sobota, 24 czerwca 2017

Od Neythiri

Jak przez mgłę zaczynały do mnie docierać różne bodźce. Pierwszym, co poczułam, był tępy ból w okolicy karku. Powoli uchyliłam jedną powiekę i uniosłam łeb. Odkryłam, że źródłem mojego bólu był korzeń wystający z ziemi, który wbijał mi się w ciało. Przewróciłam oczami i prychnęłam. Dźwignęłam przednią część ciała i jednym, szybkim ruchem ucięłam zębami korzeń tuż przy ziemi. Uśmiechnęłam się półgębkiem sama do siebie i z powrotem położyłam się na litej skale. Nie było mi za wygodnie, więc karciłam się w myślach za to, że nie przyniosłam sobie wczoraj materiałów na posłanie. Przewróciłam się na drugi bok i byłabym wpadła w objęcia Morfeusza, ale oczywiście musiałam trącić łapą pajęczynę. Tłusty, czarny krzyżak spadł mi na nos.
- Fuu! - Natychmiast skoczyłam na równe nogi. Zaczęłam trząść głową na wszystkie strony. Nie przepadałam za pająkami, ale ten tutaj porządnie mnie wystraszył. W chwili pierwszego zaskoczenia zionęłam nawet ogniem, ale niewiele to dało.
Ciężko mi było podskakiwać w jaskini, do której ledwo się mieściłam. Toteż po minucie strąciłam pająka i zdeptałam, jednak lekko obtarłam sobie ogon i skrzydła oraz osmaliłam nos.
Wiedziałam, że nie uda mi się już zasnąć, więc z ciężkim sercem wypełzłam z jaskini.
- Po pierwsze: śniadanie. Po drugie: znaleźć kogoś, kto pomoże mi się zorientować.
Ruszyłam powoli przez las. Kiedy nieco oddaliłam się od swojej jaskini, przystawiłam nos do wilgotnej, pachnącej deszczem ziemi i zaczęłam węszyć. Po jakimś czasie wytropiłam dostojną łanię, spacerującą wzdłuż strumyka. Przyczaiłam się za krzakami, z brzuchem przy ziemi, złożywszy uprzednio skrzydła. Kiedy zwierzę znalazło się w optymalnej pozycji, wyskoczyłam na nie i przygwoździłam pazurami do ziemi. Szarpało się i tłukło mnie kopytami, ale powoli traciło zapał. Już chciałam wbić pazury w ciało łani, jednak ta nagle wyślizgnęła się spod mojej łapy i zaczęła uciekać między drzewa. Lekko zdezorientowana warknęłam i pobiegłam za nią. Dość szybko ją dogoniłam, ale gdy zrównałam się z celem, poczułam, że tracę równowagę. Przeklęty pazur, a właściwie jego brak!
Desperacko rzuciłam się na łanię i przejechałam zębami o jej bok. Nie udało mi się schwycić ofiary, ale nie miało to większego znaczenia. Śledziłam zwierzynę przez około kwadrans, aż zaczęła się zataczać. Wiedziałam, że mój jad zaczyna działać. Po chwili łania położyła się, a ja bez przeszkód do niej podeszłam. Zwierzę dzielnie próbowało stawiać opór, ale nie miało szans. Ruszało się coraz bardziej niemrawo. Nie chciałam patrzeć zbyt długo na jego agonię, więc szybko poderżnęłam mu gardło. Krew trysnęła na trawę, a ja złapałam łup i wzbiłam się w powietrze. 
Przelecenie do mojej tymczasowej jaskini zajęło raptem chwilę. Rzuciłam truchło na skałę i zabrałam się do usuwania zbędnych części. Co jak co, ale nie lubiłam kości w jedzeniu. 
Po posiłku poszłam nad strumyk, by oczyścić łapy i pysk z pozostałości po posiłku. Plusk wody działał na mnie kojąco. Kiedy doprowadziłam się do porządku, usiadłam nad brzegiem strumienia i zanurzyłam ogon w rwącym nurcie.
- Zaraz poszukam tu kogoś - obiecywałam sobie - Za chwilę...
Ale nadal leżałam sobie w trawie, rozmyślając. Dopiero trzask gałązki wybudził mnie ze szponów własnego umysłu. Przekrzywiłam łeb i nasłuchiwałam. Ktoś tu szedł. I bynajmniej nie była to wiewiórka ani jelonek...

--------------

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------


Sparaliżował mnie strach i choć widziałam, jak pęknięcie postępuje prosto w moją stronę, nie mogłam wykonać choćby najmniejszego ruchu, by uciec przed zagrożeniem. Po prostu patrzyłam na nie tępo i czekałam.
Po części wiedziałam też, że nie mam szans na powodzenie. Spóźniłam się. Smoki opuściły podziemia. Przestrzeń powietrzna nad moją głową wypełniła się dziesiątkami ogromnych ciał, skrzydła bestii powodowały silny wiatr. 
Byłam przy nich taka mała. Chyba nawet mnie nie zauważyły, albo zwyczajnie nie przejęły się nawet moją obecnością. Czy miałam jakiekolwiek szanse na to, by na powrót zamknąć je pieczęcią? Raczej nie, zwłaszcza zważywszy na fakt, iż nie wiedziałam nawet, jak ową pieczęć wykonać.
Straciłam grunt pod łapami w momencie, gdy moje spojrzenie padło na smoka pokrytego czerwonymi łuskami, które lśniły w bladym świetle księżyca.
Ból ogarnął moje ciało, gdy to, niczym worek kartofli, spadło na skalną półkę. Poczułam, jak jakiś ostry przedmiot - najprawdopodobniej kamień - rozdziera mi prawy bok. Poczułam woń własnej krwi.
Po chwili na krawędzi półki pojawiło się pęknięcie, które szybko doprowadziło do jej oderwania od krawędzi klifu. Zaczęłam znów spadać, ale w ostatniej chwili spostrzegłam wystający z ziemi korzeń i zwinnym ruchem chwyciłam go zębami.
Znalazłam się w fatalnej sytuacji. Pomijając całą tę sprawę ze smokami oraz fakt, że mój bok obficie krwawił, nie miałam jak na powrót dostać się na górę. Próbowałam zahaczyć łapami o jakiś wystający punkt na krawędzi, napotykałam jednak jedynie gładką skałę lub kruchy żwir, który przy najdelikatniejszym dotknięciu opadał w dół. Wiedziałam, że mnie też niedługo czeka taki los, mimo tego walczyłam z bólem szczęk i kurczowo trzymałam się korzenia.
Wtem ogromny cień zasłonił mi widok na okolicę. Nagle poczułam, że znów mam oparcie pod łapami. Uniosłam się w górę, by po chwili zostać delikatnie osadzoną na ziemi.
Spojrzałam z nieskrywanym zdziwieniem na mojego wybawcę. Był to wielki smok pozbawiony skrzydeł, pokryty czarno-fioletowymi łuskami, piękny i przerażający zarazem.
Pochylił się nade mną, jego oddech rozwiał mi sierść.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię - zapewnił mnie. Jego głos był niski i wibrował w uszach, ale dało się w nim wyczuć szczerą troskę. - No chodź, daj obejrzeć tę ranę - powiedział, wyciągając zakończoną złocistymi szponami łapę w moją stronę.
Przyjacielski czy nie, nie chciałam, by zbliżał do mnie ten groźnie wyglądający oręż.
- Dziękuję, poradzę sobie sama - oznajmiłam z przyjacielskim uśmiechem - trochę udawanym, nie chciałam jednak wyjść na niemiłą przy stworzeniu, które jednym ruchem mogłoby mnie zabić.
- Ty... umiesz mówić? - Zapytał, a na jego pysku jawiło się autentyczne zdziwienie.
- Owszem, umiem - odparłam.
Przyjrzał mi się z zaciekawieniem.
- Dziwne. Zawsze myślałem, że tylko smoki i ludzie posiedli tę zdolność. Widać wiele się zmieniło, gdy siedziałem zamknięty pod ziemią - skrzywił się.
- Jak widzisz, inne stworzenia też potrafią opanować tę trudną sztukę, jaką jest mowa i nie należy ich tak lekceważyć - nabierałam śmiałości, gdyż teraz byłam już przekonana, że smok nie ma złych zamiarów.
Otworzył pysk, by coś powiedzieć, jednak nie miał szansy spełnić swoich zamiarów. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, świat wokół nas uległ metamorfozie. Kształty wydłużały się, skracały i deformowały, kolory mieszały się ze sobą i zdawać by się mogło, że tworzą nowe, nieznane barwy (na przykład oktarynę). Również sylwetki smoków porozciągały się, uwalniając wnętrzności części z nich.
Ja i mój wybawca patrzyliśmy na widowisko z przerażeniem. Jedynym, co pozostawało niezmienne, byliśmy my.

----------------------------------
----------------------------------

piątek, 23 czerwca 2017

Od Shadow

Znajdowałam się właśnie w Cieniu, to miejsce było pełne ciemności i innych stworzeń, których imion nie znałam. Wędrowałam w poszukiwaniu odpowiedniego wyjścia. Gdy wreszcie je odnalazłam, wkroczyłam pewnie w mieniące się kolorami lustro, nad którym napisane było Lodowa Grań w języku Cienia, którego dawno się nie uczyłam, ale go pamiętałam. Ciemna kraina zawirowała i znalazłam się Lodowej Grani, uderzył mnie nagły podmuch wiatru, który niemal wepchnął mnie z powrotem do lustra, nim zdążyło znów pogrążyć się w Cieniu. Potrząsnęłam głową, by otrząsnąć z siebie śnieg, pomimo mrozu, który tu panował, nie było źle. 
- Jasna cholera... gdzie to będzie? - Zapytałam sama siebie i znów ruszyłam w przód, walcząc z wiatrem i mrużąc oczy, by cokolwiek zobaczyć. Zaczęło zmierzchać, pojawiały się pierwsze cienie, w umyśle słyszałam wnerwiające szepty, mówiły coś o wolności i innych pierdołach. Zignorowałam je i przyspieszyłam, odpoczywałam podczas pobytu w Cieniu, więc nie zatrzymałam się teraz, moje łapy zapadały się w śniegu, który był dosyć głęboki, czułam jak futro na brzuchu lepi się od śniegu. Spojrzałam na mój talizman, który świecił się słabym blaskiem, był jedyną pamiątką, jaką dostałam po matce, ponieważ byłam najstarsza z miotu... zresztą to przeszłość. Nawet nie wiem, co u Aero i Chroma. Pokręciłam głową i ruszyłam naprzód, zbliżałam się do dalszej części Nerthveny, kraina ta była piękna i bardzo lubiłam po niej podróżować. Gdy opuściłam Lodową Grań, zorientowałam się, że znajduję się na szczycie Pasażu Południowego. Musiałam zejść ze stromego stoku, nie chciałam używać Cienia do zejścia. Łapa za łapą, zbliżałam się do znalezienia się na dole. Za którymś razem,nie znalazłam oparcia i pojechałam w dół, pomimo paniki, znalazłam bolesne miejsce, gdzie mogłam się zatrzymać. Wystająca skała, na którą się skierowałam, zatrzymała mnie, jęknęłam, gdy poczułam ból w lewym boku, którym uderzyłam. Podniosłam się i stanęłam nierówno na skałce. Spojrzałam w dół i połknęłam ślinę ze stresem, gardło ścisnęło mi się na samą myśl o zjechaniu na sam dół. Postanowiłam się przemóc i zejść, znów krok za krokiem i wreszcie znalazłam się na dole, odetchnęłam z ulgą i obmyśliłam plan dalszej wyprawy.
- Tam jest Wysoka Akacja - powiedziałam do siebie i spojrzałam w jej stronę - a tam będzie Drzewo Życia. - Dodałam i ruszyłam przed siebie, po drodze wyczułam zapach jelenia, mieszający się z moją krwią... - Chwila, moją? - Miałam powiedzieć to w myślach, ale wymsknęło mi się i popatrzyłam na lewy bok, który został lekko (przynajmniej tak mi się wydawało) zraniony, nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, ale teraz zauważyłam, że moje futro posklejane jest od zaschniętej krwi. Ból, który teraz odczułam, był dziwny, bo było to nagłe uderzenie wielkiego bólu, a potem tylko puls. Ruszyłam truchtem, w stronę jelenia który słaniał się na nogach, był już stary. Zaczęłam się skradać, gdy odwrócił się tyłem, zaatakowałam. Wbiłam kły w jego ciało, w gardle poczułam gorącą krew, która ściekała powoli. Wbiłam też pazury, ale tym razem w brzuch, powoli opadał z sił, zauważyłam na jego ciele blizny ale głód przezwyciężył chwilową słabość i współczucie w siłę. Gdy zwierzę upadło, puściłam je i podeszłam do szyi, wbiłam w nią ostre kły i czekałam aż wyzionie ducha, co stało się już po paru minutach. Chwyciłam wygodniej jego martwe ciało i ruszyłam w stronę Drzewa Życia. Rozmyślałam nad podróżą Cieniem, ale te parę kilometrów mi życia nie odbierze. Gdy znalazłam się przy wejściu, rzuciłam jelenia i czekałam.
- Jestem Shadow - powiedziałam chłodno, gdy tylko ujrzałam Alfę, przynajmniej na nią wyglądała -proszę o przenocowanie mnie przez kilka dni, muszę odpocząć i zaleczyć rany - tu wskazałam na mój bok, który wyglądał jak siedem nieszczęść, był uwalony błotem i krwią, a futro lepiło się od tego wszystkiego.
- A więc, Shadow... - zaczęła tamta.


Shadow



Neythiri

(pinterest.com)


Ruszamy!

Ogłaszam, że z tą chwilą blog rusza ponownie! 

Serdecznie zapraszam do przesyłania formularzy i wstąpienia w nasze szeregi!

Jak być może zdążyliście się zorientować, od paru dni na blogu pojawiają się opowiadania, które mają na celu wyjaśnienie nowej fabuły bloga. Niestety nie udało mi się wyrobić do dzisiaj z napisaniem ich wszystkich, do niedzieli powinno to być już jednak zrobione. Opowiadania te oznaczone są tagiem "historiaFA" i można je zobaczyć pod tym linkiem (klik).

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim członkom, nowym i starym, wspaniałych przygód na blogu!
Ferishia

piątek, 16 czerwca 2017

Reaktywacja, nowa fabuła, co dalej?

Cześć, kochani!

Niestety długo mnie tu nie było. Po części sama jestem sobie winna, jednak... Muszę Was troszkę dzisiaj okrzyczeć (wirtualnie).
Ja tu cały czas jestem i dzień w dzień otwieram skrzynkę pocztową. Pustą skrzynkę pocztową. Przez ponad miesiąc nie dotarło do mnie ani jedno opowiadanie, ani jeden formularz zgłoszeniowy. W związku z tym stwierdzam, że... trzeba coś z tym zrobić. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze zbyt późno.

W związku z tym, iż z pierwszą reaktywacją poszło coś nie tak, że to tak określę, tym razem planuję zrobić restart. Myślę, że wprowadzi to powiew świeżości i rozwiąże problem niedokończonych wątków. 

Jeżeli śledzicie fabułę opowiadań, na pewno zdążyliście zorientować się, że Ferishia, nasza alfa, znajduje się obecnie na krańcach terenów watahy, gdzie spotkała się oko w oko z boginią. Pociągnę dalej tę fabułę i wytłumaczę przeskok czasowy, który na pewno nastąpi.

Wprowadzę również podział na frakcje. Na blogu od teraz będzie można zostać nie tylko wilkiem, ale także np. smokiem, jeleniem. FA od teraz nie będzie jedyną watahą na terenach Nerthveny. W przyszłości planuję wprowadzić też odmienną hierarchię dla każdej z frakcji. Każda z frakcji będzie miała osobnego przywódcę, którym będzie mógł zostać właściwie każdy z Was. Myślę, że to trochę zmotywuje ludzi do działania.

Jeżeli chodzi o rangi, tereny itd - pozostaną one bez zmian dla wilków z Firth Athaill, . Usunięte zostaną natomiast wszystkie postaci poza moją Ferishią, mogę jedynie zrobić wyjątek dla trzech wilków, ich statystyki jednak ulegną wyzerowaniu. Kto pierwszy, ten lepszy.

Wszystko rusza na nowo 23 czerwca, w dzień zakończenia roku szkolnego, jednak nowe formularze możecie podsyłać już od momentu, gdy pojawią się na blogu.

Do zobaczenia!

czwartek, 15 czerwca 2017

Od Darsh'tiana - Przebudzenie

-----------------------------
-----------------------------


Powietrze. Chłodny gaz otoczył moje ciało, wciskając się w każdą, najmniejszą nawet szczelinę. Było to dziwne uczucie. Odświeżające. Jakby powietrze zabierało łuskom cały ból i zmęczenie.
Wziąłem głęboki oddech. Powietrze. Znalazło drogę przez nos do płuc, przyjemnie je wypełniając - cóż za cudowne uczucie!
A cóż to? Widać plamkę. Coś widać! Pokryte łuskami powieki kilkukrotnie zamrugały, nie dowierzając temu widokowi. Po latach absolutnej ciemności nawet niewielka plamka zdawała się czymś niezwykłym.
Jeszcze chwilę kłębowisko trwało w stagnacji, po chwili jednak wszyscy jak jeden mąż rzucili się w stronę światła. To świat zewnętrzny! Walczyłem z pokusą, by dołączyć do tłumu uciekinierów, wiedziałem jednak, że nie ma to sensu. Uwięziono nas na wieczność, a te zjawiska to zapewne tylko pułapka, mająca wywołać w nas jedynie frustrację; rozbudzić płonną nadzieję.
Pozostałem na swoim miejscu, ciesząc się z chwilowego rozluźnienia. Mój ogon i łapy były zdrętwiałe od wielu dni, zapomniałem już, jak to jest nie czuć bólu w plecach. Spaliśmy wszyscy na twardym gruncie, jeden na drugim, jak sardynki w puszce. Nie było tu wystarczająco dużo miejsca, by wszyscy wygodnie ułożyli się do snu. Korzystałem więc ze swobody, jaką dało to poruszenie i rozciągałem zesztywniałe mięśnie.
Wtem do więzienia przedostały się kolejne promienie światła. Sklepienie nad nami rozszerzało się. Teraz nawet ja uwierzyłem, iż może być to szansa na uwolnienie się. Skacząc po innych - wszak nie mam skrzydeł - zbliżyłem się do szczeliny. Wykonałem ostatni, długi sus i mocnymi, złotymi pazurami wczepiłem się w skałę. Kątem oka dostrzegłem, że kilku smokom udało się już przedostać na zewnątrz.
Wykrzesałem z dawno nieużywanych mięśni całą energię, jaka była w nich zgromadzona i mocno pchnąłem zimny kamień. Rozstąpił się trochę, a ja wcisnąłem ciało w szczelinę. Jeszcze trochę i bedę wolny!
Głowa jako pierwsza wychynęła z rozstępu, a wszystkie zmysły zaczęły łapczywie chłonąć bodźce z otaczającego świata, co początkowo było bardzo przytłaczające.
Nienawykłe nawet do bladego światła księżyca oczy bolały, jednak i tak nie potrafiłem ich zamknąć - otaczało mnie tyle wspaniałych rzeczy! Piasek, kamienie, nocne niebo! Wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętałem!
A ile zapachów się tu unosiło! Pustynny pył, futro jakiegoś zwierzęcia, ciepły wiatr! W pierwszej chwili miałem trudności z ich rozwiązaniem, tak dawno do mego nosa nie dotarła żadna woń z zewnątrz.
Chłodna, nocna bryza owiewała wystającą ze szczeliny głowę. Było to uczucie niezwykle odświeżające po setkach lat kiszenia się pod ziemią.
Po upływie paru chwil otwór rozszerzył się dostatecznie, bym mógł wydostać się na wolność. Wyszedłem jako jeden z ostatnich. Pozostałe smoki rozprostowywały już skrzydła i próbowały swoich sił w locie. Ja, z racji ich braku, rozciągnąłem po prostu zbolałe mięśnie. Pochodziłem trochę w kółko, na początku dość niezgrabnie - już niemal zapomniałem, jak to się robi.
Wtem, na krawędzi szczeliny dojrzałem ciekawie wyglądające stworzenie, które kurczowo trzymało się zębami wystającej gałęzi. Zwierzę miało zaraz wpaść w piekielną otchłań, która była smoczym więzieniem przez wiele lat.


----------------------------------
----------------------------------