poniedziałek, 19 lutego 2018

Od Ferishii


Fakt, że na całej polance znalazłyśmy tylko jeden okaz rośliny, nie napawał mnie optymizmem. Jakby tego było mało, musiałyśmy niechcący uszkodzić go, próbując wydostać kłącze z ziemi.
Poczułam lekki niepokój. Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Anguą, która zdawała się odczuwać podobne emocje.

Chyba musimy poszukać gdzieś indziej...
Tylko gdzie? Powtórzyłam sobie w głowie charakterystykę atdalisany*. Przed oczyma stanął mi obraz rośliny o długich na około pół metra, językowatych liściach, wśród których skrywa się jeden  okazały kłos kwiatowy o złocistoczerwonych płatkach. Nas jednak interesowało to, co pod ziemią. Jaskrawoczerwone, dość spore, rozgałęzione kłącze, soczyste, o silnym zapachu przywodzącym na myśl gnijące buraki.
Atdalisana nie toleruje gleb suchych, kwaśnych. Ponadto po zebraniu szybko traci swoje właściwości, dlatego wykorzystuje się jedynie świeżą roślinę.

Świetnie. Czyli targowisko odpada. Raczej nie ma też sensu pytać po znajomych, bo o ile znała kilku zapalonych zielarzy, żaden z nich nie pałał się raczej przydomowym ogrodnictwem.

Hm, chyba przydałoby się założyć własny ogródek. Pomyśleć, ile czasu bym zaoszczędziła, gdybym nie musiała przy okazji każdego problemu przeczesywać  połowy Nerthveny w poszukiwaniu roślinek. Tak, ogródek i inwentaryzacja biblioteki. Ale najpierw sprawy bieżące.

- Jest jeszcze tylko jedno miejsce, gdzie atdalisana rośnie o tej porze roku - przypomniałam sobie. - Jeśli tam jej nie znajdziemy, to nici z naszego planu.

- Znam to miejsce? - Zapytała.

- Tak, to niedaleko. Rozległe Mokradła, mówi Ci to coś?

Wilczyca zamyśliła się na chwilę, lekko mrużąc przy tym oczy. W końcu uśmiechnęła się krzywo.
- Często tam chodziłam, żeby szukać ziół.

- Świetnie. W takim razie ruszajmy - zabrzmiało to tak... lekko, zwyczajnie. Starałam się nie pozwolić, by ton mojej wypowiedzi oddawał powagę sytuacji.

~*~

- Jest! - Krzyknęła Angua, gdy ja już powoli zaczynałam tracić nadzieję na znalezienie czegokolwiek.

Podbiegłam do niej. Kiedy znalazłam się na miejscu, zobaczyłam roślinę w jej pysku. Przyjrzałam jej się uważnie. Była mała, pomarszczona, ogółem daleko jej było do okazu zdrowia. Ale cóż, będzie musiało nam wystarczyć. Nie wyrażałam na głos swojego rozczarowania; wadera doskonale zdawała sobie sprawę z naszego położenia.

- Druga roślina to zwykły mniszek lekarski, mam go u siebie w zapasach.

Angua potaknęła głową na znak, że zrozumiała, do czego zmierzam.

- Możesz jeszcze się wycofać - spojrzałam jej głęboko w oczy.


*jakby ktoś się zastanawiał, skąd ta nazwa, to to jakieś słowo po łotewsku

niedziela, 18 lutego 2018

Od Shadow

bydzie mraśnie
wypruję tu resztkę moich flaków

Obchód nie dał mi nic ciekawego, prócz wypieprzenia się mordą w śnieg. Ochrzaniłam wilka, który raczej do rozmowy skory nie był. W drodze powrotnej, zaczęłam mówić o moich planach, a on jak gdyby nigdy nic zamienił się w proch.
- Cholera! - spojrzałam na popiół, czy co on tam po sobie zostawiał. Śnieg zsunął się z drzewa, spadając na mój łeb. Zaklęłam jeszcze głośniej, i wyklęłam puch aż po stworzenie świata. Znowu zastanawiałam się, czy nie "przejść" się na dłużej do mojej krainy, gdzie walczyła Ad. Słowa, które wypowiedziała do mnie wadera, wciąż rozbrzmiewały w moim łbie, ale nie bolały tak jak wcześniej. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu.  Wróciłam do Yin'a, po interesującym "spacerze".
- Leżałeś? - zapytałam zmartwiona, ale odetchnęłam z ulgą, gdy basior potwierdził. Skrzywił się nieco bez większego powodu. Po chwili moje uszy gwałtownie zwróciły się w kierunku odgłosów przypominających kroki. Znana mi sylwetka wilka wyłoniła się z cienia. Nagle uderzyła we mnie masa wspomnień, a w oczach momentalnie pojawiły się łzy.
- A ty, nigdzie się na razie nie wybierasz. - momentalnie rzuciłam się na niego, uśmiechając się i odczuwając niewyobrażalne szczęście. Śmiałam się, pozwalając słonej wodzie spływać po moim pysku, i moczyć futro Qwerty'ego. Basior nic sobie z tego nie robił, objął mnie tylko i począł uspokajać. Szloch nie ustawał, a ja nie chciałam przestać. Nie wiem, czy się cieszyłam, czy byłam wściekła. Co chwila szeptałam "Boże, nie wierzę!", chociaż już sam dotyk jego delikatnego futra upewniał mnie w tym, że nie śnię. Odsunęłam się od niego, przyjrzałam i po raz kolejny wtuliłam. Nie potrafiłam zrozumieć, co Qwerty robi... tutaj. Podejrzewałam o to Yin'a, ale teraz totalnie to olałam. Po kolejnych kilkunastu minutach rozmów, zaczęliśmy mówić o nieco poważniejszych tematach. Pomijałam temat swojego domu jak tylko mogłam, ale oboje naciskali. Odpowiadałam zdawkowo, byleby tylko uzyskali odpowiedź i przestali mnie męczyć. Po południem wraz Qwerty'm przeszliśmy się na spacer. Przystanęłam na chwilę, i spojrzałam na niego poważnie. Zmarszczył brwi ze zdziwieniem.
- Co ty tu robisz? - zapytałam podejrzliwie, przekrzywiając głowę. - Przecież ostatni raz widzieliśmy się... - zamilkłam, nie potrafiąc z siebie tego wydusić. Zwiesiłam łeb ze smutkiem.
- Przyjdzie czas, że się dowiesz. - odparł, idąc dalej przed siebie. Dobiegłam do niego, postanawiając zaprzestanie zadawania takich pytań. - Co powiesz, żeby zapolować? -  dodał, wskazując pyskiem na stadko kopytnych. Przystałam na propozycję z ochotą.

~*~

Oderwałam kolejny kawał mięsa ze zwłok zwierzęcia, i pogryzłam go. W milczeniu spożywaliśmy posiłek, nikt z nas nie wiedział, co powiedzieć. Czułam się nieco niezręcznie, zwłaszcza w towarzystwie tego basiora.
- Powinniśmy już wracać... - spojrzałam na zachodzące słońce, i wydłużające się cienie. Spotkałam się z aprobatą Qwerty'ego. Skierowaliśmy nasze kroki do miejsca z którego przyszliśmy. Zatrzymałam się z głośnym "zaczekaj!" na ustach. Basior odwrócił się zdziwiony w moją stronę. - Mam lepszy pomysł. - chwyciłam go za łapę. - Tylko proszę, nie panikuj. - dodałam, skupiając się na wyobrażeniu sobie tamtej jaskini. Znowu uczucie, którego szczerze nienawidziłam. Przed oczami mi pociemniało, a w uszach zaczęło boleśnie piszczeć. Nigdy tak się nie działo.... Podniosłam powieki, gdy tylko poczułam grunt pod łapami. Z dumnym uśmiechem popatrzyłam na wilka, który rozglądał się wokoło, nieco zdezorientowany.
- Spokojnie, zawroty zaraz przejdą. - uspokoiłam go, siadając koło skrzydlatego. Podniósł się do pozycji siedzącej, i ochrzanił cień, który najwidoczniej robił coś przy jego szwach. Qwerty wciąż nie czuł się najlepiej po podróży, podeszłam do niego zmartwiona. Minęło już dobre kilka minut, a jemu dalej nie przeszło. Patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem, siadając i pochylając głowę. - Wszystko dobrze? - zaczynało mnie niepokoić jego zachowanie. Otrzepał się, i wstał po kolejnych kilku minutach, informując mnie, że wszystko okej. Zamachałam ogonem, i odprowadziłam go wzrokiem. Wilk po raz kolejny zniknął w cieniu, kierując się do sobie tylko znanego miejsca. Zostałam sama z Yin'em, który żywo dyskutował ze swoim towarzyszem. Usiadłam i czekałam, aż skończą rozmowę. Myślami odbiegałam do mojej przyjaciółki, która zapewne walczyła teraz na froncie.
- Jak się czujesz? - zagaiłam z uśmiechem.

Yin?
Wiem, spieprzyłam.

Od Yin'a



Przyjrzałem się podejrzliwie waderze, mając nadzieję, że coś od niej wyciągnę. Starałem się jej popatrzeć w oczy tak, aby móc z nich wyczytać co czuje, chociaż szczyptę. Cokolwiek. Nic. Yin, skup się... 
Poddałem się w końcu po paru minutach. Widać było, że ona też na mnie patrzy (Matko Śfinto, jak to brzmi) na każdy mój ruch. Przyglądała się mojej posturze. W końcu nie wytrzymałem.
- W co ty sobie ze mną pogrywasz? - spytałem ją momentalnie, a ta, nie wiedząc, co powiedzieć namyśliła się chwilę. Nie miałem zamiaru tym razem tak łatwo odpuszczać. Wziąłem głęboki  wdech i wypiąłem pierś dumnie do przodu. - Możesz mi łaskawie wytłumaczyć, dlaczego wciąż mnie okłamujesz? - dopowiedziałem.
- Słuchaj, ja naprawdę, nie wiem o co ci chodzi i lepiej, abyśmy niezwłocznie zakończyli ten temat... - powoli zaczęła się denerwować. O nie, tak łatwo mnie nie spławi.
- Moto! - użyłem drugą część jej imienia, po czym dało się zauważyć, że po waderze przeszedł dreszcz. Nikt z nas nie dawał rady odpuścić - nasza własna duma nie dałaby nam obu wtedy spokoju, a ja bardzo dobrze o tym wiedziałem. Aż za dobrze. - Uspokój się w końcu i daj mi dokończyć! Czy ty zawsze taka byłaś? Zawsze łgałaś wszystkim wokół prosto w twarz?! - warknąłem. Napływały jej do oczu łzy. I dobrze, niech płacze.
- A co, jeśli sama tego nie wiem? - wydała z siebie. Zachciało mi się śmiać.
- Po prostu jest coś na rzeczy? - spytałem ironicznie.
- Może. - bąknęła. Dobra. Koniec.
- Toxic, daj mi przeciwbólowe. - rozkazałem do cienia, a ten posłusznie dał mi to, czego chciałem.

Spojrzałem na aksamitną sierść wadery, po czym wstałem, używając skrzydeł.
- Co ty chcesz zrobić? - podpytała podejrzliwie wadera. Machnąłem na nią łapą, aby za mną poszła, ale się nie ruszyła. - Nigdzie nie idę dopóki, dopóty nie powiesz mi, co chcesz zrobić. - poinformowała mnie stanowczo.
- Pokazać ci miejsce, którego nie ma na mapie naszej watahy. - odpowiedziałem. Wilczyca zgodziła się w końcu.

******

- Doszliśmy. - stwierdziłem radośnie.

Dolina Dwunastu Mędrców.

To było piękne, malownicze miejsce. Kamienie poukładane, tak, jak na obrazku, wyglądały jak dzieło samych wielkich bogów. Gdzieniegdzie rosły małe zielone kaktusy, które dawały wrażenie jakbyśmy byli na pustyni. Wilczyca rozejrzała się. Za nami, po bokach i przed nami otaczały dolinę wysokie góry.
- Jak tu jest pięknie... - westchnęła...


Od Dewi'ego - Labirynt rozchwianych mostów



"Mówią, że trzeba być głupcem, aby tu przychodzić..."

                                                                         Albo być tak odważnym... 

Ja przystaje jednak przy odwadze. Skoro jest miejsca, które jest jeszcze mało znane i tak niedostępne dla innych, to chętnie je odwiedzę. Aczkolwiek interesuje mnie też zawartość tego labiryntu, w końcu takie fajne kulki mogą się przydać.

Zatem przygodę czas zacząć...

W zasadzie tylko słyszałem na temat labiryntu, nie rozumiałem, czemu wszyscy go omijają, dało mi to do myślenia i w sumie to zmotywowało mnie, aby się tam wybrać.

Droga nie była łatwa, tym bardziej, że nikt nie wiedział, jak dokładnie tam dotrzeć. W dużej mierze stawiałem na swoją intuicję, która na szczęście i w tym przypadku mnie nie zawiodła. Moim oczom ukazało się wzgórze, na którego szczycie była mocna mgła. Nic nie dało się zobaczyć. - To chyba tutaj - pomyślałem. Kiedy wchodziłem na nie, wydawało mi się, że droga nie ma końca. Z dołu nie wydawało się to aż tak wysoko. Ale nie mogłem się już wycofać byłem zdecydowany i pewny swego, nawet z ryzykiem jakie to ze sobą niosło. Nie jestem wilkiem wierzącym w mity i legendy, a obalanie ich to wręcz część mojego charakteru. Tak naprawdę nie zależało mi nawet na tych kulkach, o których wszyscy tak mówią. Ale tylko dzięki nim, mogę udowodnić, że naprawdę tam byłem. Dlatego ich zdobycie stało się dla mnie priorytetem. 

Po kilkugodzinnej wspinaczce znalazłem się na szczycie. Przede mną był tylko jeden most, na pierwszy rzut oka... - To nie może być aż tak łatwe - pomyślałem, rozglądając się. Niepewnym krokiem wszedłem na chwiejący się most. Zdawało się, że zerwie się pod moim ciężarem, więc każdy mój ruch był starannie przemyślany. Starałem się opierać na stabilniejszych deskach w moście. Niektóre deski się pode mną łamały, co znaczyło, że jest to naprawdę stare miejsce. Dookoła nie było nic widać, mgła zasłaniała wszystko. Gdy doszedłem do końca, ujrzałem przed sobą pierwsze skrzyżowanie. Trzy różne mosty... Nie miałem mapy, ani nic w tym stylu, aby móc zorientować się, w którą stronę mógłbym iść, nie było tam nawet wiatru. Jedyne, co wpadło mi do głowy, to zaznaczenie mostów na których byłem, aby ułatwić sobie drogę powrotu. Miałem ze sobą jagody, w razie czego, jakbym zgłodniał. Wykorzystałem je do zaznaczania, ich sok miał ciemno fioletowy kolor, co dosyć mocno odznaczało się na drewnianych podestach w moście.

Długi czas błąkałem się bez sensu. Wielokrotnie wracałem do momentu, w którym zacząłem. Myślałem nad tym. To musi mieć jakiś sens - zastanowiłem się, przyglądając się plątaninie mostów. Zacząłem robić różne kombinacje. Lewo, lewo, prawo, lewo - znów to samo. Prawo, lewo, lewo, prawo - znalazłem się na początku. Lewo, prawo, prawo, lewo i dzięki temu przedostałem się dalej niż wcześniej. Szedłem tym kodem dalej po mostach. Jednak nie spieszyłem się, gdyż każdy gwałtowny ruch mógł zerwać most lub wprowadzić go w bujanie, przez co mógłbym stracić równowagę i spaść. Nie wiem, ile minęło, ale w końcu znalazłem się przed jakby ołtarzem? Nie wiem jak to nazwać, kulki unosiły się w powietrzu nad tajemniczym posągiem. Zastanawiałem się jak do nich się dostać gdyż wszystko lewitowało między mostami. Wtem wpadłem na pomysł, żeby przeskoczyć z jednego na drugi, w międzyczasie łapiąc kilka kulek. Było to ryzykowne bo most, na którym wyląduje może się zerwać. Zastanowiłem się jeszcze chwilę i wykonałem skok.

Złapałem w pysk, cztery sztuki i wylądowałem na moście na przeciwko. Zaczekałem chwilę, aż przestanie się bujać i uradowałem się, że się udało. Jednak moja radość nie trwała zbyt długo... Dotarło do mnie, że kulki są odpowiedzialne za stabilność mostów, które zaczęły się powoli rozpadać. Nie było czasu do stracenia...

Ruszyłem przed siebie po bujających się mostach, tracąc wcześniej uzyskany spokój i precyzję. Szukałem śladów jagód i za nimi biegłem ile sił w łapach. Mosty rozpadały się coraz szybciej, niektóre zrywały się pod moim ciężarem przez co kilkakrotnie otarłem się o  śmierć. Gdy z daleka ujrzałem wzgórze, z którego przyszedłem, ucieszyłem się. I biegłem jeszcze szybciej niż wcześniej.

Wyskoczyłem z labiryntu z hukiem, a za mną zerwał się most prowadzący do labiryntu... Przez kilka minut jeszcze ciężko oddychałem przyglądając się kulkom, za które mogłem stracić życie. Zastanawiające, że takie małe cudeńka mogą tyle zdziałać.

~.~.~.~ 

Kilka miesięcy po tej przygodzie znowu odnalazłem to miejsce. Wszystko wyglądało jak dawniej, zdziwiło mnie to. Najwyraźniej te kulki potrafią się regenerować. Co sprawia, że struktura labiryntu się odnawia. Co ciekawe, gdy wszedłem, mosty były inaczej ułożone. Świadczy to o tym, że za każdym razem mosty ulegają zmianie położenia. Zaciekawiło mnie to, jednak nie miałem więcej ochoty na powtórkę... Bynajmniej nie dzisiaj.

 

<Zaliczyłem? :D>

Od Dewi'ego


- Angel! - krzyknąłem. - Ty zdrajco - powiedziałem przez kły.
- Nie dali mi wyboru... - odpowiedział łamiącym głosem.
- Zawsze jest wybór - powiedziałem, nie patrząc nawet na niego.
- Zdradzieckie stworzenie - podsumowała biała wadera.
- No, koniec tych rozmów - powróciła wcześniej poznana wadera.
- Sakura, przyprowadź mi basiora, nim zajmę się najpierw - powiedział szaman, przyglądając mi się.
- Sakura, to imię... - zamyśliła się Feri.
- Znasz ją? - spytałem.
- Coś mi się kojarzy... - odpowiedziała.
- Robi się - odparła wadera, zbliżając się do mnie.
- Trzymaj się z daleka - powiedziałem, stając przed Feri, aby nie zbliżała się do niej, mimo iż wiedziałem, że idzie po mnie.

Sakura, bez zastanowienia rzuciła się na mnie. Miała dosyć dużo siły jak na waderę, jednak nie więcej niż ja. Z łatwością zrzuciłem ją z siebie. Na co ona zareagowała wezwaniem eskorty. Dwóch basiorów o ciemnym futrze zbliżało się wielkimi krokami do mnie. Teraz we trójkę krążyli, aby zaatakować. Rzucili się na mnie, jednak i to nie zahamowało mojego ducha walki. Rzucałem się, aby ich pozrzucać z siebie, po czym atakowałem każdego pojedynczo. Co sprawiało, że zyskiwałem przewagę. Nie spodobało się to im...

- Koniec tej zabawy - powiedział zdenerwowany szaman.

Odwrócił on tym moją uwagę, przez co dwójka basiorów przycisnęła mnie do ziemi.

- Przyprowadź mi najpierw tą waderę - rzucił, kierując wzrok na Ferishię.
- Zostawcie ją - krzyknąłem, chociaż wiedziałem, że nie mogę nic zrobić.
- Robi się - uśmiechnęła się Sakura.

Feri broniła się, jednak Sakura była silniejsza. Przyprowadziła ją prosto do szamana. On kazał przynieść jakąś księgę, z której zaczął wypowiadać niezrozumiałe dla mnie słowa. Jakieś zaklęcie? - zastanowiłem się. Niedługo po tym zauważyłem, że Sakura puściła Feri... A jej sierść zmieniała barwę na czarny podobny kolorem do basiorów, którzy mnie trzymali.

- Już po wszystkim, od teraz zwiesz się Kira - powiedział.

Zamurowało mnie, czy to możliwe? Basiory błyskawicznie mnie puściły, a ja ruszyłem do Ferii. Chciałem... Sam nie wiem czego chciałem.

- Kiro, zajmij się swoim kolegą - powiedział z uśmiechem.
- Teraz już nam się nie wyrwie, nie skrzywdzi jej - powiedział pewnie do Sakury.
- Przyda się nam w oddziale - dodała dumnie jego podopieczna.

Ferii całkowicie się zmieniła... Jej sierść z śnieżnobiałej zmieniła się w czarną jak smoła. Jej łagodny wzrok przemienił się w puste spojrzenie. Wtedy pierwszy raz od dawna się bałem... Nie o siebie, a o nią.

- Fer? - spytałem niepewnie.
- Jestem Kira - powiedziała, jakbym pomylił imiona, podchodząc powoli.
- Nie jesteś żadna Kira.... - powiedziałem stanowczo, przestając się cofać w głąb jaskini. 

Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takim stanie. Zaczęła się do mnie rzucać z pazurami i zębami. Lecz ja stanowczo blokowałem lub unikałem każdy jej atak.

- Walcz! - domagała się wadera.
- Nie będę walczyć... - odpowiedziałem ze smutkiem, tracąc powoli nadzieję.
- Dlaczego nie chcesz walczyć? - spytała wpatrując się we mnie.
- Bo jesteś dla mnie zbyt ważna, abym mógł cię skrzywdzić i nie zrobiłaś mi nic złego, abym musiał z tobą walczyć - powiedziałem.

I wtedy jakby za magicznym zaklęciem, kolor zszedł z jej sierści. A Ferii traciła siłę w łapach, podbiegłem, aby nie upadła na ziemię.

- Co się stało? - spytała jakby nigdy nic.
- Boże, Ferii, jak się cieszę ,że jesteś - przytuliłem ją.

- Co?! Jak to możliwe - rzekł ze złością szaman. - Jakim cudem to nie zadziałało - dodał.
- Sakura, wrzuć tego lepora do ich celi, wrócimy do nich później... Muszę się zastanowić, co z nimi uczynić. - gniewnie wyszedł z celi, a wraz z nim eskorta.

Sakura wrzuciła nam Angel'a do celi, co oznaczało, że albo go zdradzili, albo od początku nie był z nimi. Jednak najpierw opowiedziałem wszystko Fer, aby wiedziała co i jak.

CDN

<Ferishia? *Tu du du du*>

KONTYNUACJA
(FERISHIA)

Od Minho - Coś się zmienia

Szczeniak został obudzony przez dziwne odgłosy. Powoli podniósł łeb i wyjrzał na zewnątrz przez wąską szczelinę w skale. Zauważył coś, co rozmiarem przypominało wilka. Potem drugie, trzecie, a za nimi jeszcze kilka. Minho wstał i wytknął głowę przez szczelinę. To coś garbiło się, w dodatku nie miało uszu.
Wilk szybko zorientował się, że popełnił błąd. Pazurzasta łapa śmignęła przed jego pyskiem, Minho zatoczył się do tyłu i wpadł z powrotem do szczeliny. Sucha trawa rozsypała się na wszystkie strony. Szczeniak podniósł się szybko na cztery łapy. Dziwne stworzenie zaczęło wpychać się do jego kryjówki. Wilk pobiegł w przeciwnym kierunku, by odnaleźć inne wyjście. Niestety, tak jak podejrzewał, drugiego wyjścia nie było. Zatrzymał się w ślepym zaułku, rozejrzał się by sprawdzić, czy aby na pewno gdzieś nie ma innej szczeliny.
Usłyszał drapanie pazurów o kamienne podłoże. Odwrócił się i zobaczył jednego ze stworów. Był przerażający, jego wzrok wbity w szczeniaka. Wyszczerzył zęby i rzucił się na Minho. Wilk przez chwilę szarpał się z nim, tarzając się po ziemi, aż w końcu odepchnął go tylnymi łapami. Stwór zapiszczał, uderzając o ścianę i padł nieprzytomny na ziemię.
Minho usłyszał, jak się zbliżają. Było ich więcej. Odwrócił się, a jego oczom ukazało się kilka tych potworów. Wiedział, że sam nie da rady im wszystkim. Wziął rozbieg, postanowił zaufać swoim silnym łapom. Skoczył nad nimi i pobiegł do wyjścia z jaskini. Kiedy już prawie wyszedł, zaklinował się. Szarpał się i wiercił, by jak najprędzej się wydostać. Kiedy już mu się udało zaskomlał głośno, poczuł ból w tylnej łapie. Gdy spojrzał za siebie, zobaczył jednego z tych stworów, zaciskającego zęby na jego łapie. Odwrócił się i uderzył przednią łapą w pozbawiony uszu łeb dziwnego stworzenia. Kiedy stwór puścił, Minho pobiegł przed siebie. Wdrapał się na najwyższe drzewo, jednak one pobiegły za nim.
Szczeniak nie wiedział już, co robić. Cofał się na jednej z gałęzi, widząc jak coraz więcej stworów wchodzi na drzewo.
Nie pozostało mu nic innego, jak skoczyć.
Zrobił to.
Poczuł, jak jego ciało uderza z ogromną siłą o ziemię. Zachwiał się, kręciło mu się w głowie. Spojrzał na drzewo i zobaczył zdezorientowane potwory. Postanowił dłużej nie czekać i zaczął biec.
Jak najdalej od tych bestii.

Od Darsh'tiana


Pierwszych kilkanaście (no, dla wilka pewnie kilkadziesiąt) kroków przeczłapali w milczeniu, Darsh'tian jednak nie potrafił zbyt długo wytrzymać takiej ciszy.

- Jesteś pewien, że to wytrzyma? - Zagadał, wskazując czubkiem pazura na kawałek jeleniej skóry, pod którą kryło się mięso. - Jedzenie lepiej ususzyć, zwłaszcza jeżeli wybierasz się na gorącą pustynię.

Snuffles tylko przewrócił oczami, co smok wziął za wyraźny znak, że nie ma zamiaru wdawać się z nim w dyskusję. Po jakiejś godzinie marszu, gdy w jego żołądku odezwało się głośne burczenie, był jednak zmuszony przerwać milczenie.

- Może zatrzymamy się na chwilę? - Zaproponował. - Ty sobie odsapniesz, a ja złapię jakiegoś jelenia.

Ponownie przewrócenie oczami. Ten mały, szary wilczek zaczynał działać mu na nerwy. Darsh wyraźnie widział, że nie cieszy się u niego sympatią. Z wzajemnością zresztą.

- Nie możesz zjeść czegoś ze swoich zapasów? Jesteśmy już dość blisko - zapytał znudzony wilk, czubkiem nosa wskazując spory skórzany plecak przewieszony przez smocze ramię, po brzegi wypełniony suszonym mięsem.

- Zapasy będą nam potrzebne na pustyni. Teraz lepiej upolować coś świeżego, potem nie będziemy mieć takiej możliwości.

Wzruszył ramionami i oddalił się w kierunku, z którego doszła go obiecująca woń zwierzyny. Wiedział, że wilk raczej nigdzie sobie bez niego nie pójdzie, choć po cichu liczył na to, że uda mu się pozbyć denerwującego kompana.

Ostrożnie stawiał kroki. To była jedna z tych chwil, kiedy przeklinał swoje rozmiary. Ciężko ukryć się przed ofiarą, gdy ledwo mieści się pomiędzy drzewami. Lata praktyki nauczyły go jednak, że dobra strategia i cierpliwość potrafią przynieść oczekiwane rezultaty.

Wyraźnie widział grupkę żubrów i upatrzył sobie swój cel. Nie wybrał przywódcy stada, choć wyglądał smakowicie. Nie chciał zbytnio osłabić grupki.

Lubił polować na żubry. Są dużo bardziej ociężałe niż jelenie, bardziej pożywne i nie stanowią łakomego kąska dla wilków.

Bardzo po cichu, w tempie około dwóch kroków na minutę, skracał dystans pomiędzy sobą a ofiarą. W końcu udało mu się podejść wystarczająco blisko.

Wybił się z tylnych nóg i wylądował na parę metrów przed stadkiem. Zwierzęta zaczęły uciekać w popłochu, Darsh miał jednak przewagę; jeden jego skok był równy kilku żubrzym krokom. Już po chwili zaciskał szczęki na grubym karku jednego z nich.

Ciepła krew drażniła jego język, zachęcając do konsumpcji, jednak smok musiał powstrzymać się z rozpoczęciem posiłku.

Kiedy ofiara wykonała ostatni, niemrawy ruch, Darsh ruszył w stronę miejsca, gdzie rozstał się ze Snufflesem.

- Podano do stołu - wyrwał szarego ze snu, upuszczając truchło na ziemię parę metrów od niego. Chciał, by jego towarzysz najadł się pierwszy, gdyż z pewnością zadowoli go mniejsza porcja.

Wilk podskoczył i rozejrzał się podejrzliwie, jednak szybko zorientował się w sytuacji.  Spojrzał krzywo na żubra, jakby był zatruty, albo jakby po prostu nie wiedział, jak zabrać się do tak sporego dania.

sobota, 17 lutego 2018

Od Dewi'ego



- Rena? - spytałem, będąc już praktycznie pewnym. Wpatrywałem się w nią jak wryty.
- Tak to jest Rena, poturbowali ją... - wycedził Slash.
- Zgaduję, że nikt z was nie jest medykiem... - dodał basior.
- Ja się trochę na tym znam, trzeba ją przenieść w inne miejsce -wtrąciła Ferii.
- Da się zrobić - rzucił Slash.

~.~.~.~

Znaleźliśmy nieopodal jaskinię, w której umieściliśmy Renę. Feri w tym czasie zbierała zioła w okolicy, poszedłem z nią, aby ją asekurować. Zaufałem Slashowi, że zostawiłem go z Reną.

- Ona chyba jest dla Ciebie bliska - powiedziała nagle Feri.
- Była bliska... kiedyś - odpowiedziałem pewnie.
- Jesteś pewny, że już nie jest? - spytała.
- Nie... - odpowiedziałem, zastanawiając się.
- No właśnie... - odparła jakby ze smutkiem w głosie.

Nie byłem w stanie wytłumaczyć, jak się teraz czuję. Dziwne uczucie spotkać kogoś po tak długim czasie...

- Możemy już wracać - przerwała mi myślenie wadera.
- W porządku - odparłem.

~.~.~.~ 

Kiedy wróciliśmy do jaskini, Rena odzyskała już przytomność. Znowu mnie zamurowało, na szczęście Fer wciąż myślała trzeźwo.

- Nie możesz się teraz przemęczać, musisz odpocząć - powiedziała spokojnym głosem.
- Dew, Ty żyjesz - powiedziała wadera, ignorując słowa Feri wstając.
- Tak żyję, ale nie wstawaj... - odparłem.
- Oni mają rację, musisz odpocząć, jutro się wszystkim zajmiemy - uspokajał ją Slash.
- Jestem Rena - powiedziała, kierując wzrok na Feri, która zajmowała się jej ranami.
- Jestem Ferishia, miło mi - odparła z uśmiechem Feri.
- Jesteś samica Alfa, prawda? - spytała jakby przewidując.
- Owszem, skąd to wiesz? - odpowiedziała zaciekawiona.
- Wiem wiele rzeczy, również jestem Alfą, to duża odpowiedzialność - zamyśliła się.
- To prawda... - przytaknęła biała wadera.
- Tak czy siak, spędzimy tutaj noc - powiedział Slash. - Stanę na warcie do połowy nocy, potem zmienię się z Dewi'm - dodał.
- W porządku - zgodziłem się.

Dzień minął nam szybko, sporo rozmawialiśmy, upolowaliśmy kilka królików, aby coś zjeść oraz obmyślaliśmy plan na następny dzień.Oczywiście każde z nas było czujne, miejsce w którym się znajdowaliśmy nie było bezpieczne. 

- Powinniście się już położyć słońce zachodzi a jutro ciężki dzień - powiedział Slash.
- W porządku, tylko jeszcze o coś muszę spytać - odparłem.
- Rena, co robiłaś tak daleko sama od watahy? -spytałem.
- Musiałam ich zmylić... Jakbym nie pobiegła w przeciwnym kierunku, znaleźliby moją watahę, nie mogłam do tego dopuścić - odpowiedziała ze smutkiem.
- To tylko kwestia czasu - wtrąciła Fer...
- A czas jest tutaj bardzo istotny - dodała Rena.
- Dlaczego akurat ja? - dopytywałem.
- Byłeś świetnym generałem... Tak powiedział Slash. A poza tym, przyda mi się medyk.... U mnie w watasze jest wiele rannych... - dodała.
- Wiedziałaś, że przyjdę z Feri? - dopytywałem dalej, zerkając na Slasha, dziwne, że mnie pochwalił w jej oczach.
- Tak... Potrzebuję pomocy, nawet jeśli nie chcecie pomóc mi, pomóżcie im... Proszę - powiedziała.
- Pomożemy wam - odparła Fer - nie pozwolę, aby niewinni cierpieli - dodała.
- Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy i dla watahy - ucieszyła się.
- Dobra... Pora spać - rzuciłem. 
- Dobranoc wszystkim - powiedziała przeciągając się Ferii.
- Wzajemnie - odpowiedziała Rena.

~.~.~.~

Kiedy minęła moja warta, postanowiłem obudzić resztę. W końcu trzeba było jakoś to wszystko ogarnąć. Na szczęście wszyscy byli nawet wyspani, więc nie było większego problemu z pobudką. 

- Daleko do Twojej watahy? - spytała Fer.
- Nie, jeszcze kawałek - odpowiedziała radośnie.

Tak jak mówiła, tak było. Po chwili znaleźliśmy się przed tunelem wykopanym w ziemi, był ukryty w krzakach. 

- No to kto pierwszy? - spytał Slash.
- Panie przodem - rzuciłem.
- Jacy dżentelmeni - przewróciła oczami Ferii. 

Gdy wszyscy znaleźli się na drugim końcu tunelu jakby ukazał się inny świat. Wataha, która żyje w podziemiach. Szczeniaki biegały, ciesząc się na widok Reny, basiory zajmowały się treningami oraz budową legowisk, a wadery były zajęte posiłkami oraz dziećmi. Każdy miał jakąś pracę. Było również dużo rannych, którymi od razu zajęła się Feri.

- W takim razie... Jakie jest nasze zadanie? - spytałem w końcu.
- Dewi musimy zebrać armię i zaatakować - powiedziała Rena.
- Myślę ,że to kiepski pomysł, ich jest więcej - wtrącił Slash.
- Trzeba to przemyśleć - powiedziałem.
- W sumie, mam pomysł - dodałem po chwili.
- Jaki? - zapytali zaciekawieni.
- Możemy wysłać im szpiegów, którzy odkryją ich plany i zamiary, dzięki temu będziemy o krok przed nimi - powiedziałem z dumą swój plan.
- Tylko kto pójdzie? - zamyślił się Slash.
- Feri i Dewi - odpowiedziała.
- Co? - spytałem zdziwiony. 
- Nie macie zapachu watahy, wam będzie łatwiej się do nich zbliżyć... - wytłumaczyła.
- Może tak naprawdę wojna nie będzie potrzebna... - zastanowiłem się.
- W to wątpię, ale będziemy wiedzieć, co knują. Wyruszycie jutro rano, będziecie spać w gościnnej norze, nie ma ona zapachu wilków. - wyjawiła Rena.
- Wysyłasz ich na pewną śmierć - rzucił Slash. - Oni ich zabiją - dodał.
- To jedyna szansa - powiedziała Rena, uderzając łapą w ziemię.
- To ryzykowne, nie idźcie tam - powiedział, ignorując decyzję Alfy.
- Myślę, że zaryzykujemy - powiedziałem, patrząc z daleka na Feri. 
- Świetnie, wyruszycie tak jak mówiłam z rana, a teraz odpoczywajcie.

Bez większego zastanowienia ruszyłem do Ferii, wyjawić plan. Kiedy wszystko jej opowiedziałem zgodziła się pomimo ryzyka.

- Może uda nam się ich przekonać do rozejmu, tak naprawdę nawet nie wiemy czemu między nimi jest ten spór - powiedziała Ferii.
- To prawda, nic nie chcą powiedzieć - zastanowiłem się.
- No właśnie... Może nie są aż tacy, jak oni mówią... - odparła.
- Jutro się przekonamy - rzuciłem. - Na pewno jesteś gotowa, aby tam iść? - dodałem.
- Myślę ,że tak - powiedziała, patrząc na harce szczeniąt.



CDN