Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historiaFA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historiaFA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------

W jednej chwili opuściły mnie wszystkie siły. W moim ciele nie została nawet ilość energii wystarczająca, bym mogła ustać na własnych łapach, upadłam więc bezwładnie na ziemię.
Poczułam rozrywający ból. Czułam się, jak kawałek metalu, rozgrzany do czerwoności i rozdzierany przez rzemieślnika gorącymi szczypcami. Ból był tak silny, że przed oczami pojawiły mi się mroczki, a zawartość żołądka podsunęła niebezpiecznie blisko gardła. Jednak nie on był najgorszy.
Moje ciało dymiło jak ognisko, nie dało się jednak na szczęście wyczuć zapachu spalenizny czy innej, podobnej woni, co mnie jednak nie uspokajało.
Po kilku minutach spędzonych w męczarniach, ból ustąpił, a mroczki zniknęły sprzed oczu, odsłaniając dziwny widok: nade mną unosił się około tuzin bezkształtnych obłoczków dymu. Po chwili obłoczki zaczęły nabierać kształtu i już zorientowałam się, z czym, a raczej z kim mam do czynienia. Poczułam, jak gula narasta mi w gardle. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak przerażona.
- Ferishio - odezwał się jeden z bogów, przybierając niemal wykładniczy ton - chcesz nam powiedzieć, że nie chciałaś, by powiodła się misja zlecona przez jednego z nas? - W jego głosie kryła się nagana.
- J-ja... - urwałam. Bałam się odezwać i odruchowo postąpiłam kilka kroków do tyłu, spuszczając przy tym głowę.
Rozejrzałam się jednak po okolicy. Więzienie, w którym bogowie zamknęli smoki, nie było przytulnym miejscem. Widziałam też, jak zaklęcie zabija część tych stworzeń. Za co spotkała je tak okrutna kara? Czy pycha i arogancja to wystarczające powody, by skazać żywą istotę na wieczne cierpienie?
Spojrzałam na smoka, który wcześniej mnie uratował. Dzięki niemu zrozumiałam, że bogowie mogą się mylić co do tej rasy. To, że część z nich zachowało się niewłaściwie, w żaden sposób nie usprawiedliwia okrucieństwa istot wyższych.
- Ja nie uważam, by smoki należało na powrót zamknąć - postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. I tak nie mogłam już znaleźć się w gorszym położeniu. - Zdałam sobie sprawę, że to okrutne i nie mam zamiaru wam w tym pomagać. 
- Patrzcie, jaka ta mała pewna siebie - zaśmiał się jeden z bogów. - No cóż, jesteś z nami albo przeciwko nam. Pomogłaś nam w wykonaniu misji, co prawda nieświadomie, służąc nam za środek transportu, dlatego tym razem pozwolimy ci odejść. Wiedz jednak, że straciłaś już naszą opatrzność. Teraz będziesz musiała nauczyć się bez niej żyć. Co zaś tyczy się twoich łuskowatych przyjaciół... im nie okażemy litości.
By dowieść, iż nie są to tylko puste słowa, rzucił śmiercionośne zaklęcie, które wycelował prosto w jednego ze smoków.
Zareagowałam najszybciej, jak potrafiłam. Posłałam moje myśli wgłąb siebie, by zaczerpnęły z wewnętrznego rezerwuaru energii, chcąc wytworzyć jakieś kontrzaklęcie - jakąś tarczę, neutralizator, cokolwiek. Kiedy jednak odnalazłam odpowiednie miejsce w moim ciele, z przerażeniem odkryłam, że zasoby mojej magii są puste. Nie było po nich śladu, jakbym straciła całą swoją magiczną moc.
Zaskomlałam cicho w poczuciu bezradności.
Magiczna kula posłana przez boga leciała prosto w stronę czarnołuskiego. To chyba dzięki przerażeniu, które mnie wtedy ogarnęło, udało mi się wykrzesać z siebie odrobinę energii magicznej, co wystarczyło, by nieznacznie zmienić tor lotu pocisku. Udało mi się uratować smoka. Dokonałam tego o własnych siłach, co zdawało się zaskoczyć bogów.
Miałam ochotę krzyknąć: "Nie jestem taka słaba, jak się wam wydaje", jednak i tak już sobie u nich nagrabiłam i uznałam, że nie warto pogarszać sytuacji.
Korzystając z chwili nieuwagi nieprzyjaciół, szepnęłam do smoka:
- Wiesz co? Chyba mam plan. Musisz tylko użyczyć mi swojej energii.
Gad bez chwili wahania otworzył się na mnie, a ja rzuciłam zaklęcie, które miało uratować smoki.

***

Z grymasem na pysku spożywałam bezsmakową papkę z nasion, zastanawiając się przy tym, dlaczego zdrowe rzeczy zawsze są takie niesmaczne. Całe szczęście był to już mój ostatni "szpitalny" posiłek.
Do ogromnego, wyściełanego słomą gniazda nadleciała pokryta szarozieloną łuską smoczyca. Podeszła do mojego zrobionego ze skór legowiska i złapała mnie w szpony, co było dość nieprzyjemnym uczuciem, choć starała się postępować ze mną delikatnie.
Jej palce z zadziwiającą zręcznością zdjęły opatrunek z mojego boku, tym razem jednak nie założyła już świeżego. Gdy zostałam odstawiona na wyściełane gałęziami podłoże, odwróciłam głowę w kierunku swoich żeber, by przyjrzeć się ranie. Ładnie się goiła, pomimo faktu, że smoki opatrzyły mnie w dość nieudolny sposób - moje ciało było zbyt małe dla ich łap, by mogły precyzyjnie zaszyć szwy. Dlatego też, pomimo ich najlepszych starań, pod moim futrem zapewne na zawsze pozostanie nieregularna blizna.
Podziękowałam pielęgniarce za opiekę nad nią, poczułam się jednak trochę głupio, gdyż nie miałam nic, co mogłabym jej ofiarować w podzięce. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem ze smoczycą.
- Och - zaśmiała się. - Chcesz powiedzieć, że uratowanie naszej rasy to niewystarczające podziękowanie, Ferishio?
Zaśmiałam się. Nawiązałyśmy jeszcze krótką rozmowę, po czym każda z nas udała się w swoją stronę.
Schodzenie ze wzniesienia, na którym umieszczone było gniazdo, zmęczyło mnie, dlatego przysiadłam na skalnej półce i z nostalgią spojrzałam na roztaczający się przede mną krajobraz Nerthveny.
Kraina niewiele się zmieniła podczas mojej nieobecności - dziwnie było mi myśleć o moim zniknięciu jako o nieobecności właśnie.
Żeby uratować smoki, połączyłam swoje siły z Darsh'tianem i udało mi się przenieść nas wszystkich w przyszłość, zostawiając rozwścieczonych bogów w innym niż nasz wymiarze czasowym.
Oznaczało to jednak, że nie było mnie na terenie Nerthveny przez kilka... tygodni, miesięcy, lat? Nie mogłam tego jednoznacznie stwierdzić.
Wiedziałam jednak, że bez mojego przewodnictwa, Firth Athaill rozpadło się, a wraz z nim me serce rozsypało się na tysiące drobnych kawałeczków. Obrałam sobie teraz jeden wyraźny życiowy cel: odbudować watahę i przywrócić jej dawną potęgę. Wiedziałam, że przede mną długa droga, byłam jednak pełna determinacji.
Przelatujący niedaleko mały, zwinny smok o żółtym ubarwieniu skręcił w moją stronę.
- Wiadomość do wszystkich! Zgromadzenie na dziecińcu głównym rozpoczyna się za pół godziny! - Wykrzykiwał bez ustanku. Wkrótce odleciał poza zasięg moich oczu i uszu.
Z głośnym westchnieniem podniosłam się do pozycji stojącej. Znów musiałam wspiąć się na górę, a bynajmniej nie było to to, na co miałam w tej chwili ochotę.

***

Słuchałam z zainteresowaniem, co rada smoków chciała ogłosić swojemu ludowi. Obserwowałam widowisko, siedząc na czubku głowy Darsh'tiana - smok uznał, że nie pozwoli mi stać na ziemi, gdyż mogłabym zostać rozdeptana. Kiedy stwierdziłam, że potrafię na siebie uważać, zaśmiał się tylko i delikatnie musnął pazurem nierówną bliznę na moim boku.
- ... W związku z tym ogłaszam wyprawę - kontynuował srebrnołuski samiec. - Przemierzymy świat w poszukiwaniu innych smoków. Tu, w Krainie, chwilowo pozostanie tylko Darsh'tian, jako iż jest najmłodszy z nas. Jego obowiązkiem będzie zbieranie znajdujących się tu smoków w jedno zgromadzenie.
Rozbrzmiały wiwaty na cześć smoka. Odruchowo skinął głową, dziękując współplemieńcom za aplauz, a ja prawie zsunęłam się na śliskich łuskach.
- Wygląda na to - szepnęłam mu do ucha - że teraz mamy podobne cele.

--------------
KONIEC

niedziela, 25 czerwca 2017

Od Darsh'tiana

-------------------------------
-------------------------------

Przeżywałem ponownie koszmar, przez który musiałem przejść lata temu. Wiedziałem, że magiczne anomalie, które transformowały świat wokół nas, są tylko zwiastunem ponownego zamknięcia pieczęci. 
Wiedziałem, że muszę schować się pod ziemię, inaczej czeka mnie bolesna śmierć. Nie pytając o zgodę, chwyciłem wilczycę w łapę i zeskoczyłem w otchłań.
- Pieczęć znów się zamyka. Nie ma już szans na ucieczkę. Ci, którzy znaleźli się dalej od groty, zostali już zabici przez zaklęcie - wyjaśniłem jej prędko, gdy spadaliśmy. Znów poczułem znienawidzoną posadzkę jaskini pod łapami. - My natomiast zostaniemy tu zamknięci na kolejne setki lat. Nie było mi dane długo cieszyć się wolnością - oznajmiłem smutno.
- Nie da się tego jakoś zatrzymać? - Zapytała wadera.
Odpowiedziałem jej wymownym milczeniem, a ona zwiesiła smutno głowę. Zrozumiała.
Wciąż jednak coś mi tu nie pasowało. Pieczęć nie mogła tak po prostu zamykać się sama z siebie. Ktoś musiał wypowiedzieć zaklęcie, dostarczać mu energii magicznej i pilnować jego przebiegu. Tymczasem zdawało się, że byliśmy tu sami - ja, inne smoki i wilczyca.
Wtedy zrozumiałem.
Udało mi się dostrzec blade obłoczki many tańczące wokół łap wadery. Ogarnęła mnie wściekłość, jakiej nie czułem jeszcze nigdy w życiu. No tak! Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Jak mogłem jej zaufać! Przecież to oczywiste, że żaden smok nie chciałby ponownego zamknięcia pieczęci. Jakim cudem jednak jedna, drobna wilczyca, mogła zgromadzić w sobie wystarczająco dużo mocy magicznej, by rzucić tak potężne zaklęcie? Nie wyglądała nawet na zmęczoną. Jeżeli jej zasoby many są tak duże, jak mogło mi się wydawać, w pojedynku magicznym nie miałem z nią szans.
Zbliżyłem do niej pysk. Gdybym teraz zaatakował z zaskoczenia, może mógłbym odebrać jej życie, co, jak się domyślam, przerwałoby zaklęcie. Wyszczerzyłem zęby z zamiarem pochwycenia wadery, nie mogłem jednak tego zrobić. Jakoś tak... polubiłem ją i nie mogłem uwierzyć, by to ona za tym wszystkim stała.
- Ty! Jak mogłaś! I po co ja cię ratowałem?! - Krzyknąłem tylko, a tubalny głos odbił się echem po ścianach jaskini.
- O czym ty mówisz?! - Zapytała, robiąc krok w tył, by się ode mnie oddalić.
- Nie zgrywaj niewiniątka! To ty rzuciłaś zaklęcie!
Łapy pod waderą ugięły się, a jej pyszczek otworzył w geście niedowierzania. Wyglądało to dość autentycznie, ale teraz nie mogłem jej wierzyć.
- J-ja nic nie zrobiłam... - tłumaczyła się cicho, ledwie mogłem ją dosłyszeć. - Nie ma sensu ukrywać prawdy - podjęła. - Zostałam tu przysłana, by uniemożliwić smokom powrót to krainy. Kiedy jednak przekonałam się, że nie jesteście bestiami z horroru, zmieniłam zdanie! - Jej głos chwiał się, często robiła pauzy. - Chcę, by smoki wróciły do Nerthveny! - Krzyknęła, teraz już pewniejszym tonem.
- Ach tak? - Usłyszałem. Głos dobiegał jakby zewsząd i ciężko było określić nawet płeć jego właściciela.
W tym momencie z ciała wilczycy zaczęło unosić się kłębowisko dymów, a ona padła bez sił na ziemię.

----------------------------------
----------------------------------

nie jestem zadowolona z tego opowiadania :|

sobota, 24 czerwca 2017

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------


Sparaliżował mnie strach i choć widziałam, jak pęknięcie postępuje prosto w moją stronę, nie mogłam wykonać choćby najmniejszego ruchu, by uciec przed zagrożeniem. Po prostu patrzyłam na nie tępo i czekałam.
Po części wiedziałam też, że nie mam szans na powodzenie. Spóźniłam się. Smoki opuściły podziemia. Przestrzeń powietrzna nad moją głową wypełniła się dziesiątkami ogromnych ciał, skrzydła bestii powodowały silny wiatr. 
Byłam przy nich taka mała. Chyba nawet mnie nie zauważyły, albo zwyczajnie nie przejęły się nawet moją obecnością. Czy miałam jakiekolwiek szanse na to, by na powrót zamknąć je pieczęcią? Raczej nie, zwłaszcza zważywszy na fakt, iż nie wiedziałam nawet, jak ową pieczęć wykonać.
Straciłam grunt pod łapami w momencie, gdy moje spojrzenie padło na smoka pokrytego czerwonymi łuskami, które lśniły w bladym świetle księżyca.
Ból ogarnął moje ciało, gdy to, niczym worek kartofli, spadło na skalną półkę. Poczułam, jak jakiś ostry przedmiot - najprawdopodobniej kamień - rozdziera mi prawy bok. Poczułam woń własnej krwi.
Po chwili na krawędzi półki pojawiło się pęknięcie, które szybko doprowadziło do jej oderwania od krawędzi klifu. Zaczęłam znów spadać, ale w ostatniej chwili spostrzegłam wystający z ziemi korzeń i zwinnym ruchem chwyciłam go zębami.
Znalazłam się w fatalnej sytuacji. Pomijając całą tę sprawę ze smokami oraz fakt, że mój bok obficie krwawił, nie miałam jak na powrót dostać się na górę. Próbowałam zahaczyć łapami o jakiś wystający punkt na krawędzi, napotykałam jednak jedynie gładką skałę lub kruchy żwir, który przy najdelikatniejszym dotknięciu opadał w dół. Wiedziałam, że mnie też niedługo czeka taki los, mimo tego walczyłam z bólem szczęk i kurczowo trzymałam się korzenia.
Wtem ogromny cień zasłonił mi widok na okolicę. Nagle poczułam, że znów mam oparcie pod łapami. Uniosłam się w górę, by po chwili zostać delikatnie osadzoną na ziemi.
Spojrzałam z nieskrywanym zdziwieniem na mojego wybawcę. Był to wielki smok pozbawiony skrzydeł, pokryty czarno-fioletowymi łuskami, piękny i przerażający zarazem.
Pochylił się nade mną, jego oddech rozwiał mi sierść.
- Nie bój się, nic ci nie zrobię - zapewnił mnie. Jego głos był niski i wibrował w uszach, ale dało się w nim wyczuć szczerą troskę. - No chodź, daj obejrzeć tę ranę - powiedział, wyciągając zakończoną złocistymi szponami łapę w moją stronę.
Przyjacielski czy nie, nie chciałam, by zbliżał do mnie ten groźnie wyglądający oręż.
- Dziękuję, poradzę sobie sama - oznajmiłam z przyjacielskim uśmiechem - trochę udawanym, nie chciałam jednak wyjść na niemiłą przy stworzeniu, które jednym ruchem mogłoby mnie zabić.
- Ty... umiesz mówić? - Zapytał, a na jego pysku jawiło się autentyczne zdziwienie.
- Owszem, umiem - odparłam.
Przyjrzał mi się z zaciekawieniem.
- Dziwne. Zawsze myślałem, że tylko smoki i ludzie posiedli tę zdolność. Widać wiele się zmieniło, gdy siedziałem zamknięty pod ziemią - skrzywił się.
- Jak widzisz, inne stworzenia też potrafią opanować tę trudną sztukę, jaką jest mowa i nie należy ich tak lekceważyć - nabierałam śmiałości, gdyż teraz byłam już przekonana, że smok nie ma złych zamiarów.
Otworzył pysk, by coś powiedzieć, jednak nie miał szansy spełnić swoich zamiarów. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, świat wokół nas uległ metamorfozie. Kształty wydłużały się, skracały i deformowały, kolory mieszały się ze sobą i zdawać by się mogło, że tworzą nowe, nieznane barwy (na przykład oktarynę). Również sylwetki smoków porozciągały się, uwalniając wnętrzności części z nich.
Ja i mój wybawca patrzyliśmy na widowisko z przerażeniem. Jedynym, co pozostawało niezmienne, byliśmy my.

----------------------------------
----------------------------------

czwartek, 15 czerwca 2017

Od Darsh'tiana - Przebudzenie

-----------------------------
-----------------------------


Powietrze. Chłodny gaz otoczył moje ciało, wciskając się w każdą, najmniejszą nawet szczelinę. Było to dziwne uczucie. Odświeżające. Jakby powietrze zabierało łuskom cały ból i zmęczenie.
Wziąłem głęboki oddech. Powietrze. Znalazło drogę przez nos do płuc, przyjemnie je wypełniając - cóż za cudowne uczucie!
A cóż to? Widać plamkę. Coś widać! Pokryte łuskami powieki kilkukrotnie zamrugały, nie dowierzając temu widokowi. Po latach absolutnej ciemności nawet niewielka plamka zdawała się czymś niezwykłym.
Jeszcze chwilę kłębowisko trwało w stagnacji, po chwili jednak wszyscy jak jeden mąż rzucili się w stronę światła. To świat zewnętrzny! Walczyłem z pokusą, by dołączyć do tłumu uciekinierów, wiedziałem jednak, że nie ma to sensu. Uwięziono nas na wieczność, a te zjawiska to zapewne tylko pułapka, mająca wywołać w nas jedynie frustrację; rozbudzić płonną nadzieję.
Pozostałem na swoim miejscu, ciesząc się z chwilowego rozluźnienia. Mój ogon i łapy były zdrętwiałe od wielu dni, zapomniałem już, jak to jest nie czuć bólu w plecach. Spaliśmy wszyscy na twardym gruncie, jeden na drugim, jak sardynki w puszce. Nie było tu wystarczająco dużo miejsca, by wszyscy wygodnie ułożyli się do snu. Korzystałem więc ze swobody, jaką dało to poruszenie i rozciągałem zesztywniałe mięśnie.
Wtem do więzienia przedostały się kolejne promienie światła. Sklepienie nad nami rozszerzało się. Teraz nawet ja uwierzyłem, iż może być to szansa na uwolnienie się. Skacząc po innych - wszak nie mam skrzydeł - zbliżyłem się do szczeliny. Wykonałem ostatni, długi sus i mocnymi, złotymi pazurami wczepiłem się w skałę. Kątem oka dostrzegłem, że kilku smokom udało się już przedostać na zewnątrz.
Wykrzesałem z dawno nieużywanych mięśni całą energię, jaka była w nich zgromadzona i mocno pchnąłem zimny kamień. Rozstąpił się trochę, a ja wcisnąłem ciało w szczelinę. Jeszcze trochę i bedę wolny!
Głowa jako pierwsza wychynęła z rozstępu, a wszystkie zmysły zaczęły łapczywie chłonąć bodźce z otaczającego świata, co początkowo było bardzo przytłaczające.
Nienawykłe nawet do bladego światła księżyca oczy bolały, jednak i tak nie potrafiłem ich zamknąć - otaczało mnie tyle wspaniałych rzeczy! Piasek, kamienie, nocne niebo! Wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętałem!
A ile zapachów się tu unosiło! Pustynny pył, futro jakiegoś zwierzęcia, ciepły wiatr! W pierwszej chwili miałem trudności z ich rozwiązaniem, tak dawno do mego nosa nie dotarła żadna woń z zewnątrz.
Chłodna, nocna bryza owiewała wystającą ze szczeliny głowę. Było to uczucie niezwykle odświeżające po setkach lat kiszenia się pod ziemią.
Po upływie paru chwil otwór rozszerzył się dostatecznie, bym mógł wydostać się na wolność. Wyszedłem jako jeden z ostatnich. Pozostałe smoki rozprostowywały już skrzydła i próbowały swoich sił w locie. Ja, z racji ich braku, rozciągnąłem po prostu zbolałe mięśnie. Pochodziłem trochę w kółko, na początku dość niezgrabnie - już niemal zapomniałem, jak to się robi.
Wtem, na krawędzi szczeliny dojrzałem ciekawie wyglądające stworzenie, które kurczowo trzymało się zębami wystającej gałęzi. Zwierzę miało zaraz wpaść w piekielną otchłań, która była smoczym więzieniem przez wiele lat.


----------------------------------
----------------------------------

Od Ferishii - Pustynne Ruiny

------------------------------
------------------------------


Kremowa peleryna delikatnie falowała na gorącym, pustynnym wietrze. Był to prezent od Ramila, który miał zapewnić mi ochronę przed piekącym słońcem i sprawdzał się w tej roli znakomicie. Materiał dodatkowo natarty był nieznanym mi olejkiem o korzennym zapachu, co, jak twierdził młody kapłan, powinno trzymać spragnione chociażby najmniejszej kropelki wody insekty z dala od moich wilgotnych oczu i nosa.
Wędrowaliśmy już od dłuższego czasu, jednak tym razem podróż była dla mnie przyjemniejsza niż wtedy, gdy pierwszy raz wkroczyłam na pustynię. Wyruszyliśmy o bardziej odpowiedniej porze dnia, miałam też pelerynę i świetnego przewodnika, toteż nie było w tym nic dziwnego.
Mimo tego odczułam wielką ulgę, gdy Pustynne Ruiny wyłoniły się zza linii horyzontu. Początkowo przyglądałam się zniszczonym murom z dozą niepewności, mając na uwadze fakt, iż może być to po prostu fatamorgana. Ramil zatrzymał się jednak, a ja uczyniłam to samo.
- Dalszą drogę musisz przebyć sama. Bogini nic nie wspominała o tym, że możesz mieć pomocników, rozsądniej więc będzie, jeśli tu zostanę. Jeżeli będziesz mnie potrzebować, poślij magiczną flarę w niebo, a postaram się pomóc. Powodzenia - ostatnie słowo wypowiedział z dość kwaśną miną. Wiedziałam, iż zakłada, że mogę już nie wrócić.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się najcieplej jak umiałam, choć w obecnej sytuacji ciężko było zachować optymizm. - Żegnaj więc.
Skierowałam kroki w stronę opuszczonych ruin. Obejrzałam się jeszcze za siebie, by ujrzeć drobne stworzonko machające mi łapą na pożegnanie. Odwzajemniłam gest, po czym kontynuowałam wędrówkę.
W miarę, jak zbliżałam się na miejsce, ogarniały mnie coraz gorsze przeczucia. Czułam pulsowanie w głowie, które przybierało na sile w miarę, jak dystans pomiędzy mną a miastem malał. Nie był to jednak do końca zły znak - przynajmniej wiedziałam, że jestem we właściwym miejscu i że rzeczywiście coś tu jest na rzeczy.
Doszłam do samego środka ruin - do miejsca, gdzie najprawdopodobniej kiedyś znajdował się rynek. Dopiero teraz zorientowałam się, że ziemia pokryta jest runami emitującymi blady blask. Zaczęłam się im uważnie przyglądać. Studiowałam runy aż do zmroku, jednak wiele z nich już dawno wyszło z użycia i nie potrafiłam ich odczytać, a fragmenty, które były dla mnie zrozumiałe, i tak zdawały się nie mieć sensu.
Słońce zaszło już całkowicie, toteż blask run zdawał się być mocniejszy... Zaraz, znaki na prawdę zaczynały intensywniej się świecić!
Kilka metrów od siebie dojrzałam pęknięcie, które zaczęło formować się w ziemi i rosło z każdą chwilą. Zorientowałam się, że tracę grunt pod łapami.

----------------------------------
----------------------------------

Od Ferishii

-----------------------------
-----------------------------

Westchnęłam głośno, gdy z hukiem zamknęłam kolejną już księgę, a obłoczek kurzu spowił mój pysk. Odłożyłam opasłe tomiszcze na stos mu podobnych. Po mojej lewej stronie piętrzyły się nieprzeczytane jeszcze egzemplarze, a patrzenie na nie wywoływało już u mnie niemal fizyczny ból. Z rezygnacją sięgnęłam po gruby wolumin oprawiony w czarną, nadgryzioną już nieco przez mole skórę i otworzyłam go na pierwszej stronie. Mój wzrok nie chciał jednak dłużej śledzić wyblakłych liter i co rusz uciekał w bok, znajdując sobie ciekawsze obiekty do obserwacji: drobnego, zielonkawobrunatnego pajączka, skrzętnie wijącego swoją sieć w rogu pustego regału, roztańczony płomień świecy... Czytania miałam na ten dzień serdecznie dość.
Od chwili zniknięcia bogini próbowałam odnaleźć w zgromadzonych w świątyni księgach chociażby najdrobniejszą wzmiankę o pieczęci, którą zostały spowite smoki. Moje poszukiwania były jednak bezowocne. Ramil i Echet również wertowali kolejne tomy, nie osiągnęli jednak sukcesów większych niż moje. Powoli zaczynaliśmy tracić nadzieję, a niepokój narastał w moim sercu. Nie chciałam wyruszać na misję bez żadnego przygotowania teoretycznego, a czas gonił i nie mogłam zbyt długo zwlekać z rozpoczęciem wyprawy. Zmusiłam się, by przeczytać pierwszych parę stron książki.
- Do diabła z tym! - Usłyszałam w końcu. To Ramil, zirytowany, wstał od stołu, strącając z niego łapą kilka ksiąg, za co Echet posłał mu karcące spojrzenie. - Siedzimy z nosami w książkach od ładnych paru godzin i nic nie znaleźliśmy. Założę się, że nawet gdybyśmy przeczytali wszystkie książki świata, nie byłoby w nich ani słowa o smokach i pieczęciach - mruczał pod nosem, sprzątając zrobiony przez siebie bałagan. - Ocho, a co to? - Zatrzymał się na chwilę nad książką, która upadając otworzyła się na pokrytej plamami stronie. - Zdaje się, że coś znalazłem! - Wykrzyknął pełen entuzjazmu.
Zaciekawiona podbiegłam do niego, Echet z resztą uczynił podobnie. We trójkę pochyliliśmy się nad starym woluminem.
(część zdania niewyraźna) smoków. (zielona plama, chyba po jakimś sosie) kłębowisko ciał, na wieki pogrążone w ciemności. Bogowie, pieczętując smoki, skazali je nie na długi, spokojny sen, a na stulecia cierpienia. Jest to tylko jeden z wielu przykładów ilustrujących ich często niecną naturę.
Dalsza część tekstu opisywała inne okrutne czyny, jakich dopuścili się bogowie. Ich lista była dość długa i przerażająca, tekst jednak zakończony został pozytywnym akcentem:
Niemniej nie oznacza to, że bogowie to byty jednoznacznie złe. Bez ich opatrzności, świat pogrążyłby się w chaosie, toteż w pełni zasługują na to, by oddawać im należną im cześć. Przykłady smoków, gruklinów i colmetów doskonale obrazują bowiem, jak może się skończyć ich niedocenianie.
Popatrzyliśmy po sobie, nie wiedząc, co począć. Zaczęłam zastanawiać się, czy aby na pewno powinnam udać się na wyprawę - może to jakaś próba, kolejny niecny występek nadprzyrodzonych istot? 
Dla kapłanów odkrycie musiało być jeszcze bardziej dezorientujące. Poświęcili całe swoje dotychczasowe życie w służbie bogini piasku, a teraz może okazać się, że był to czas zmarnowany. 
Odsunęłam się na parę kroków. Przez chwilę trwaliśmy w ciszy - każdy z nas musiał przeanalizować pozyskane informacje, przyswoić je sobie. 
- Musisz podjąć się misji, niezależnie od tego, czy faktycznie uratujesz w ten sposób Krainę - oznajmił stanowczo Echet. Widać było, że jest wewnętrznie rozdarty, bił się z myślami.- Jeżeli tego nie zrobisz, bogini z pewnością znajdzie sposób, by cię ukarać. Ramil odprowadzi cię do ruin. Wyruszacie za pół godziny.
Ja i Ramil skinęliśmy głowami, dając znak, iż przyjęliśmy polecenie. Omiotłam wzrokiem bibliotekę, w której panował teraz ogromny bałagan. Chwyciłam jedną z książek i odstawiłam ją na jej miejsce na półce. Gdy schylałam się po kolejną, Echet przerwał mi.
- Idź przygotowywać się do drogi, ja tu posprzątam. Muszę zająć się czymś... mechanicznym, co odciągnie trochę moje myśli od całego tego zamieszania - uśmiechnął się półgębkiem.
Odpowiedziałam mu tylko krzywym uśmiechem.


----------------------------------
----------------------------------

środa, 14 czerwca 2017

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------

Odruchowo wykonałam obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, omiatając salę wzrokiem, próbując odnaleźć źródło głosu. Jednak gdy tylko moje spojrzenie natrafiło na falującą sylwetkę bogini, zmrużyłam oczy, a po krótkiej chwili zdecydowałam, że najrozsądniej będzie je po prostu zamknąć.
Ciało bogini nie miało żadnego określonego kształtu, co czyniło dłuższą obserwację niemożliwą. Mózg śmiertelnika nie był przystosowany do oglądania takich widoków i momentalnie się od nich przegrzewał. Gdybym jednak miała opisać jej wygląd, przyrównałabym go do wirującej masy powietrza przypominającej gęstą burzę piaskową. Masa przyjmowała różne kształty - przez krótką chwilę przypominała wilka, by rozpłynąć się w obłok pyłu, a następnie przybrać kształt sokoła. Doprawdy dziwny był to widok.
- Masz tupet - głos ponownie dobiegł ze wszystkich stron i tym razem dało się dosłyszeć w nim nutę stanowczości. Ze ścian posypał się tynk.
Ja natomiast zostałam rzucona na kolana, zmuszona, by uklęknąć przed boginią. Chmura piasku poleciała też w moją stronę, haratając delikatny pysk. Zaskomlałam cicho. Osobiście uważam, że w tak nietypowej sytuacji miałam prawo zapomnieć o etykiecie i nie powinnam zostać w tamtym momencie ukarana. Nie śmiałam jednak się odezwać czy wyrazić sprzeciwu. Wydukałam tylko ciche "przepraszam" i skłoniłam niżej głowę.
Kpiące prychnięcie rozeszło się po sali świątynnej.
- Doskonale... - oznajmiła bogini, a powietrze zaczęło powoli oczyszczać się z pyłu. Poczułam, że żadna siła nie zmusza mnie już do pozostania w pozycji klęczącej, mimo tego nie śmiałam wykonać chociażby najdrobniejszego ruchu. - Pewnie zastanawiasz się  - podjęła - po co Cię tu wezwałam. 
Nieśmiało, delikatnie skinęłam głową. Ruch ten był tak niewielki, że wręcz niezauważalny.
- Złe rzeczy dzieją się na pustyni. Mojej pustyni. Niestety, zażegnanie tego kryzysu wykracza poza moje możliwości. Dlatego też wezwałam ciebie. Jesteś jedyną osobą obdarzoną opatrznością wszystkich bogów. Tylko ty możesz zaradzić temu problemowi. Czy podejmiesz się wyzwania?
Czekałam chwilę z odpowiedzią, próbując poukładać sobie to wszystko w głowie. Bałam się, że owo "wyzwanie" może okazać się dla mnie zbyt trudne. Domyślałam się jednak, że nawet jeśli odmówię, to i tak zostanę zmuszona do jego podjęcia. Starannie przemyślałam moją wypowiedź, ostrożnie dobierając każde słowo:
- Postaram się spełnić Twą wolę, Pani. Nie mogę jednak nic obiecać, zważywszy na to, że nawet nie wiem, czego ode mnie oczekujesz.
- Doskonale - po tonie jej głosu można było wywnioskować, że się uśmiechnęła. Czy bezkształtna masa może się jednak uśmiechnąć? - Cieszę się, że możemy załatwić tę sprawę po dobroci. Pozwól, że zapoznam cię ze szczegółami misji.
Wiele lat temu w Nerthvenie królowały smoki. Nie będę się tu wdawać w szczegóły, ale ta dumna rasa rozwijała się prężnie, a wraz z potęgą nabierała pychy. Przestali oddawać cześć bogom, co było dla nas jeszcze akceptowalne. Gdy jednak te parszywe, łuskowate stworzenia zaczęły nam bluźnić, bogowie zebrali się, by zakląć je w magicznej pieczęci.
Słuchałam z zaciekawieniem. Czułam też, jak gula narasta mi ze strachu w gardle. Cokolwiek będę zmuszona zrobić, prawie na pewno będzie to oznaczało spotkanie ze smokami. Najprawdopodobniej rozwścieczonymi smokami, z którymi drobny wilk taki jak ja nie miałby najmniejszych szans.
- Teraz - kontynuowała bogini - ta pieczęć rozszczelnia się, a wkrótce całkowicie pęknie i smoki wrócą do Nerthveny. Tylko ty możesz temu zapobiec. Jak najprędzej udaj się do Pustynnych Ruin i zamknij tę pieczęć, a wyrządzisz Krainie niemałą przysługę.
Ciało bogini zamieniło się w wir powietrzny, który jakby wessał sam siebie i już po chwili w sali świątynnej nie pozostał żaden ślad po boskim objawieniu.
Tak wiele pytań chciałam jeszcze zadać, nie miałam jednak takiej możliwości. Westchnęłam z rezygnacją. Przysiadłam na ziemi i zaczęłam cicho łkać, czując się całkiem bezradna. Nie miałam pojęcia, jak mam wykonać misję, nie wiedziałam nawet, w którym kierunku się udać. Byłam bez szans na powodzenie.
Tymczasem Ramil i Echet, wciąż zszokowani całą tą sytuacją, ostrożnie podnieśli się z pozycji klęczącej. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i po chwili Ramil podszedł do mnie, by, chcąc dodać mi otuchy, oprzeć łapę na moim ramieniu.
- Dostąpiłaś wielkiego zaszczytu - oznajmił. W jego głosie brak było charakterystycznej, głupkowato-wesołej nuty. Gdybym usłyszała ten głos w ciemności, na pewno nie rozpoznałabym w nim Ramila. - Zadanie, które otrzymałaś, jest trudne, ale jestem pewien, że dasz sobie z nim radę. Bogini nie posłałaby cię na pewną śmierć - zapewnił mnie.
- Pocieszające - mruknęłam pod nosem. Po chwili jednak otarłam łzy łapą. Chyba już po prostu pogodziłam się z losem. Stanęłam pewnie na nogach.
- No, to którędy do tych ruin? - Zapytałam.

-----------------------------------
-----------------------------------

środa, 2 listopada 2016

Od Ferishii - Boskie objawienie

(c.d. tego)

Znów wstąpiliśmy na znaną tylko Ramilowi trasę, wyznaczoną piaskiem równie gorącym jak wszystko dookoła. Teraz, gdy nie dokuczało mi już pragnienie, mogłam iść dużo szybciej. Zamieniłam nawet kilka zdań z towarzyszem podróży. Słońce powoli zbliżało się ku horyzontowi, zapowiadając nadchodzący chłód. 
W końcu dostrzegłam świątynię skąpaną w pomarańczowoczerwonym blasku. Im mniejszy dystans dzielił mnie od budynku, tym większy zachwyt ogarniał moje zmysły. Zaskoczył mnie przepych i finezja wykonania. Nikt nie mógłby spodziewać się takiego cudu architektury na samym środku pustyni.
Kolumny wyciosane z najwyższej jakości piaskowca poprzecinane były siateczką otworów, w których wiatr wygrywał spokojne melodie. Wykonane z jasnożółtego marmuru schody nie nosiły na sobie żadnych oznak mijającego czasu, stawianie na nich łap wydawało mi się być profanacją tak cudnego dzieła. Ściany świątyni pokryte były misterną siatką obrazów i hieroglifów, wykutych cienkim i precyzyjnym dłutem. 
Jeszcze większy przepych dało się zauważyć w środku. Za metalowymi (oczywiście, że rzeźbionymi) drzwiami kryło się wnętrze, którego strop podparty był filigranowymi kolumienkami. Wszystko pokryte było barwnymi obrazami, ani jeden centymetr kwadratowy powierzchni nie został pominięty. Nawet podłoga opatrzona była wzorami. Na samym środku sklepienia znajdował się okrągły otwór, który wpuszczał światło do pomieszczenia.
Wewnątrz panowała cisza, której nawet Ramil nie ośmielił się zakłócić. Ostrożnie stawiając łapy, podeszłam do ściany, by przyjrzeć się malunkom. Przedstawiały wilki, ludzi i różne wydarzenia.
- To historie naszej bogini. Ona od niepamiętnych czasów kieruje żywotem stworzeń na pustyni - usłyszałam.
Odwróciłam się, by zlokalizować źródło głosu. Przy wykonanej z ciemnego drewna ławie siedział stworek tego samego gatunku, co Ramil. Skierowałam kroki w jego stronę. Był wyraźnie starszy od poznanego wcześniej stworzonka. Na jego pysku dało się zobaczyć srebrne nitki siwizny. Ubrany był w dziwne szaty, głowę przyozdobił czymś na kształt korony. Na stoliku rozłożył rozmaite zwoje papirusu, w powietrzu unosiła się woń inkaustu wymieszana z zapachem lampek oliwnych.
- Opowiedz mi o niej - poprosiłam, nie potrafiłam ukryć zaciekawienia w głosie. Nigdy nie wierzyłam w bogów, ale miałam wrażenie, że w tym miejscu da się wyczuć ich obecność.
- Dobrze. Siadaj, dziecko. W naszej świątyni każdy może poczuć się jak w domu. Jestem Echet, główny kapłan w tej świątyni. Poznałaś już Ramila, mojego praktykanta. Jesteśmy ludem tej pustyni, mniejszymi kuzynami lisów. Słyszałem kiedyś, jak jak ktoś nazwał naszą rasę Fen-ekh, lud piasku. No, ale to cię pewnie nie interesuje. A więc nasza bogini...
Źrenice jego oczu momentalnie się rozszerzyły, pyszczek otworzył się w wyrazie zdumienia. Wziął głośny wdech i ukłonił się. Poczułam na plecach powiew ciepłego wiatru.
- Wasza bogini przyszła tu osobiście - głos wydawał się nie mieć źródła, jak gdyby dochodził ze ścian budynku.

C.D.N.

środa, 19 października 2016

Od Ferishii - Wróżymy z wielbłądzich bobków

(c.d. tego)

- Ach, coś jakaś małomówna jesteś - stwierdził Ramil.
Może to dlatego, że mój język jest bardziej wysuszony, niż ten piasek, po którym stąpam? - pomyślałam. Jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak gorąco. Na całym grzbiecie czułam charakterystyczne pieczenie wywołane oparzeniami słonecznymi. Bolała mnie głowa, a zdradziecki umysł co chwilę podsuwał ulotne wizje soczystozielonych oaz.
Ramil dreptał przed siebie zdecydowanie zbyt szybko, bym mogła za nim nadążyć. Był irytująco energiczny. Całą drogę nucił coś pod nosem i próbował nawiązać ze mną rozmowę.
Woda wyłoniła się zza piaszczystego wzniesienia tak nagle, że w pierwszej chwili uznałam ją za kolejną iluzję. Przekonałam się jednak o jej prawdziwości, gdy uradowana zbiegłam po osuwistym zboczu  i zanurzyłam język... ba, cały pysk w upragnionej cieczy.
Woda, choć brudna i nagrzana słońcem, smakowała dla mnie jak ambrozja. Czułam, jak substancja przywraca mi życie, jak jej kojące dłonie powoli uzdrawiają moje ciało. Piłam tak łapczywie, że na tę chwilę zapomniałam o oddychaniu. Odeszłam od brzegu i zaczęłam ciężko dyszeć.
- Hej, opanuj się, bo pękniesz! - Krzyknął stworek. Właśnie, nie wiedziałam nawet, jakiego Ramil był gatunku.
- Uspokój się, już skończyłam - wysyczałam, przewracając oczami.
Weszłam po pas do wody, chcąc się odrobinę schłodzić. Dopiero teraz poczułam się na tyle komfortowo, by rozejrzeć się po okolicy. Nad jeziorkiem rosło kilka dziwacznych drzew o nielicznych, dużych liściach, które wyrastały tylko na czubku rośliny. Czyżby palmy? A więc znaleźliśmy się w oazie. Zawsze myślałam, że miejsca takie jak to tak naprawdę nie istnieją, że są tylko wytworem poetów umieszczanym w zapiskach, by uatrakcyjnić księgi. A jednak oazy były prawdziwe. Wtem przypomniałam sobie o pewnej nurtującej mnie sprawie.
- Ty... wiedziałeś, że mam tu przyjść, prawda? Skąd? - Zapytałam, przekrzywiając głowę.
Ramil po raz pierwszy od kiedy go poznałam przybrał wyraz pyska, którego nie można nazwać głupkowatym.
- Chodź, pokażę ci - zaproponował. - Tylko nie mów o tym nikomu, to wielka tajemnica mojego ludu - oznajmił, uśmiechając się półgębkiem.
Wyszłam z jeziorka i podążyłam za stworkiem. Krople wody skapywały mi z futra, znacząc trasę gęstą siatką kropek.
Nie doszliśmy daleko. Ramil zaprowadził mnie w krzaki. Odsunął kilka gałęzi łapą, żebym miała dobry widok i wskazał ruchem głowy na... kozie bobki?!
- Widzisz te tam, wielbłądzie kupki? - Zapytał. Nie dał mi czasu na odpowiedź, posłał mi pełne powagi spojrzenie i przybrał wykładowczy ton - Pewnie o tym nie wiesz, ale mają one właściwości magiczne, które oddziałują na żuki gnojaki. Na podstawie tempa i kierunku, w którym te robaczki toczą gnój, możemy stworzyć przepowiednie.
Uniosłam brew w geście zdziwienia, jednak nie śmiałam mu nie wierzyć. Nie wiedziałam nic o tej pustyni, o tutejszych zwyczajach i regułach rządzących tym światem. Zaczęłam wodzić wzrokiem za błyszczącymi robaczkami, próbując odgadnąć, co też może wynikać z ich zachowania, jakie przepowiednie kryją się za ruchami ich malutkich łapek.
A Ramil wybuchł śmiechem. Nawet się zakrztusił z tego wszystkiego.
- Ha, dałaś się nabrać!
Posłałam mu piorunujące spojrzenie.
- Tak naprawdę - powiedział, wciąż nie mogąc złapać oddechu. Przerwał na chwilę, by się uspokoić, po czym kontynuował - to jestem kapłanem w pobliskiej świątyni. Wszystkie znaki dawane mi przez boginię zapowiadały twoje przybycie. Jak zawsze nieomylna, w końcu to bogini - zamyślił się, widziałam dumę w jego oczach. - Muszę cię tam zaprowadzić, to nasze przeznaczenie.
Wiedziałam, że tym razem nie kłamie.

C.D.N.

czwartek, 6 października 2016

Od Ferishii - Niegościnna pustynia

(c.d. tego)

O pień grubego drzewa opierała się wadera o śnieżnobiałym futrze, wydawała się niewielka na tle rośliny. Z jej pyska wydostawało się miarowe sapanie.
Ból kostki, na początku niemal niezauważalny, po wielu dniach wędrówki stał się nieznośny. Ferishia musiała zatrzymać się na chwilę, aby wykonać prowizoryczny opatrunek. Za bandaż posłużyły jej włókna przedziwnej rośliny, której nigdy wcześniej nie widziała. Wyglądała jak przerośnięty aloes o nieciekawej barwie. Zużyła całą buteleczkę maści na stłuczenia. Cóż, na teraz musi wystarczyć.
Zwątpienie ogarnęło wilczycę. Nie wiedziała, czy da radę iść dalej. Może powinna zawrócić? Nie, zdecydowanie nie. Za daleko już zaszła. Zresztą i tak granice Nerthveny były już niemal na wyciągnięcie ręki, jak wyczytała ze starych map znalezionych w bibliotece. Nie powinna poddawać się, będąc tak blisko celu.
Podniosła się z trudem i ruszyła przed siebie. Nie mogła już pozwolić sobie na szybkie tempo, miała więc okazję, by obserwować okolicę z większą dokładnością. Już od kilku dni otaczały ją rozległe równiny pokryte pożółkłą trawą, na których raz na jakiś czas można było natrafić na pojedyncze drzewa o wąskich pniach i szerokiej koronie. Jakże wiele dziwów widziała podczas swojej wędrówki! Były złote góry, które okrywały okolicę lśniącym pyłem, drażniącym płuca i powieki. Były też dziwne łaciate stworzenia o szyjach, które wydawały się sięgać wyżej niż drzewa. 
W końcu udało się jej dotrzeć do celu. Gorące piaski pustyni parzyły jej łapy za dnia, lecz nie zapewniały ciepła nocą. Okolica naznaczona była przedziwnymi formacjami skalnymi, pnącymi się w górę niczym kamienne rośliny. (klik - niedługo dodamy to miejsce do terenów) Cóż, te prawdziwe nie chciały tutaj rosnąć. Księgi podawały, że jest to nieprzyjazne miejsce, jednak wadera nie była przygotowana na tak trudne warunki. Już od dłuższego czasu nic nie jadła, skończył się jej zapas suchego mięsa. Nie miała wody w ustach od co najmniej dwudziestu godzin. To, w połączeniu z ciągłymi zmianami temperatury, bardzo osłabiło ciało Ferishii.
Zrezygnowana przysiadła w cieniu monolitu. Już była gotowa płakać, kiedy na horyzoncie ukazała jej się niewielka oaza. Może znajdzie tam jakieś gryzonie? Albo chociaż owoce?
Nowe siły napłynęły do jej ciała. Wstała i zaczęła radośnie biec w stronę oazy. Ale zaraz, gdzie ona się podziała? Czyżby była to tylko fatamorgana, zdradziecki wytwór zmęczonego umysłu?
Wilczyca legła na gorącym piasku. Zasyczała z bólu, jednak nie to wydawało jej się teraz największym problemem. Zginie tu z głodu i pragnienia, zostawi swoją watahę bez opieki? Z całych sił próbowała powstrzymać łzy, nie chciała się odwodnić. Schowała głowę między łapy i leżała tak ładnych parę minut, czując, jak południowe słońce nachalnie zalewa jej ciało ciepłem.
- Pomóc w czymś? - Usłyszała nagle. Podniosła głowę, nadstawiła uszu.
Na piasku siedział mały stworek, jakiego nigdy wcześniej nie widziała. Miał niewielkie oczka, czarny nosek i sierść w kolorze piasku. A najdziwniejsze były jego uszy - wielkie jak satelity! Jego zapach nie różnił się zbytnio od wilczego.
- T-tak, proszę... - wypowiedzenie tych słów przyszło Ferishii z trudem, miała sucho w ustach i gardle.
- Chodź za mną. Wiem, gdzie jest woda. To kawałek stąd. No, w drodze opowiesz mi osobie - stwierdził entuzjastycznie.
Nie ufała nieznajomemu, ale nie widziała w tym momencie innego wyjścia.
Wstała chwiejnie i niepewnym krokiem ruszyła za zwierzątkiem o dużych uszach. Ogon mizernie ciągnął się jej po ziemi, futro miała brudne i pozlepiane, skórę pokrytą ranami. Ona, władczyni Nerthveny, wyglądała gorzej niż zwykły kundel stołujący się na śmietnikach!
- Jestem Ramil, dla przyjaciół Rami. No już, ruchy! - Poganiał ją towarzysz. - Czekałem tu na ciebie od dawna!
Kiedy wypowiedział te słowa, znamię na łapie Ferishii nieznacznie zalśniło.

C.D.N.

środa, 28 września 2016

Od Ferishii - Wyruszyć ku nieznanemu

Zmęczone całodzienną wędrówką słońce leniwie zmierzało w stronę linii widnokręgu. Niebo jednak wciąż miało szarawy kolor, nie zamierzało jeszcze przybrać pomarańczowo-czerwono-fioletowego płaszcza zwiastującego nadejście nocy. 
Wicher szarpał zielonymi czubkami sosen. Ten sam północny wiatr próbował przedrzeć się przez gąszcz futra Ferishii, jak gdyby chciał pozbawić ją całego wytworzonego przez ciało ciepła. Wilczyca przybrała odrobinę bardziej zwartą pozę, by ochronić się przed mrozem. Zaczynała ją mrowić skóra, a poduszki łap miała popękane. Bolała ją również kostka, którą nadwyrężyła, usiłując wspiąć się po śliskiej powierzchni monolitu.
Mimo wszystko na jej pysku gościł uśmiech. Stąd, ze szczytu głazu, miała doskonały widok na całą okolicę. Na jej ziemie, dodała w myślach. Na zachodzie, gdzie lasy iglaste ustąpiły miejsca łęgom i buczynom, zgniłozielone liście stanowiły zapowiedź jesieni. Jednak gdzieś tam, daleko, gdzie wadera nie sięgała już wzrokiem, napotkać można było czerwone, gorące piaski pustyni. Gdyby udać się w przeciwnym kierunku, po dziesięciu dniach wędrówki łapy napotkałyby ziemię skutą wiecznym lodem. Doprawdy dziwna to była kraina, gdzie miejsca o tak różnych klimatach mogły egzystować w stosunkowo niewielkiej odległości. 
W tym właśnie momencie Ferishia poczuła się niewyobrażalnie mała. Nie wiedziała, co znajduje się za horyzontem. A mimo wszystko to nadal były jej ziemie. Nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem tajemnicze siły zrzuciły ciężar władzy na barki kogoś tak niedoświadczonego, nie czuła się w tamtym momencie dobrze na swoim stanowisku. Spuściła głowę, zawstydzona przed samą sobą. Podjęła w tym momencie decyzję.
Zwinnie zsunęła się z głazu i ruszyła kłusem w stronę swojego domu. Ziemia była mokra po ostatnich deszczach, więc towarzyszyło jej miarowe pluskanie. Kiedy dotarła na miejsce, mieszkańcy Drzewa Życia powitali ją z radością, ona jednak zdawała się ich nie zauważać.
Wbiegła po drewnianych schodach do najwyższego pomieszczenia. Chwyciła w zęby skórzaną torbę i spakowała do niej kilka eliksirów. Zbiegła na dół, do kuchni. Zatrzymała się na chwilę, by nabrać tchu, posłała stworkom przyjazne spojrzenie. Istotki wypełniły torbę wilczycy suszonym mięsem, spakowały bukłak z wodą. Ferishia odniosła wrażenie, że potrafią czytać jej myśli.
Duszki przytuliły wilczycę na pożegnanie. Wyszła na zewnątrz. Na ciemnym niebie nie dało się dostrzec żadnego charakterystycznego punktu, gwiazdy zostały ukryte za parawanem chmur. Wadera westchnęła głośno. Musiała ustalić kierunek na podstawie mchu pokrywającego pnie sosen. Nie mogła stracić ani chwili.
Udała się na, jak się jej wydawało, południowy wschód.