piątek, 16 czerwca 2017

Reaktywacja, nowa fabuła, co dalej?

Cześć, kochani!

Niestety długo mnie tu nie było. Po części sama jestem sobie winna, jednak... Muszę Was troszkę dzisiaj okrzyczeć (wirtualnie).
Ja tu cały czas jestem i dzień w dzień otwieram skrzynkę pocztową. Pustą skrzynkę pocztową. Przez ponad miesiąc nie dotarło do mnie ani jedno opowiadanie, ani jeden formularz zgłoszeniowy. W związku z tym stwierdzam, że... trzeba coś z tym zrobić. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze zbyt późno.

W związku z tym, iż z pierwszą reaktywacją poszło coś nie tak, że to tak określę, tym razem planuję zrobić restart. Myślę, że wprowadzi to powiew świeżości i rozwiąże problem niedokończonych wątków. 

Jeżeli śledzicie fabułę opowiadań, na pewno zdążyliście zorientować się, że Ferishia, nasza alfa, znajduje się obecnie na krańcach terenów watahy, gdzie spotkała się oko w oko z boginią. Pociągnę dalej tę fabułę i wytłumaczę przeskok czasowy, który na pewno nastąpi.

Wprowadzę również podział na frakcje. Na blogu od teraz będzie można zostać nie tylko wilkiem, ale także np. smokiem, jeleniem. FA od teraz nie będzie jedyną watahą na terenach Nerthveny. W przyszłości planuję wprowadzić też odmienną hierarchię dla każdej z frakcji. Każda z frakcji będzie miała osobnego przywódcę, którym będzie mógł zostać właściwie każdy z Was. Myślę, że to trochę zmotywuje ludzi do działania.

Jeżeli chodzi o rangi, tereny itd - pozostaną one bez zmian dla wilków z Firth Athaill, . Usunięte zostaną natomiast wszystkie postaci poza moją Ferishią, mogę jedynie zrobić wyjątek dla trzech wilków, ich statystyki jednak ulegną wyzerowaniu. Kto pierwszy, ten lepszy.

Wszystko rusza na nowo 23 czerwca, w dzień zakończenia roku szkolnego, jednak nowe formularze możecie podsyłać już od momentu, gdy pojawią się na blogu.

Do zobaczenia!

czwartek, 15 czerwca 2017

Od Darsh'tiana - Przebudzenie

-----------------------------
-----------------------------


Powietrze. Chłodny gaz otoczył moje ciało, wciskając się w każdą, najmniejszą nawet szczelinę. Było to dziwne uczucie. Odświeżające. Jakby powietrze zabierało łuskom cały ból i zmęczenie.
Wziąłem głęboki oddech. Powietrze. Znalazło drogę przez nos do płuc, przyjemnie je wypełniając - cóż za cudowne uczucie!
A cóż to? Widać plamkę. Coś widać! Pokryte łuskami powieki kilkukrotnie zamrugały, nie dowierzając temu widokowi. Po latach absolutnej ciemności nawet niewielka plamka zdawała się czymś niezwykłym.
Jeszcze chwilę kłębowisko trwało w stagnacji, po chwili jednak wszyscy jak jeden mąż rzucili się w stronę światła. To świat zewnętrzny! Walczyłem z pokusą, by dołączyć do tłumu uciekinierów, wiedziałem jednak, że nie ma to sensu. Uwięziono nas na wieczność, a te zjawiska to zapewne tylko pułapka, mająca wywołać w nas jedynie frustrację; rozbudzić płonną nadzieję.
Pozostałem na swoim miejscu, ciesząc się z chwilowego rozluźnienia. Mój ogon i łapy były zdrętwiałe od wielu dni, zapomniałem już, jak to jest nie czuć bólu w plecach. Spaliśmy wszyscy na twardym gruncie, jeden na drugim, jak sardynki w puszce. Nie było tu wystarczająco dużo miejsca, by wszyscy wygodnie ułożyli się do snu. Korzystałem więc ze swobody, jaką dało to poruszenie i rozciągałem zesztywniałe mięśnie.
Wtem do więzienia przedostały się kolejne promienie światła. Sklepienie nad nami rozszerzało się. Teraz nawet ja uwierzyłem, iż może być to szansa na uwolnienie się. Skacząc po innych - wszak nie mam skrzydeł - zbliżyłem się do szczeliny. Wykonałem ostatni, długi sus i mocnymi, złotymi pazurami wczepiłem się w skałę. Kątem oka dostrzegłem, że kilku smokom udało się już przedostać na zewnątrz.
Wykrzesałem z dawno nieużywanych mięśni całą energię, jaka była w nich zgromadzona i mocno pchnąłem zimny kamień. Rozstąpił się trochę, a ja wcisnąłem ciało w szczelinę. Jeszcze trochę i bedę wolny!
Głowa jako pierwsza wychynęła z rozstępu, a wszystkie zmysły zaczęły łapczywie chłonąć bodźce z otaczającego świata, co początkowo było bardzo przytłaczające.
Nienawykłe nawet do bladego światła księżyca oczy bolały, jednak i tak nie potrafiłem ich zamknąć - otaczało mnie tyle wspaniałych rzeczy! Piasek, kamienie, nocne niebo! Wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętałem!
A ile zapachów się tu unosiło! Pustynny pył, futro jakiegoś zwierzęcia, ciepły wiatr! W pierwszej chwili miałem trudności z ich rozwiązaniem, tak dawno do mego nosa nie dotarła żadna woń z zewnątrz.
Chłodna, nocna bryza owiewała wystającą ze szczeliny głowę. Było to uczucie niezwykle odświeżające po setkach lat kiszenia się pod ziemią.
Po upływie paru chwil otwór rozszerzył się dostatecznie, bym mógł wydostać się na wolność. Wyszedłem jako jeden z ostatnich. Pozostałe smoki rozprostowywały już skrzydła i próbowały swoich sił w locie. Ja, z racji ich braku, rozciągnąłem po prostu zbolałe mięśnie. Pochodziłem trochę w kółko, na początku dość niezgrabnie - już niemal zapomniałem, jak to się robi.
Wtem, na krawędzi szczeliny dojrzałem ciekawie wyglądające stworzenie, które kurczowo trzymało się zębami wystającej gałęzi. Zwierzę miało zaraz wpaść w piekielną otchłań, która była smoczym więzieniem przez wiele lat.


----------------------------------
----------------------------------

Od Ferishii - Pustynne Ruiny

------------------------------
------------------------------


Kremowa peleryna delikatnie falowała na gorącym, pustynnym wietrze. Był to prezent od Ramila, który miał zapewnić mi ochronę przed piekącym słońcem i sprawdzał się w tej roli znakomicie. Materiał dodatkowo natarty był nieznanym mi olejkiem o korzennym zapachu, co, jak twierdził młody kapłan, powinno trzymać spragnione chociażby najmniejszej kropelki wody insekty z dala od moich wilgotnych oczu i nosa.
Wędrowaliśmy już od dłuższego czasu, jednak tym razem podróż była dla mnie przyjemniejsza niż wtedy, gdy pierwszy raz wkroczyłam na pustynię. Wyruszyliśmy o bardziej odpowiedniej porze dnia, miałam też pelerynę i świetnego przewodnika, toteż nie było w tym nic dziwnego.
Mimo tego odczułam wielką ulgę, gdy Pustynne Ruiny wyłoniły się zza linii horyzontu. Początkowo przyglądałam się zniszczonym murom z dozą niepewności, mając na uwadze fakt, iż może być to po prostu fatamorgana. Ramil zatrzymał się jednak, a ja uczyniłam to samo.
- Dalszą drogę musisz przebyć sama. Bogini nic nie wspominała o tym, że możesz mieć pomocników, rozsądniej więc będzie, jeśli tu zostanę. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, poślij magiczną flarę w niebo, a postaram się pomóc. Powodzenia - ostatnie słowo wypowiedział z dość kwaśną miną. Wiedziałam, iż zakłada, że mogę już nie wrócić.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się najcieplej jak umiałam, choć w obecnej sytuacji ciężko było zachować optymizm. - Żegnaj więc.
Skierowałam kroki w stronę opuszczonych ruin. Obejrzałam się jeszcze za siebie, by ujrzeć drobne stworzonko machające mi łapą na pożegnanie. Odwzajemniłam gest, po czym kontynuowałam wędrówkę.
W miarę, jak zbliżałam się na miejsce, ogarniały mnie coraz gorsze przeczucia. Czułam pulsowanie w głowie, które przybierało na sile w miarę, jak dystans pomiędzy mną a miastem malał. Nie był to jednak do końca zły znak - przynajmniej wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i że rzeczywiście coś tu jest na rzeczy.
Doszłam do samego środka ruin - do miejsca, gdzie najprawdopodobniej kiedyś znajdował się rynek. Dopiero teraz zorientowałam się, że ziemia pokryta jest runami emitującymi blady blask. Zaczęłam się im uważnie przyglądać. Studiowałam runy aż do zmroku, jednak wiele z nich już dawno wyszło z użycia i nie potrafiłam ich odczytać, a fragmenty, które były dla mnie zrozumiałe, i tak zdawały się nie mieć sensu.
Słońce zaszło już całkowicie, toteż blask run zdawał się być mocniejszy... Zaraz, znaki na prawdę zaczynały intensywniej się świecić!
Kilka metrów od siebie dojrzałam pęknięcie, które zaczęło formować się w ziemi i rosło z każdą chwilą. Zorientowałam się, że tracę grunt pod łapami.

----------------------------------
----------------------------------

Od Ferishii

-----------------------------
-----------------------------

Westchnęłam głośno, gdy z hukiem zamknęłam kolejną już księgę, a obłoczek kurzu spowił mój pysk. Odłożyłam opasłe tomiszcze na stos mu podobnych. Po mojej lewej stronie piętrzyły się nieprzeczytane jeszcze egzemplarze, a patrzenie na nie wywoływało już u mnie niemal fizyczny ból. Z rezygnacją sięgnęłam po gruby wolumin oprawiony w czarną, nadgryzioną już nieco przez mole skórę i otworzyłam go na pierwszej stronie. Mój wzrok nie chciał jednak dłużej śledzić wyblakłych liter i co rusz uciekał w bok, znajdując sobie ciekawsze obiekty do obserwacji: drobnego, zielonkawobrunatnego pajączka, skrzętnie wijącego swoją sieć w rogu pustego regału, roztańczony płomień świecy... Czytania miałam na ten dzień serdecznie dość.
Od chwili zniknięcia bogini próbowałam odnaleźć w zgromadzonych w świątyni księgach chociażby najdrobniejszą wzmiankę o pieczęci, którą zostały spowite smoki. Moje poszukiwania były jednak bezowocne. Ramil i Echet również wertowali kolejne tomy, nie osiągnęli jednak sukcesów większych niż moje. Powoli zaczynaliśmy tracić nadzieję, a niepokój narastał w moim sercu. Nie chciałam wyruszać na misję bez żadnego przygotowania teoretycznego, a czas gonił i nie mogłam zbyt długo zwlekać z rozpoczęciem wyprawy. Zmusiłam się, by przeczytać pierwszych parę stron książki.
- Do diabła z tym! - Usłyszałam w końcu. To Ramil, zirytowany, wstał od stołu, strącając z niego łapą kilka ksiąg, za co Echet posłał mu karcące spojrzenie. - Siedzimy z nosami w książkach od ładnych paru godzin i nic nie znaleźliśmy. Założę się, że nawet gdybyśmy przeczytali wszystkie książki świata, nie byłoby w nich ani słowa o smokach i pieczęciach - mruczał pod nosem, sprzątając zrobiony przez siebie bałagan. - Ocho, a co to? - Zatrzymał się na chwilę nad książką, która upadając otworzyła się na pokrytej plamami stronie. - Zdaje się, że coś znalazłem! - Wykrzyknął pełen entuzjazmu.
Zaciekawiona podbiegłam do niego, Echet z resztą uczynił podobnie. We trójkę pochyliliśmy się nad starym woluminem.
(część zdania niewyraźna) smoków. (zielona plama, chyba po jakimś sosie) kłębowisko ciał, na wieki pogrążone w ciemności. Bogowie, pieczętując smoki, skazali je nie na długi, spokojny sen, a na stulecia cierpienia. Jest to tylko jeden z wielu przykładów ilustrujących ich często niecną naturę.
Dalsza część tekstu opisywała inne okrutne czyny, jakich dopuścili się bogowie. Ich lista była dość długa i przerażająca, tekst jednak zakończony został pozytywnym akcentem:
Niemniej nie oznacza to, że bogowie to byty jednoznacznie złe. Bez ich opatrzności, świat pogrążyłby się w chaosie, toteż w pełni zasługują na to, by oddawać im należną im cześć. Przykłady smoków, gruklinów i colmetów doskonale obrazują bowiem, jak może się skończyć ich niedocenianie.
Popatrzyliśmy po sobie, nie wiedząc, co począć. Zaczęłam zastanawiać się, czy aby na pewno powinnam udać się na wyprawę - może to jakaś próba, kolejny niecny występek nadprzyrodzonych istot? 
Dla kapłanów odkrycie musiało być jeszcze bardziej dezorientujące. Poświęcili całe swoje dotychczasowe życie w służbie bogini piasku, a teraz może okazać się, że był to czas zmarnowany. 
Odsunęłam się na parę kroków. Przez chwilę trwaliśmy w ciszy - każdy z nas musiał przeanalizować pozyskane informacje, przyswoić je sobie. 
- Musisz podjąć się misji, niezależnie od tego, czy faktycznie uratujesz w ten sposób Krainę - oznajmił stanowczo Echet. Widać było, że jest wewnętrznie rozdarty, bił się z myślami.- Jeżeli tego nie zrobisz, bogini z pewnością znajdzie sposób, by cię ukarać. Ramil odprowadzi cię do ruin. Wyruszacie za pół godziny.
Ja i Ramil skinęliśmy głowami, dając znak, iż przyjęliśmy polecenie. Omiotłam wzrokiem bibliotekę, w której panował teraz ogromny bałagan. Chwyciłam jedną z książek i odstawiłam ją na jej miejsce na półce. Gdy schylałam się po kolejną, Echet przerwał mi.
- Idź przygotowywać się do drogi, ja tu posprzątam. Muszę zająć się czymś... mechanicznym, co odciągnie trochę moje myśli od całego tego zamieszania - uśmiechnął się półgębkiem.
Odpowiedziałam mu tylko krzywym uśmiechem.


----------------------------------
----------------------------------

środa, 14 czerwca 2017

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------

Odruchowo wykonałam obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, omiatając salę wzrokiem, próbując odnaleźć źródło głosu. Jednak gdy tylko moje spojrzenie natrafiło na falującą sylwetkę bogini, zmrużyłam oczy, a po krótkiej chwili zdecydowałam, że najrozsądniej będzie je po prostu zamknąć.
Ciało bogini nie miało żadnego określonego kształtu, co czyniło dłuższą obserwację niemożliwą. Mózg śmiertelnika nie był przystosowany do oglądania takich widoków i momentalnie się od nich przegrzewał. Gdybym jednak miała opisać jej wygląd, przyrównałabym go do wirującej masy powietrza przypominającej gęstą burzę piaskową. Masa przyjmowała różne kształty - przez krótką chwilę przypominała wilka, by rozpłynąć się w obłok pyłu, a następnie przybrać kształt sokoła. Doprawdy dziwny był to widok.
- Masz tupet - głos ponownie dobiegł ze wszystkich stron i tym razem dało się dosłyszeć w nim nutę stanowczości. Ze ścian posypał się tynk.
Ja natomiast zostałam rzucona na kolana, zmuszona, by uklęknąć przed boginią. Chmura piasku poleciała też w moją stronę, haratając delikatny pysk. Zaskomlałam cicho. Osobiście uważam, że w tak nietypowej sytuacji miałam prawo zapomnieć o etykiecie i nie powinnam zostać w tamtym momencie ukarana. Nie śmiałam jednak się odezwać czy wyrazić sprzeciwu. Wydukałam tylko ciche "przepraszam" i skłoniłam niżej głowę.
Kpiące prychnięcie rozeszło się po sali świątynnej.
- Doskonale... - oznajmiła bogini, a powietrze zaczęło powoli oczyszczać się z pyłu. Poczułam, że żadna siła nie zmusza mnie już do pozostania w pozycji klęczącej, mimo tego nie śmiałam wykonać chociażby najdrobniejszego ruchu. - Pewnie zastanawiasz się  - podjęła - po co Cię tu wezwałam. 
Nieśmiało, delikatnie skinęłam głową. Ruch ten był tak niewielki, że wręcz niezauważalny.
- Złe rzeczy dzieją się na pustyni. Mojej pustyni. Niestety, zażegnanie tego kryzysu wykracza poza moje możliwości. Dlatego też wezwałam ciebie. Jesteś jedyną osobą obdarzoną opatrznością wszystkich bogów. Tylko ty możesz zaradzić temu problemowi. Czy podejmiesz się wyzwania?
Czekałam chwilę z odpowiedzią, próbując poukładać sobie to wszystko w głowie. Bałam się, że owo "wyzwanie" może okazać się dla mnie zbyt trudne. Domyślałam się jednak, że nawet jeśli odmówię, to i tak zostanę zmuszona do jego podjęcia. Starannie przemyślałam moją wypowiedź, ostrożnie dobierając każde słowo:
- Postaram się spełnić Twą wolę, Pani. Nie mogę jednak nic obiecać, zważywszy na to, że nawet nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.
- Doskonale - po tonie jej głosu można było wywnioskować, że się uśmiechnęła. Czy bezkształtna masa może się jednak uśmiechnąć? - Cieszę się, że możemy załatwić tę sprawę po dobroci. Pozwól, że zapoznam cię ze szczegółami misji.
Wiele lat temu w Nerthvenie królowały smoki. Nie będę się tu wdawać w szczegóły, ale ta dumna rasa rozwijała się prężnie, a wraz z potęgą nabierała pychy. Przestali oddawać cześć bogom, co było dla nas jeszcze akceptowalne. Gdy jednak te parszywe, łuskowate stworzenia zaczęły nam bluźnić, bogowie zebrali się, by zakląć je w magicznej pieczęci.
Słuchałam z zaciekawieniem. Czułam też, jak gula narasta mi ze strachu w gardle. Cokolwiek będę zmuszona zrobić, prawie na pewno będzie to oznaczało spotkanie ze smokami. Najprawdopodobniej rozwścieczonymi smokami, z którymi drobny wilk taki jak ja nie miałby najmniejszych szans.
- Teraz - kontynuowała bogini - ta pieczęć rozszczelnia się, a wkrótce całkowicie pęknie i smoki wrócą do Nerthveny. Tylko ty możesz temu zapobiec. Jak najprędzej udaj się do Pustynnych Ruin i zamknij tę pieczęć, a wyrządzisz Krainie niemałą przysługę.
Ciało bogini zamieniło się w wir powietrzny, który jakby wessał sam siebie i już po chwili w sali świątynnej nie pozostał żaden ślad po boskim objawieniu.
Tak wiele pytań chciałam jeszcze zadać, nie miałam jednak takiej możliwości. Westchnęłam z rezygnacją. Przysiadłam na ziemi i zaczęłam cicho łkać, czując się całkiem bezradna. Nie miałam pojęcia, jak mam wykonać misję, nie wiedziałam nawet, w którym kierunku się udać. Byłam bez szans na powodzenie.
Tymczasem Ramil i Echet, wciąż zszokowani całą tą sytuacją, ostrożnie podnieśli się z pozycji klęczącej. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i po chwili Ramil podszedł do mnie, by, chcąc dodać mi otuchy, oprzeć łapę na moim ramieniu.
- Dostąpiłaś wielkiego zaszczytu - oznajmił. W jego głosie brak było charakterystycznej, głupkowato-wesołej nuty. Gdybym usłyszała ten głos w ciemności, na pewno nie rozpoznałabym w nim Ramila. - Zadanie, które otrzymałaś, jest trudne, ale jestem pewien, że dasz sobie z nim radę. Bogini nie posłałaby cię na pewną śmierć - zapewnił mnie.
- Pocieszające - mruknęłam pod nosem. Po chwili jednak otarłam łzy łapą. Chyba już po prostu pogodziłam się z losem. Stanęłam pewnie na nogach.
- No, to którędy do tych ruin? - Zapytałam.

-----------------------------------
-----------------------------------

Darsh'tian


wtorek, 25 kwietnia 2017

Od Qwerty'ego

Chodziłem powoli po jakiejś łące podziwiając świat. Oddychałem głęboko, po oświadczynach. Wtem przybiegła Shadow.
- Qwerty! Myślałam że cię już nie znajdę. - wydyszała z uśmiechem na pysku. Westchnąłem.- Coś się stało? - wtedy uśmiech zbladł. 
- Nie, nic. To... Idziemy do tego Teneba? - rzuciłem chłodno.
- O, widzę że pan Qwerty jest dziś nie w humorku. - zaśmiała się. Ta... Coś mnie zżerało od środka. Jakaś złość, nienawiść.
- Odsuń się. - warknąłem na nią. Nie chciałem tego robić Jakby coś nade mną zawładnęło.
- Qwer! - krzyknęła, gdy odepchnąłem ją łapą. Moje ostatnie słowa, zanim opanowała mnie czarna magia to:
- Shadow, ratuj mnie. Uważaj, to nie będę ja. - i poszedłem. Oglądała się na mnie. Nie mogłem już nic powiedzieć. Mogłem tylko słuchać i patrzeć oczyma. Shadow skryła się za krzakiem powoli za mną się skradając. Duch (ta czarna magia opanowała moje ciało) walnął w krzaki piorunem. Krzaki płonęły. Shadow uciekła, ale nie za daleko. Duch jej nie zauważył. Musiała mnie uratować. Musiała. Inaczej by mnie nie kochała...

Shadow?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Od Anadil - Klątwa zupy grzybowej

Słoneczne promienie powoli przenikały przez moje zamknięte powieki. Lekko je uchyliłam i od razu skończyłam na równe nogi. Gdzie ja do cholery jestem? Znajdowałam się w jakimś zagajniku. Kiedy uważnie się rozejrzałam, spostrzegłam, że miejsce, w którym się znajduję, jest otoczone mglistą kopułą. Zamiotłam ogonem po ziemi i ruszyłam przed siebie. Nagle przyfrunęły jakieś ptaki. Sporo ich było. Dźwigały w pazurkach miskę z jakimś płynem. Postawiły ją przede mną i odłrunęły z głośnym "pat pat pat pat". Zajrzałam do środka.
- Zupa grzybowa? Fuuuj. - mruknęłam. Wtem miska zaczęła drgać, rozlewając zawartość na wszystkie strony. Gwałtownie się odsunęłam, bo nie chciałam mieć styczności z tym ochydztwem. Poślizgnęłam się jednak i wpadłam głową w naczynie. Poczułam, że spadam. Czy ta miska nie miała dna?! To jakaś klątwa chyba?!
Uczucie spadania ustało, a ja przygrzmociłam o ziemię. Wokół mnie podniósł się tuman różowego pyłu. Kichnęłam i rozejrzałam się. 
- Halo! Jest tu kto?! - wrzasnęła, a echo potoczyło się po pomieszczeniu, w którym byłam. Przypominało mi wielką jaskinię.
- Haaloo! No ktokolwiek?! - ryknęłam ponownie, aż przez futro przebiegły mi błyskawice.
Nagle usłyszałam głośne tupanie. Pisnęłam i schowałam się w chmurce różowego pyłu. Tupanie było coraz głośniejsze, a na środek jaskini wyszedł...Chiński mędrzec.
- Nie chwal wschodu przed zachodem słońca. - rzekł.
- Koleś, ja chcę do domu! - jęknęłam, a dziadek tylko się zaśmiał. Śmiał się i śmiał, aż zrobiło się to lekko demoniczne. Ziewnęłam demonstracyjne. Ile można?! Chińczyk powoli się rozkręcał, ja tymczasem zdążyłam narysować na różowym pyłku patykiem "Damę z wilkiem" "Mona Wilczycę" a nawet skomponować "Odę do księżyca".
Mędrzec ryknął piekielnym śmiechem, a wokół niego zaczęły bić pioruny. Jeden z nich trafił w sam środek sali.
KABUM!
Kiedy wszystko się uspokoiło, mędrzec zniknął. Na środku sali zaś, w miejscu uderzenia pioruna, stał fioletowy gołąb.
- Gruu.
- Chcę do domu? Spać! A ty się nie gap! - rzuciłam w ptaszysko kamykiem.
- Gruu. - ptak podszedł, a wręcz poturlał się do mnie. Wtem zaczął machać głową w górę i w dół. Nie stąd, ni z owąd, w tle leciał dubstep.
- Umieram! - wrzasnęłam - Nieee!!! 
Skończyłam resztką sił w kępkę pyłku. Wygrzebałam z niej coś, co przypominało kij, na który ktoś nabił jabłko i ananasa. Bez namysłu przywaliłam Gruchaczowi tym "czymś". Dubstep ucichł, gołąb rozpłynął się w powietrzu z głośnym "Gruu!". Natomiast z mojej pseudobroni wydobył się wrzask. Przestraszyłam się i cisnęłam tym przez całą salę. "Coś" rozpadło się na mnóstwo kawałków, a jaskinia zaczęła drżeć. Przykryła głowę łapami i trwałam w bezruchu, dopóki drgania nie ustały. Rozejrzałam się niepewnie i spostrzegłam, że pomieszczenie się rozwaliło i teraz siedzę na jakiejś polanie. Zanim jednak mogłam odetchnąć z ulgą, usłyszałam przeciągłe milczenie. Odwróciłam się i zamarłam.
Za mną lewitował Wielki Latający Potwór Spaghetti wraz ze swą świtą jednorożców. Wrzasnęłam i zaczęłam biec przed siebie. Nie wiedziałam, gdzie biegnę, ale grunt, że byłam coraz dalej od potwora. Wyskoczyła mi między drzewa i znalazłam się w gąszczu kociołków. Różnej wielkości, koloru i zawartości, stały sobie koło siebie i błyszczały w słońcu.
- Muszę szukać grzybowej. Fuuuj. - mruknęłam sama do siebie. Kluczyłam między naczyniami, aż znalazłam grzybową. Z obrzydzeniem włożyłam do niej głowę i momentalnie zaczęłam spadać. No i spadłam...Na kogoś.
- Anadil? Co ty robisz? 
Kurczę, to Ferishia. Nie za dobrze.
- Eee... Ja? Co? No, ten tego... - zmieszałam się.
- Czemu jesteś cała różowa? To jest sos? Czy jest coś, o czym nie wiem? - zapytała podejrzliwie Alpha.
- Nie. A w każdym razie - nic, w co mogłabyś uwierzyć. - zachichotałam.