wtorek, 30 sierpnia 2016

Od Ferishii

(c.d. Anguy)

Każdy krok, który przybliżał mnie do rośliny, spowijał mnie gęstą mgłą przyjemności. Czułam się jak owinięta miękką, ciepłą kołdrą, która odgradzała mnie od wszystkich moich zmartwień. Jakby nic się nie liczyło - tylko ja, drzewo i przestrzeń między nami. 
Pod łapami miałam pustkę. Dół tak głęboki, że dostrzeżenie jego dna było niemożliwe. Czy się bałam? Nie, wręcz przeciwnie. Czułam się wolna. Nie było nic, co mogłoby mi stanąć na przeszkodzie - tylko ja, drzewo i przestrzeń między nami.
Byłam już tak blisko. Już prawie nie było przestrzeni między nami. Tylko ja i drzewo. 
Ale zaraz. Powinien być ktoś jeszcze.
Angua.
Przypomnienie sobie o jej istnieniu wyrwało mnie z transu. Zorientowałam się, w jakiej sytuacji się znajduję. Zauroczona nawoływaniem drzewa wpadłam pomiędzy wymiary. Jest to uczucie, którego nie da się opisać - to tak, jakby spróbować nadać określonemu dźwiękowi kolor albo smak. Widziałam Anguę - nie wzrokiem - lecz ona nie mogła dostrzec mnie.
Widziałam, jak jej skrzydła pokrywają się ciężką, niewidoczną dla niej substancją. Widziałam, jak wpada w rój czarnych macek, które były jak jeden organizm. Wiedziałam, że nie mogę jej pomóc, że dzieli nas granica wymiarów. Musiała sobie poradzić sama. Czułam, że się jej uda. Te demony nie były groźne, jednak przywoływały najgorsze wspomnienia, potrafiły sparaliżować kogoś jego własnym strachem. Nie mam pojęcia, skąd to wiedziałam. Po prostu wiedziałam.
Spojrzałam ostatni raz w jej stronę i kontynuowałam wędrówkę w stronę drzewa. Miałam w głowie pewien plan.

(An?)

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Od Anguy

(c.d. Amaimona)

Światło! Czułam jak pełza po moich powiekach. Wyrwało mnie ze snu. Wstałam natychmiast, lecz ku mojemu zdziwieniu… Noc. Księżyc prześwitywał przez chmury plamiąc sinym blaskiem ścieżkę prowadzącą do lasu. Czy to był sen? Położyłam się znowu i ułożyłam głowę na łapach. Jeszcze raz spojrzałam na las majaczący w oddali, po czym zamknęłam oczy i odpłynęłam ponownie do królestwa Morfeusza.
***
Nad razem obudziło mnie krakanie, zacisnęłam mocniej powieki i przykryłam oczy łapami. Pierwsze promienie słońca bezlitośnie wdzierały się do jaskini. Poczułam jak w kark wbijają mi się szpony i znów usłyszałam krakanie.
- Nie ma spania. – Zabrzmiał w mojej głowie widmowy głos. Co mogłam zrobić, wstałam i rozciągnęłam zwiotczałe mięśnie. Na wpół jeszcze śpiąc wyszłam z jaskini, owiała mnie poranna bryza. Powietrze pachniało wilgocią, ziemia nadal mokra po wczorajszym deszczu usiana była żółtymi i czerwonymi liśćmi. Pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni. Lato jednak nie dało jeszcze za wygraną, mimo wczesnej pory było nieznośnie ciepło. Rozprostowałam skrzydła. Lśniły niczym czarny jedwab w słonecznym blasku. Po chwili namysłu wzbiłam się w powietrze. Tuż za mną leciał kruk. Od mojego pierwszego lotu poczyniłam pewne postępy. W powietrzu czułam się już prawie tak pewnie jak przy stąpaniu po ziemi. Uwielbiałam ten stan, te poczucie wolności. Ogarniało mnie całe, jak nieosiągalna w żaden inny sposób radość! Szybując tak spostrzegłam pod sobą jeziorko. Było w nim coś niezwykłego. Prawie ze wszystkich stron otaczały je skały, cały czas zakrywał je cień jedynie w centralnej części kilka promieni rozjaśniało taflę wody. Jeziorko wyglądało niczym ogromne oko osadzone w kamiennym oczodole. Bez namysłu zapikowałam w jego stronę. Zanurzyłam się w wodzie. Dopiero po minucie wynurzyłam się, spostrzegłam, że ktoś idzie w moją stronę. Szybko wyszłam na brzeg i otrzepałam się z wody. Gdy nieznajomy wilk podszedł bliżej, przyjrzałam się mu. Basior. Był mniej więcej w moim wzroście, sierść miał długą, ni to czarną ni to czerwoną. Oczy i nos miały barwę cyjanu, wydawało mi się, że nie pasują do reszty. Ogólnie rzecz biorąc wilk wydał mi się dziwny. Ostatnio prawie wszystko wydawało mi się pozbawione sensu. Chyba mnie nie zauważył. Napił się wody a następnie wszedł do wody. Nagle na kamieniu usiadł kruk. Basior słysząc trzepot jego skrzydeł rozejrzał się i szybko wyszedł na brzeg. „O nie, zobaczy mnie…” Przemknęło mi przez myśl, już gotowałam się do odlotu gdy usłyszałam:
- Hej! Ty tam! Wiszę cię, wyjdź.
- O nie. – Szepnęłam do siebie i wskoczyłam z za zakrywającego mnie głazu.
- Czemu mnie obserwujesz? – Spytał lustrując mnie wzrokiem.
- Mam lepsze rzeczy do roboty niż cię śledzić.- Prychnęłam, czarny ptak usiadł na moim ramieniu i wydał z siebie chrapliwy dźwięk.
-T o po co tu stałaś? – Nieznajomy przepytywał mnie dalej.
- Chyba nie muszę ci się tłumaczyć! – Wycedziłam przez zęby. – Mam prawo robić co mi się podoba i gdzie mi się podoba! - Dodałam po chwili i odchyliłam głowę do tyłu niczym obrażona księżniczka.

Od Murtagha

Ziewnąłem przeciągle, podnosząc się z mokrej ziemi. No pięknie. Znowu trzeba będzie się wykąpać w jakimś zbiorniku wodny... A tych jest tutaj od cholery, meh. Mruknąłem niepocieszony i ruszyłem przed siebie, poprawiając swój płaszcz. Też wypadałoby go wyprać. Cuchnie ziemią. Przeskoczyłem przez zwalone drzewo, przeklinając pod nosem głupi kamyczek, który napatoczył mi się pod łapę. Takie szczęście. Przyspieszyłem kroku i już po chwili znalazłem się nad Stawikami. Usiadłem na ziemi i poniuchałem powietrze, rozglądając się przy tym.
- To do którego wskakujemy? - powiedziałem sam do siebie, a następnie zrobiłem małą wyliczankę. Padło na ten bardziej po prawej. Ściągnąłem więc płaszcz i wskoczyłem do wody. Chwilę w niej popływałem, by błoto odczepiło się od mojego futra, a potem wyszedłem znowu na brzeg. Otrzepałem się i popatrzyłem do góry. Żywej duszy nie ma. Czyżby zbierało się na burzę? A może to po prostu ta zwykła chmura nad moją głową? Westchnąłem cicho, łapiąc w pysk płaszcz. Trzeba wyprać i to...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Amaimona

Przechadzałem się leśną ścieżką, był słoneczny dzień i postanowiłem schronić się pod gęstym listowiem drzew. Chciało mi się pić, jednak nigdzie nie widziałem żadnej rzeczki, potoku, czy chociażby źródła.
Rozglądałem się za owocami zawierającymi dużo wody, przynajmniej tyle chciałem dostać w ten upalny dzień.
Wypatrzyłem parę krzaków z jagodami rosnących parę metrów ode mnie. Podszedłem do nich i zacząłem zajadać owoce. Zrobiło mi się lepiej, jednak nadal męczyło mnie pragnienie.
Kiedy myślałem, że już nic nie znajdę ujrzałem jezioro w oddali. Uznałem, że bieg będzie bezsensowny i padnę zanim dostanę się do wody. Zamiast tego truchtałem w stronę jeziora. Gdy już byłem na jego brzegu zacząłem pić, a potem wskoczyłem do wody. Zrobiło mi się przyjemnie, zanurzałem łeb i wyciągałem go z wody, a opadające krople świeciły w słońcu.
Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że ktoś mnie obserwuje. Stanąłem przy brzegu i zacząłem się rozglądać.

Od Anguy

(c.d Ferishii)

Nadal nieco zdyszana po forsownym biegu, podeszłam do wadery i spojrzałam w dół. Przepaść wydawała się być pozbawioną dna. Widziałam ostre skały i spływające po krawędziach półek skalnych strugi wody, jednak koniec urwiska niknął w mgle. Spojrzałam na waderę i pokręciłam głową.
- Nie jestem pewna czy to bezpieczne. - Feri wyglądała na zawiedzioną.
- Ale most... - Szepnęła. Nie zauważyłam żadnego mostu. Rozejrzałam się jeszcze raz, nie, na pewno tu nic takiego nie ma.
- No to patrz. - Wadera nie czekając na moją reakcję, ruszyła w stronę przepaści. Chciałam ją powstrzymać lecz spostrzegłam... Feri zawisła w powietrzu! Przetarłam oczy łapą. Tak, nie przewidziało mi się. 
- Chodź - Rzekła Ferishia z uśmiechem. Gdy tylko postawiłam łapę na niewidzialnym moście poczułam przez parę sekund twardy grunt pod łapami. Nagle jednak oparcie zniknęło. Poczułam, że spadam w dół.
- An! -Usłyszałam z góry krzyk wadery. W porę przypomniałam sobie o skrzydłach. Rozłożyłam je i już po chwili podleciałam do przerażonej Feri. 
- Nic ci nie jest? - Spytała.
- Nie, to dziwne... Przez kilka chwil naprawdę czułam, że jest tu most, ale on zniknął ...
- To może lepiej wracajmy.
- Nie, widocznie most utrzymuje tylko ciebie, idź. - Uśmiechnęłam się zachęcająco.
- A ty? - Wilczyca posmutniała.
- Mam skrzydła, mogę lecieć za tobą.
- Dobrze. - Wadera zaczęła iść w stronę dziwnego drzewa a ja leciałam tuż za nią. Czym bliżej byłyśmy rośliny, tym większy czułam opór, jakby moje ciało było zrobione z żelaza. W połowie drogi musiałam dać za wygraną. Już chciałam zawrócić, gdy zauważyłam, że nie widzę Ferishi.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Od Ferishii - Nad Przepaścią

Obudziłam się, kiedy ciepłe promienie słońca zaczęły agresywnie wdzierać się pod moje powieki. Przekręciłam głowę w inną stronę i leżałam jeszcze kilka minut. Kiedy poczułam się już wystarczająco wyspana, leniwie podniosłam ciało z ziemi, po czym wygięłam kręgosłup w łuk, rozciągając sztywne po wypoczynku mięśnie. Ziewnęłam, ukazując rząd białych, ostrych zębów.
Tego dnia zapowiadała się bardzo ładna pogoda. Niebo było niemal wolne od chmur, a delikatny wietrzyk sprawiał, że temperatura wydawała się być wręcz idealna. 
Nie jadłam nic od dobrych paru godzin, a mój żołądek zaczynał już protestować. Obawiałam się, że jeżeli teraz nic nie upoluję, nie będę miała sił na złapanie zdobyczy późniejszą porą. 
Nie byłam jeszcze zbyt dobrze obeznana w geografii tej krainy. Zamknęłam oczy i obróciłam się parę razy. W końcu zatrzymałam się zwrócona twarzą na wschód i stwierdziłam, że udam się w tym właśnie kierunku.
Niedługo później, po jakichś trzech minutach marszu, znalazłam się na brzegu jeziorka. Korzystając z okazji, napiłam się trochę chłodnej, orzeźwiającej wody. Nieopodal mnie zobaczyłam wygrzewającą się w słońcu Anguę.
Podeszłam do niej i przywitałam się. Chyba moja nagła wizyta nieco ją zaskoczyła, bo w pierwszej chwili napięła mięśnie i stanęła na równe łapy. Dopiero kiedy mnie rozpoznała, rozluźniła się i odwzajemniła powitanie. Spędziłyśmy chwilę miło rozmawiając.
- Właściwie, to wybieram się na polowanie – rzuciłam w pewnym momencie rozmowy. – Pójdziesz ze mną? We dwie będziemy mieć większe szanse – uniosłam kąciki ust w lekkim uśmiechu.
Wadera zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią, po czym zgodziła się, by dołączyć do wyprawy.
Po dłuższej chwili bezowocnego plątania się po lesie, udało nam się znaleźć trop stada jeleni. Podążałyśmy nim, aż w końcu zgubiłyśmy go w rzece. Chciałam przejść na drugą stronę, w nadziei, że uda mi się ponownie wywęszyć zdobycz.
Niespodziewanie całe moje ciało przeszyło coś na kształt fali… bólu? Przyjemności? Sama nie wiedziałam. 
Angua spojrzała na mnie nieco zmartwionym wzrokiem.
Poczułam, że jakaś siła usiłuje mnie gdzieś zaciągnąć. Było to uczucie podobne do bycia chwytanym przez dziesiątki niedźwiedzich łap. Z całych sił starałam się ustać w miejscu, jednak nie udało mi się to. Zostałam uniesiona parę centymetrów nad ziemię i zaciągnięta w jakieś dziwne miejsce. Nagle uścisk się zwolnił, a ja spadłam na kamieniste podłoże jak worek kartofli.
Podniosłam się i dyszałam przez chwilę. Kiedy mój oddech odrobinę się uspokoił, otrzepałam futro z piasku. Dostrzegłam Anguę, która najwidoczniej biegła za mną całą tę drogę.
- Co się stało?! Nic ci nie jest?! – pytała. 
Zadała jeszcze kilka innych pytań, których niestety nie dosłyszałam. Kręciło mi się w głowie i nie rozumiałam nic z całego zajścia.
- Nie wiem, co się stało. Chyba jestem cała – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć. Sądząc po reakcji wilczycy, mój uśmiech nie wyglądał zbyt przekonująco.
Rozejrzałam się po okolicy. W pierwszej chwili nie pojęłam nawet, co widzę. Las urywał się nagle, przechodząc w ogromną przepaść, która zdawała się nie mieć dna. W tle dało się zobaczyć pokryte mgłą góry. Najbardziej fascynujące było jednak to, co znalazło się na środku przepaści.
Samotne drzewo unosiło się w przestrzeni, zawieszone nad przepaścią. Pień wystarczająco gruby, by ukryć w nim kilka dorosłych smoków, plątanina długich, ciemnych korzeni oraz korona wielkości sporej góry, poprzetykana wstęgami bieżącej wody, zdawały się w jakiś niewyjaśniony sposób zaprzeczać sile grawitacji.
Nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale czułam, jak drzewo w pewien sposób mnie przyciąga, jak ogromny magnes. Nie było to uporczywe uczucie, raczej przyjemne i kojące. 
Podeszłam do krawędzi przepaści i instynktownie zrobiłam w nią pierwszy krok. Ku mojemu zdziwieniu nie napotkałam łapą pustki. Za sprawą mojego dotyku zmaterializował się niewielki fragment większej całości, jaką był most. Nie widziałam go, ale czułam wszystkimi innymi zmysłami.
Zawahałam się. Nie wiedziałam, czy bezpiecznie jest pójść dalej. Posłałam pytające spojrzenie w stronę Anguy.

(An?)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Amaimon

.

Niestety będąc na wyjeździe nie miałam dostępu do internetu, jednak jestem już znów w Polsce i mogę wstawiać posty. Przepraszam najmocniej za nieobecność.
Pozdrawiam,
Ferishia