłem się i przeciągnąłem. Rozejrzałem się i zauważyłem, że Feri nigdzie nie ma. Rzuciłem się na śpiącego jeszcze Slash'a.

- Gdzie ona jest?! - powiedziałem przez kły dociskając basiora do ziemi.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - tłumaczył się basior.
- Feri, gdzie ona jest?! - pytałem czekając na odpowiedź.
- Nie mam pojęcia, zaraz ją znajdziemy - odparł.

Nie ufałem mu jednak zdawało się, że mówił prawdę. Wziąłem się za szukanie tropu, lecz mój węch nie jest w szczytowej formie...

- Mam coś! - rzucił, pocieszając mnie basior.

CDN


<Feri? Wybacz ,że tak długo, zacznijmy od nowa? ;D>

sobota, 4 listopada 2017

Od Dewi'ego

Postanowiłem poznać nową waderę naszej watahy. Gdyż zainteresowała mnie jej postać, nigdy nie widziałem wilczycy o takim umaszczeniu, po prostu przykuła moją uwagę... Ruszyłem w poszukiwaniu jej. Chociaż było to trochę trudne, bo nikt jej nie znał... Sam widziałem ją tylko raz. W dodatku nie pamiętałem imienia, a zapachu też jej nie pamiętałem, więc to sprawiało pewne trudności. No dobra, jakbym był wilczycą, to gdzie bym poszedł? – zadałem sobie to pytanie, jakby bardzo bezsensownie nie zabrzmiało. Ale nie przyniosło to żadnych skutków, nie mam pojęcia, pewnie poszedłbym na polowanie – odpowiedziałem sobie w myślach.

I nie myliłem się, wadera była w lesie nie opodal szukając tropu. O matko, miałem rację! – podbudowałem swoje ego. Podszedłem bliżej i przywitałem się.

- Cześć, jestem Dewi! – rzuciłem wesoło.

Wadera aż odskoczyła, najwyraźniej nie spodziewała się takiego przywitania.

- Wybacz nie chciałem Cię wystraszyć – odparłem.
- Okay, nic się nie stało – uspokoiła się. – Jestem Kyuubi, ale możesz mówić po prostu Kyu – przedstawiła się wadera.
- Miło mi Cię poznać Kyu, swoją drogą co robisz? – dopytałem.
- W sumie poluję, a co? – spytała, przyglądając mi się.
- Mogę Ci pomóc, znam trochę tereny watahy i wiem co i jak – odparłem, zapraszając waderę na wspólne polowanie.
- Hmm, no dobrze, czemu nie - uśmiechnęła się.

CDN
< Kyuubi? ;D>

Od Dewi'ego


Naszym oczom ukazała się dość sporej postury wadera, która bez słowa się nam przyglądała. Po jej ułożeniu łap i spojrzeniu łatwo wywnioskowałem, że nie ma ona dobrych zamiarów. Podszedłem najbliżej jak się da, tak samo jak Feri.

- Kim jesteś? – spytała biała wadera.
- Tego na razie nie musisz wiedzieć... – uśmiechnęła się szyderczo, przyglądając się jej.
- No dobra, a po co nas tu ściągnęliście...? – spytałem, licząc na odpowiedź.
- Potrzebujemy wojowników, takie przybłędy jak wy świetnie się nadadzą. Im nas więcej, tym szybciej będziemy mogli przejąć władzę nad całą doliną. – uśmiechnęła się.
- Nie jestem wojownikiem i na pewno nie będę walczyć po waszej stronie – powiedziała stanowczo Feri, która nie miała zamiaru dać za wygraną.
- Na razie nie, ale jak się wami zajmie nasz szaman, nie będziesz już znała innego celu w życiu – zakpiła sobie. – W sumie nie będziecie musieli długo czekać, bo z tego, co wiem kieruję się on już do nas. Nie mogę się doczekać, aż przestaniesz jąkać i zabierzesz się do pracy. – dodała gniewnym tonem.
- Ani nam się śni wam służyć – powiedziałem. – Jeżeli będzie trzeba powstrzymamy was – odparłem pewny siebie.
- Serio? Dwa małe wilczki przeciwko mojej armii? Nie bądź śmieszny, Dewi – oznajmiła wadera.
- Skąd go znasz? – spytała coś podejrzewająca wadera.
- Ciebie też znam Fershia, nie martw się. A teraz muszę was opuścić, obowiązki wzywają – odwróciła się i poszła, oddalając się od naszej cytadeli.
- Wracaj tu, tchórzu! – krzyknąłem, jednak nie dostałem odpowiedzi.
- Dew, to na marne, ona już poszła... – wtrąciła Feri.
- Ale to wszystko nie ma sensu, skąd ona zna nasze imiona? – spytałem, choć tak naprawdę wiedziałem, że ona nie może tego wiedzieć.
- Wiesz mam pewną teorię, nie przyszliśmy tutaj sami. A Angela „porwali” przed nami, możliwe, że to dzięki niemu się dowiedzieli, kim jesteśmy... – odparła z przekonaniem wadera.
- To niemożliwe, Angel by nas nie zdradził – odparłem, chociaż miałem już pewne wątpliwości co do niego.
- Nie wiem, nie znamy go za dobrze... – powiedziała wadera, która miała niestety rację.
- Fakt, ale przecież nam pomógł... – rzuciłem, używając jedynego argumentu, który był na korzyść lepora.
- Możliwe, że to też było ustawione – rzekła, obalając mój argument.
- Sam już nie wiem... – odparłem. – Musimy ich powstrzymać – dodałem
- No, z tym się akurat zgadzamy – przyznała wadera


poniedziałek, 4 września 2017

Od Dewi'ego


Kiedy Feri i Angel już przyszli, pokazałem im moje znalezisko!

- Serio? Chodzi Ci o to truchło? - zapytał z obrzydzeniem Lepor.
- Patrzyłbyś na to inaczej, gdybyś był mięsożercą – odpowiedziałem, jedząc dość sporego jelenia.
- No cóż, liczyłam, że znalazłeś kryształ – dodała wadera, przewracając oczami.
- Nie marudź, sama przyznaj, że to całkiem dobre znalezisko! Chodź jeść! - pogoniłem ją.

Najpierw trochę niechętnie, ale po czasie Feri zaczęła jeść ze smakiem zdobycz. Angel w tym czasie oddalił się i zjadł sobie marchewkę. Kiedy byliśmy najedzeni, zaczęliśmy myśleć, gdzie może być kryształ, którego szukamy.

- W ogóle czy to nie jest dziwne? Że jedzenie sobie leżało na środku tego pustkowia? - rzuciła nagle wadera, zamyślając się.
- Emm... W sumie fakt. To trochę dziwne – przyznałem jej rację.
- Ale nie sądzę, żeby to była jakaś pułapka czy coś – dodałem po chwili.
- Właściwie to gdzie Angel? - przypomniała sobie Feri, rozglądając się.
- Nie mam pojęcia, ostatni raz widziałem go, jak jadł marchewki... - przypomniałem sobie.
- Angel! - zaczęła wołać moja towarzyszka, jednak bez żadnego odsłuchu. 
- To dziwne – powiedziałem, szukając jakiegokolwiek tropu.

Minęło już kilka godzin, a po Leporze nie było śladu. Teraz kryształ nie miał znaczenia, musieliśmy odnaleźć naszego przyjaciela. W końcu wilki nie zostawiają swoich... Chociaż swoją drogą Angel mógłbyś naszym posiłkiem w każdej chwili... Ale został jednak częścią stada.

- A co, jeśli to było odwrócenie naszej uwagi? -nagle zapytała.
- Ale kto by próbował to zrobić? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- No nie wiem, ale wszystko się zgadza... Może on został porwany? - zaczęła przypuszczać.
- Ale po co komukolwiek Angel? - zapytałem. - Chyba, że ktoś był głodny – zażartowałem.
- Nawet tak nie mów – oburzyła się lekko wadera. - Musimy go znaleźć – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Znajdziemy, ale robi się ciemno... Powinniśmy odpocząć, pół dnia już spędziliśmy na szukaniu go – stwierdziłem.
- Chyba masz rację. Chodźmy tam – pokazała łapą na skałę.

Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, tak byłem zmęczony tym chodzeniem pół dnia. Gdy się obudziłem, zauważyłem, że jesteśmy w innym miejscu. Feri już nie spała. 

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem, przyglądając się tej dziwnej obroży na jej szyi.
- Nie mam pojęcia. Ale ktoś nas pojmał kiedy spaliśmy... W dodatku te obroże, uniemożliwiają używanie mocy, pierwszy raz coś takiego widzę -przyznała.
- To nie brzmi pocieszająco. Wiesz może, kto mógłby to być? - spytałem.
- Nie za bardzo, ale podejrzewam, że się dowiemy... - odpowiedziała.

niedziela, 30 lipca 2017

Od Dewi'ego



Po głośnym ziewnięciu, jeszcze się przeciągnąłem i zauważyłem ,że dopiero zaczyna wychodzić słońce… Dawno tak wcześnie nie wstałem – pomyślałem i spojrzałem na Angela, który był w pełni gotowości do dalszej drogi. 

- Ruszajmy, im szybciej tam pójdziemy, tym szybciej wrócimy – rzucił Angel 
–Tak, masz rację – zgodziłem się z leporem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po chwili byliśmy już przed miejscem, gdzie nikt nie powinien przychodzić… Mroczne, chłodne ale zarazem klimatyczne. Skały robiły wrażenie, aczkolwiek nigdzie nie widziałem humanoida, o którym to tyle słyszałem.

- Może go nie ma – odparłem do moich towarzyszy.
- Na pewno jest… Obawiam się, że może czaić się nawet za rogiem – nie pocieszyła mnie Feri.
- Hmm, ostatnim razem jak tu byłem, wyglądało to trochę inaczej – wtrącił Angel.
- Co masz na myśli? – zapytała Feri zwracając głowę ku górze do lecącego nad nami lepora.
- No cóż, było trochę bardziej strasznie… - odpowiedział.
- Może dlatego, że byłeś sam? – zasugerowałem.
- Być może… - przytaknął 

Wchodziliśmy coraz bardziej w głąb formacji skalnej… Nagle za nami pojawił się nasz przeciwnik, który był już gotowy do ataku. Feri najwyraźniej miała plan, bo pobiegła na pierwszy ogień i rzuciła mu się do szyi, co było dobrym pomysłem. Był to jego słaby punkt, gdyż szyja była najcieńsza ze wszystkich jego części ciała. Jednak jej atak skończył się tym, że stwór mocno zrobił skręt w lewo przez co wilczyca poleciała na skały, dość mocno uderzając się o nie… Szybko do niej podbiegłem, unikając humanoida, który zajął się w tym czasie leporem. 

- Nic Ci nie jest? – spytałem zmartwiony.
- Nie, chociaż trochę boli mnie bok – odparła. – Nie sądziłam, że ma tyle siły – dodała.
- Ja też nie… - odpowiedziałem, przyglądając się jej bokowi, którym zaryła o skały, wydawało się, że to tylko drobne rany, ale jeszcze rana z cierni dawała jej po sobie znaki przez co trochę kulała. Nie mogąc pozwolić, by stała się jej jeszcze większa krzywda… 
- Schowaj się w bezpiecznym miejscu, zajmę się tym – Nie mogę pozwolić, by stała Ci się krzywda, jesteś potrzebna wilkom z naszej watahy i nie tylko im… - dodałem.
- No nie wiem, czy poradzisz sobie sam – zmartwiła się.
- Spokojnie… Poradzę sobie, mam plan – chciałem ją pocieszyć, choć tak naprawdę nie miałem żadnego planu. 
- No dobrze, powodzenia… - rzekła.
- Nie martw się, będzie dobrze – puściłem oczko .
- Może tak mi pomożesz?! – krzyknął lepor, który był już zmęczony uciekaniem przed stworem.
- Dobra, muszę iść – stwierdziłem – znajdź jakieś bezpieczne miejsce – dodałem i pobiegłem w stronę przeciwnika.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Angel! Odpocznij gdzieś, przydasz mi się jeszcze! – krzyknąłem do niego zwracając przez to uwagę humanoida, który zbliżał się w moją stronę.
- A więc zostałeś tylko ty i ja – powiedziałem przez kły do bestii.

Wiedziałem, gdzie jest jego słaby punkt… Wiedziałem, ile ma siły… Na co go stać… A mimo to nie miałem pojęcia jak mogę go pokonać. Rozejrzałem się trochę dookoła i zauważyłem kamienie, łańcuchy, zbroje jak i kości wilków… Trochę mnie to zmartwiło nie powiem, ale gorsze widoki widziałem. Zacząłem rzucać w niego kamieniami, żeby zaczął mnie gonić, chciałem go trochę zmęczyć. I to nawet się udało. Gdy zauważyłem, że opadł z sił, zbliżyłem się do niego, zachodząc go od tyłu i zrobiłem podobny atak do Feri. Chociaż przypuszczam, że mam trochę więcej siły w szczęce, próbowałem zmiażdżyć drewno tylko w miejscu szyi, no ale niestety… Okazało się ono twardsze niż przypuszczałem, a humanoid, cofając się ze mną do tyłu, przycisnął mnie do jednej ze skał. Zacząłem się wyrywać na daremno, wiedziałem, co chciał zrobić bo zaczął napierać z coraz większą siłą, najprawdopodobniej próbował zmiażdżyć mi żebra… Mój oddech stawał się coraz płytszy, jedyne co przyszło mi wtedy do głowy to zawołanie lepora.

- Angel! – krzyknąłem ostatkiem sił.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przez chwilę prawdopodobnie byłem nieprzytomny… Stwór odchodził ode mnie w stronę Angela i Feri… - Feri?! – A ty skąd się wzięłaś? – pomyślałem. Aczkolwiek ucieszyłem się na jej widok. Wstałem chwilę później znowu gotowy do ataku. Widziałem, że Feri trochę kuleje, ale mimo to dawała radę bronić się przed atakami. – Dobra Dew, myśl – powiedziałem sam do siebie i znowu zacząłem się rozglądać. I wtedy wpadłem na pomysł…

Wziąłem jeden z łańcuchów, które leżały na ziemi i ruszyłem w kierunku walki. Niezauważony przez przeciwnika zarzuciłem łańcuch na niego, po czym zacząłem go obchodzić dookoła żeby zacisnąć go mocniej . Zaczął się szarpać , lecz było już za późno. Moje szczęki zacisnęły się na łańcuchu tak samo mocno jak łańcuch na nim, który uniemożliwił mu jakikolwiek ruch. Zacząłem biec w kierunku skały, ciągnąc go za sobą. Po czym zatrzymałem się tuż przed nią i zamachnąłem się z całej siły w jej kierunku, ciągnąc w ten sposób humanoida na nią… Tak mocne uderzenie sprawiło, że rozleciał się po prostu na części… Zdyszany spojrzałem na Feri i Angela, którzy byli chyba trochę zdezorientowani… 

czwartek, 27 lipca 2017

Od Dewi'ego

-----------------------

Nagle przestałem słyszeć bieg Feri za mną... Odwróciłem się i zobaczyłem, że wadera kuleje… A stwór był coraz bliżej. Nie było już czasu na myślenie… Dobra, chłopie, weź się w garść – powiedziałem sam do siebie. Zwróciłem uwagę na zwisające liany z drzew, wydawały się dość mocne, więc szybkim i mocnym ruchem zerwałem część z nich i pobiegłem w stronę Feri… Potwór miał już zaatakować i otworzył pysk, z ostrymi jak brzytwa zębami. Więc zawiązałem pętle z lian i zarzuciłem na pysk chimery, po czym zacisnąłem z całej siły. Trzymając w ten sposób stwora, udało mi się go powalić, jednak nie wiedziałem na jak długo…

- Angel, zabierz Feri w bezpieczne miejsce, dogonię was – rzekłem przez zęby, gdyż musiałem jeszcze trzymać naszego nowego „przyjaciela”.
- Robi się! – odpowiedział Angel, podlatując do Feri.

Po chwili potwór dawał się we znaki agresji, zaczął się szarpać i rzucać. Wiedziałem, że długo go nie utrzymam, ale na szczęście z oczu zeszli moi towarzysze, więc przypuszczałem, że są bezpieczni. Tak jak obstawiałem, stwór wydostał się z mojego uścisku. Byłem trochę wyczerpany szarpaniną z nim, a on.. Wydawał się jeszcze bardziej przepełniony energią… - W takim razie pozostaje mi tylko ucieczka – pomyślałem i zacząłem się powoli wycofywać. Niedługo po tym zaczęła się ucieczka, na szczęście miałem dosyć spory odstęp od potwora, ale mimo to nie wiedziałem gdzie są Feri i Angel… Wbiegłem w jakiś wąwóz, obracałem się i nie widziałem za sobą chimery, chociaż i tak wiedziałem, że jest blisko… I wtedy zostałem wciągnięty w szczelinę z prawej ściany wąwozu… 

- Feri! – ucieszyłem się na widok wadery.
- Ciszej, może nas nie zauważy – powiedziała, szeptem i wychyliła lekko pysk.

W tym samym momencie potwór przebiegł wzdłuż rozpadliny... Już myśleliśmy, że po wszystkim, lecz wtedy zawrócił i zaczął węszyć. Moje serce dawno tak mocno nie waliło, a nasze oddechy były tak wyrównane i ciche ,że było by słychać muchę przelatująca obok. Na szczęście wtedy skały się posypały a chimera pobiegła za hałasem wywołanym przez to zjawisko. 

- Uff, było blisko – odparłem z ulgą.
- Tak, już dawno się tak nie wystraszyłam – odpowiedziała lekko zestresowana wadera.
- Jeszcze jak zawrócił! Myślałem, że nas znajdzie! – wtrącił podekscytowany Angel.
- A więc gdzie jesteśmy? – zapytałem, wychodząc ze szczeliny.
- W sumie… Ciężko powiedzieć – odparła wadera wychodząc tuż za mną, rozglądając się.
- Może ja polecę wyżej i się rozejrzę – zaproponował Angel.
- Tak, to wydaje się dobry pomysł – zgodziła się z nim Feri.
- No, zawsze to jakiś początek planu – powiedziałem, próbując jakoś rozluźnić sytuację.

-------------------

środa, 26 lipca 2017

Od Dewi'ego

----------------------

Gdy zauważyłem zapadającą się pod Ashi... Bez zastanowienia ruszyłem za waderą i pomogłem jej się podnieść.

- Nic Ci nie jest? – spytałem zmartwiony.
- Nie, wszystko w porządku – odpowiedziała, wytrzepując pył z futra. 
- W ogóle czemu to się stało.. – zacząłem rozmyślać, patrząc w górę.
- Popatrz na to... – pokazała łapą wadera w tył.

Odwróciłem się i ujrzałem niesamowity widok... Staliśmy w korytarzu, który prowadził do lasu... Czy to jakiś inny świat? – zastanawiałem się.
Autor nieznany
- Popatrz to, ogniki! – powiedziała podekscytowana wadera.
- Faktycznie, czy one dokądś prowadzą? – zapytałem, zauważając, że ułożyły się w charakterystyczny sposób.
- Tak to wygląda, w sumie nie zaszkodzi jeśli to sprawdzimy... – podekscytowała się wadera.
- Hmm, w takim razie zobaczmy! – powiedziałem ruszając w przód.

Hope biegła tuż za mną... Gdy podchodziliśmy do nich, one znikały i pojawiały się dalej... Już wydawało nam się, że będzie się to ciągnęło w nieskończoność, gdyż z każdą minutą wchodziliśmy coraz bardziej w głąb lasu, o ile tak można to nazwać. Nagle ogniki znikły, a my byliśmy... Właściwie nie wiadomo gdzie byliśmy... 

- Chyba się zgubiliśmy – powiedziała nie pewnie wadera.
- Nie, nie możemy na razie panikować – oznajmiłem, rozglądając się.
- W sumie robi się już ciemno.. – zauważyła.
- Tak, chyba powinniśmy odpocząć... – podsumowałem.
- Poszukajmy jakiegoś miejsca, w którym zrobimy nocleg – powiedziałem i rozglądałem się.
- Może pod tym powalonym drzewem? – zaproponowała pokazując na przechylone drzewo.
- Tak to miejsce wydaje się dobre – zgodziłem się z nią.

Dość szybko zasnęliśmy... Noc minęła nam spokojnie. Więc nie było problemu ze wstaniem rano. Wstałem nawet przed Hope, więc postanowiłem znaleźć coś na śniadanie. I wtedy do mnie dotarło... W tym lesie nie ma żadnych stworzeń, nic nie czułem ani nie mogłem znaleźć żadnych śladów zwierząt... Zaczęło mnie to trochę martwić. Więc poszukałem czegoś innego i znalazłem jagody... No cóż, dzisiaj będzie dietetyczne śniadanie – pomyślałem i ruszyłem z nazbieranymi owocami do wadery. Jeszcze się nie obudziła, więc delikatnie ją poruszyłem łapą i wyszeptałem...

- Ashi, otwórz oczy, mamy dzień .
- Dobrze, już wstaję – odparła ziewając.
- Przyniosłem śniadanie! – powiedziałem radośnie dając jej pod nos owoce.
- Hmm, nie sądziłam, że jesteś wegetarianinem – podsumowała i przeciągnęła się wadera.
- Nie jestem, ale w tym miejscu jest coś dziwnego... Czujesz coś? W sensie jakieś zwierzęta... – odparłem trochę zdezorientowany tą sytuacją.
- Faktycznie, nic nie czuję nie licząc Ciebie – zgodziła się ze mną, przykładając nos do ziemi.
- No właśnie, nie powinno nas chyba tutaj być, w ogóle co to za miejsce – odpowiedziałem – to wszystko zaczyna się robić coraz dziwniejsze – dodałem.
- Może nie jesteśmy tutaj przypadkiem – zamyśliła się wadera.
- Nie sądzę żeby to było zrobione z premedytacją... – chociaż te ogniki – dopowiedziałem.
- No właśnie, nie uważam, żeby to był zbieg okoliczności – odparła.

Zaczęliśmy już jeść... kiedy nagle...

- Masz rację, młoda wilczyco, to nie przypadek – odezwał się męski głos za nami.
- Kim jesteś? – zapytaliśmy równocześnie, zaskoczeni czyjąś obecnością... Tym bardziej, że Hope ani ja nie czuliśmy niczyjej obecności.
- Czy to istotne? Możliwe, że znam drogę, żeby was wyprowadzić.. Chociaż z innej strony po co... Nie zaczęliście nawet zabawy – powiedział to z ironią.
- Zabawy co masz na myśli? – zapytała wadera, lecz głos się nie odezwał więcej.
- Myliłem się, jednak nie jesteśmy tutaj sami, ani bezpieczni – odparłem.

---------------------
<Ashi? :>>

wtorek, 25 lipca 2017

Od Dewi'ego

Zapowiadał się zwykły poranek... Właściwie nie taki zwykły, bo strasznie byłem głodny... Zauważyłem nieopodal wiewiórkę... I wtedy zrozumiałem, że właśnie patrzę na swoje śniadanie. Zakradłem się, podchodziłem coraz bliżej... I w końcu skoczyłem! Udało mi się.. upolować gałąź… Bolała mnie trochę szczęka, a wiewiórka jakby zadowolona przyglądała się mi z drzewa... Nie powiem trochę się zdenerwowałem i chciałem już nawet wejść na te drzewo, żeby dać jej za swoje, lecz wtedy usłyszałem za sobą śmiech... Odwróciłem się i zobaczyłem szarą waderę...

- Jak długo tu stoisz? – Zapytałem trochę skompromitowany.
- Wystarczająco, żeby zauważyć twoje nie udane polowanie – zaśmiała się. – Nie jesteś zbyt dobrym łowcą – podsumowała .
- To prawda... bardziej specjalizuję się w walce – dodałem.
- Hmm, wojownik powiadasz – zamyśliła się.
- Owszem, nazywam się Dewi, ale możesz mówić Dew. – przedstawiłem się. – A Ty posiadasz jakieś imię? – Dopytałem.
- Hmm... Jestem Hope, ale wolę żebyś zwracał się do mnie Arashi albo Ash – powiedziała nieśmiało.
- Ładne imię... – stwierdziłem. – Może to nie najlepszy sposób na poznanie ale... w sumie dalej jestem godny, może coś zjemy? – Zapytałem wadery.
- W zasadzie to niegłupi pomysł, też jeszcze nic nie jadłam – uśmiechnęła się.
- To świetnie! Czyli oboje jesteśmy głodni – zaśmiałem się i zacząłem szukać jakiś zwierzęcych śladów.
- Co robisz? – spytała przyglądając się temu, co robię
- No cóż... Nie możesz tego wiedzieć, więc ci powiem... mam problem z węchem, więc polujeę, kierując się śladami zwierząt – odparłem trochę z żalem.
- Próbowałeś to leczyć? – Zapytała.
- Ponoć to siedzi w głowie... Nauczyłem się z tym żyć – odpowiedziałem. – No nic, może ty coś wytropisz – wróciłem do tematu.


----------------

Od Dewi'ego

---------------------------

Noc minęła szybko i spokojnie. Kiedy się obudziłem, Angel i Feri przyrządzali wspólnie śniadanie jak mniemam. Więc chcąc pomóc podszedłem bliżej...
- Cześć wszystkim, może w czymś pomóc? – Spytałem przyglądając się.
- Wiesz, w sumie to już kończymy, ale dziękuję za chęci – odpowiedziała wadera. – Siadaj, za niedługo wyruszamy – uśmiechnęła się .
- No dobrze, skoro tak mówisz... – usiadłem, a Angel dał mi pod nos soczysty stek... Pachniał niesamowicie i od razu wziąłem się za jedzenie
Angel dostał stos marchewek, a Feri chyba jadła dokładnie to co ja. W międzyczasie jeszcze trochę rozmawialiśmy o tym, co należy wziąć. Gdy wszyscy skończyli jeść, ja zająłem się sprzątaniem... żeby było sprawiedliwie. 
- No dobra, wszystko ogarnięte – odparłem po skończonej robocie, aczkolwiek nie jestem mistrzem sprzątania.
- No dobra, powiedzmy, że posprzątane – odparła wadera, rozglądając się. Chyba zauważyła, że to nie jest moja mocna strona, ale liczą się chęci.
- Sprzątanie chyba nie jest twoim częstym zajęciem – podsumował Angel.
- To prawda.. – zgodziłem się z nim. – No nic, także zbierajmy się... chyba. – Przypomniałem o naszej wyprawie
- A właśnie! Prowiant już spakowany, zajęłam się tym jeszcze przed śniadaniem... Tylko jeszcze dołożę kilka rzeczy i możemy wyruszać – wtrąciła radośnie wadera.
- Hmm, to świetnie! Im szybciej wyruszymy, tym szybciej ja wrócę do domu... Tak samo z resztą jak wy – ucieszył się lepor.
- To ja pójdę po plecaki, zaczekajcie – rzuciła, przechodząc do innego pokoju 
Nie trwało to zbyt długo. Feri wróciła z plecakami i dała każdemu po jednym, oczywiście w odpowiednim rozmiarze. Zaraz po tym byliśmy już w drodze, było dość ciepło i trzeba było często zatrzymywać się na napojenie. Ale dzięki temu była chwila na rozmowę.
- A więc, na pewno wiesz jak tam dotrzeć ? – Zapytał nasz towarzysz.
- Tak, znam to miejsce – odpowiedziała Feri – Aczkolwiek pójście tam samemu nie jest najlepszym pomysłem – dodała.
- Domyśliłem się po ostatnim... – powiedział zniechęcony.
- Ale teraz nie jesteś sam, razem na pewno damy radę – chciałem podnieść go na duchu.
- Dokładnie, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, abyś trafił do domu – podsumowała wadera. – Szkoda marnować czasu, ruszajmy dalej – dodała, idąc przodem

Nasza wędrówka trwała już dobre parę godzin. Wszyscy odczuwaliśmy już zmęczenie... Angel do tego stopnia, że zrezygnował już z latania i przysiadł sobie na moim karku. Z resztą po Feri też widziałem, że jest zmęczona, bo nie szła już tym tempem co wcześniej. 
- Może zrobimy odpoczynek? – zaproponowałem. – Chyba nam wszystkim się przyda
- Tak, to chyba nie najgorszy pomysł, przyda się kilka godzin snu – zgodziła się ze mną wadera.
- Angel, co myślisz? – Spytałem, lecz nie dostałem odpowiedzi, gdyż nasz mały przyjaciel zasnął. 
- Widać nie tylko nas męczy ta wędrówka – zaśmiała się Feri.
- Tak, najwidoczniej jego męczy nawet bardziej – powiedziałem, rozglądając się za miejscem na nocleg. – Może tam? – Rzuciłem, pokazując miejsce pod wielkim dębem.
- Tak, wydaję mi się ,że to miejsce będzie dobre... – przytaknęła wadera.
- A więc ustalone, chodźmy zatem – uśmiechnąłem się i poszedłem przodem
Najpierw położyłem Angela na jednym z wyżej położonych korzeni drzewa, a następnie ułożyłem się pod jednym z nich.. Wadera ułożyła się podobnie tylko, że naprzeciwko mnie. Byłem strasznie zmęczony, więc jedyne co udało mi się wtedy jeszcze powiedzieć, to "dobranoc" mojej towarzyszce... 
Właściwie nie spało mi się wtedy najlepiej, przebudziłem się jakoś jeszcze przed wschodem słońca, bo obudziło mnie czyjeś drapanie w ziemię, o ile tak można to nazwać. Więc otworzyłem oczy i chciałem się podnieść, jednak zauważyłem przed moimi oczami to...

I już wiedziałem, że nie będzie to miało dobrych zamiarów... Na szczęście stał tyłem.. więc zakradłem się cicho do wadery, oczywiście zgarnąłem wcześniej jeszcze Angela, zatykając mu pyszczek i pokazując to, co stało kilka metrów przed nami.. Zrozumiał, o co mi chodzi.. Więc mogłem spokojnie go puścić...
- Feri, obudź się – szepnąłem.
- Co? Co się stało? Już rano? – Zapytała zdezorientowana.
- No... Tak jakby... i mów ciszej... – odparłem.
- Dlaczego? – Spytała, nie wiedząc, o co w ogóle mi chodzi, pewnie dlatego, że zasłaniałem jej cały widok.
- Spójrz – pokazałem łapą na stwora.
- To niemożliwe... Te stworzenia... To chimera – odparła zaskoczona. – Musimy uciekać – dodała.
- To może być trudne, bo jedyna możliwa ucieczka jest wprost na niego...

--------------------------
<Feri? Nagły zwrot akcji huehue XD>

poniedziałek, 24 lipca 2017

Od Dewi'ego

-------------------------

Trochę mnie zaskoczył fakt, że zaprowadziła mnie tutaj... No ale cóż, zaufałem jej sam nie wiem czemu, jest w niej coś takiego, że po prostu nie mógłbym inaczej.
- W sumie.. jesteś może głodna? – Spytałem waderę po chwili.
- No, w zasadzie można by było coś przekąsić – odpowiedziała uśmiechając się.
- Hmm, w takim razie sprawdźmy, co my tutaj mamy... – odparłem obwąchując ziemię.
Oczywiście, jak wiadomo, nie mam zbyt dobrego węchu, więc skupiłem się głównie na śladach zwierząt i ujrzałem ślady dzika... Z doświadczenia wiedziałem, że były one świeże.
- Dziczyzna? – Zapytałem dumny z odnalezienia tropu.
- Hmm, niegłupi pomysł – odparła przyglądając się śladom.
- A więc chodźmy... – ruszyłem za śladem, a tuż obok biegła Feri
Dobiegliśmy wreszcie do wytropionej ofiary... Nie był to może największy dzik jakiego widziałem, ale z pewnością starczy na naszą dwójkę. Wadera zaczęła się skradać, więc instynktownie zrobiłem to samo... Otoczyliśmy zwierzę z dwóch stron... po czym Feri oszołomiła dzika, a ja dokończyłem jej dzieło. 
- Dość sprawnie nam to poszło – zaśmiałem się
- Owszem – przytaknęła wadera. – A więc mamy kolację – dodała.
Po zjedzeniu, zwróciłem uwagę na to, że zaczęło się robić ciemno.. 
- A więc co takiego jest w tamtym lesie? – spytałem
- Chodź, a się przekonasz – uśmiechnęła się 
Przeszliśmy kawałek, żeby wrócić z powrotem do miejsca z którego zaczęliśmy polowanie. I zobaczyłem zupełnie jakby inny las... Światło, klimat liście... słychać było nawet gdzieś w oddali strumień..
- To niesamowite! – Odparłem. – Widziałem wiele rzeczy, ale czegoś takiego jeszcze nigdy – dodałem po chwili.
- Nie martw się, moja pierwsza reakcja była podobna – zaśmiała się wadera.
Szliśmy tak wgłąb lasu, przyglądając się bacznie temu niesamowitemu miejscu, jednak nagle coś przebiegło nad pod łapami...
- Widziałeś to? – Zapytała 
- To chyba jakaś wiewiórka – próbowałem jakoś racjonalnie to wytłumaczyć.
- Hmm, możliwe – odparła po chwili. – No nic, chodźmy dalej.
Jednak sytuacja się powtórzyła... I stworzenie zatrzymało się na skale przed nami.. Miało skrzydła, a jego oczy błyszczały... Przyglądało się nam...
- To nie jest wiewiórka – stwierdziła Ferishia.
- Tak, zauważyłem – przytaknąłem. – Jesteś ciekawa? – Dopytałem.
- Jasne, chyba nie chcesz uciec? – Zaśmiała się.
- Nie wiem, może ty chcesz – podpuściłem ją troszkę.
- Chyba żartujesz... – powiedziała.
- Żartuję! Chodźmy... – powiedziałem już ciszej, by nie wystraszyć owego stworzenia.
Podeszliśmy bliżej i ujrzeliśmy to...

- Czy to królik ze skrzydłami? – Zapytałem jej, przyglądając się temu.
- Noo, tak chyba jakby – odpowiedziała, zastanawiając się, moja towarzyszka.
- Jestem leporem, czyli inaczej mówiąc uskrzydlonym królikiem i nazywam się Angel... – odparł najzwyczajniej w świecie
- Ty nas rozumiesz? – Zapytałem jednocześnie z Feri.
- Owszem, obserwowałem was od dłuższego czasu – odparł Angel.
- A więc czegoś od nas chcesz? – Spytała wadera.
- Owszem, potrzebuję pewnego przedmiotu... Ale to bardzo niebezpieczne i nie poradzę sobie sam... – odpowiedział.
- Hmm, jakiego przedmiotu? – Zapytałem zaciekawiony.
- To kryształ, dzięki któremu odnajdę drogę do domu, gdyż zgubiłem się wiele lat temu... A ta wyprawa nie jest łatwa... – odparł ze smutkiem.
- Chyba możemy ci pomóc – odpowiedziałem patrząc na waderę. – Chyba, że Ty masz coś przeciwko albo jesteś zajęta – dopowiedziałem.

-----------------------

Od Dewi'ego

A więc mój pierwszy dzień w tym stadzie. Ogólnie dość dziwne uczucie, kiedy pół życia spędzasz samotnie, a teraz gdzie spojrzysz, masz jakiegoś wilka lub smoka, chociaż co do nich jak na razie nie mam zaufania, to dla mnie nowe stworzenia, wręcz zagadki. Chociaż zwyczajów wilków też za bardzo nie znam... No nic, pewny siebie przemierzałem sobie powoli tereny... Zacząłem od Polnej Drogi, gdyż miałem po prostu wtedy najbliżej. No nie powiem, zrobiła na mnie dobre wrażenie, te krajobrazy, spokój, cisza no i samot… Nie. Dosyć bycia samemu.. – powiedziałem sam do siebie. – I koniec gadania ze sobą, to trochę dziwne – dopowiedziałem znowu sam do siebie.
- Masz rację, to trochę dziwne – zaśmiał się damski głos za mną.
- Emm... Tak... Przyzwyczajenie... – odwróciłem się błyskawicznie i próbowałem to wytłumaczyć, chociaż to i tak musiało dość komicznie wyglądać
- Rozumiem cię, nie martw się, nikomu nie powiem – puściła mi oczko wadera.
- Mam nadzieję... – odparłem z otuchą. – W sumie wiedziałaś, że tu jestem czy jesteś przypadkiem? – dodałem zaciekawiony po chwili.
- W zasadzie to przypadkiem... Nie przejmuj się mną, ja tu tylko na chwilę – uśmiechnęła się.
- W sumie... Myślałem, czy nie pójść na spacer... Ale wiesz.. Tak samemu to nie to samo? Może chcesz się przejść? O ile masz czas... W ogóle... – Odparłem, trochę się jąkając, gdyż rozmawiałem z alfą w dość mało profesjonalny sposób. Inna sprawa, że nie mam po prostu w tym doświadczenia.
- Oczywiście zrozumiem, jeśli odmówisz, pewnie masz sporo na głowie, a ja tylko marnuję Twój czas – dopowiedziałem, zastanawiając się, czy powinienem w ogóle pytać.

------------------------