piątek, 19 stycznia 2018

Od Shadow


Yin cisnął kamieniem w dal, i usiadł na pieńku. 
- Słucham. - warknęłam, starając się opanować drżenie głosu. - Co jeszcze masz przede mną do ukrycia? - dodałam po krótkiej przerwie. Skrzydlaty milczał, a moja nienawiść do niego wzrastała z każdą sekundą. Na usta cisnęły mi się najgorsze znane przekleństwa. Chłód ogarnął moje ciało. 
- Qwertiego... Jego... - zaczął, spaliłam go wzrokiem.
- Co? - przerwałam mu, drżącym głosem. Modliłam się, by już sobie poszedł. Najlepiej niech nigdy nie wraca. 
- Jego już nie ma, nie będzie! - wykrzyknął, odwrócił się i odbiegł. Odprowadziłam go nienawistnym wzrokiem. Tchórz. Do kurwy nędzy, tchórz. Jak mogłam pozwolić sobie na znajomość z takim tchórzem? Wiatr zawiał mi prosto w pysk. Zaklęłam głośno, i wlepiłam wzrok w trawę. Nienawidzę skurczybyka. Wstałam, i wróciłam do czegoś, co śmiałam nazywać domem. 


***

Czas mijał. Yin'a nie było, i dobrze. Miałam nadzieję, że nie będzie miał zamiaru więcej się do mnie odzywać. Dopiero teraz zaczynały docierać do mnie jego słowa, płacz zmieszany był z moją wściekłością. Nie umiałam nic innego zrobić. Leżałam bezsensownie, i pozwalałam łzom płynąć. Bolało mnie już dosłownie wszystko.
- Shadow? - usłyszałam znajomy głos. Yin. Wstałam na dźwięk jego głosu, odbijający się od ścian. Poczułam ścisk w żołądku. Przez chwilę mu się przyglądałam, pociągając nosem. Łzy wyżłobiły sobie trasę, którą spływały co chwila. 
- Co jeszcze przede mną ukrywasz?! O czym ja jeszcze nie wiem?! Ja nic nie rozumiem... - wyrzuciłam wszystko z siebie, nie potrafiąc się opanować. Basior stał jakby go wryło. Położył łapę na moim grzbiecie, i odsunął mnie lekko od siebie.
- Shadow. - rozpoczął poważnie. Spojrzałam na niego pytająco, bolącymi mnie już oczami. Dźwięki ucichły. - Qwerty... On... Zginął. - rozerwał ciszę trzema słowami. "Qwerty. On zginął". Poczułam coś, czego nie da się opisać w tym momencie. 
- Jak?! Gdzie?! KIEDY?! CZEMU?! - wymusiłam z siebie gorzki szloch, tylko na to było mnie teraz stać. 
- Byliśmy razem na wyprawie górskiej. Kawałek drogi osunął się i spadł na sam dół góry. Zdążyłem go jeszcze złapać, ale długo nie wytrzymałem... Na takiej wysokości nie dałem rady latać... Zanim wyślizgnął mi się z łap kazał mi ciebie odnaleźć i żebym cię przeprosił, że go nie ma przy tobie... - wyjaśnił. Spoglądałam na niego, załamana i równocześnie wściekła. Zamilkł, patrząc na mnie przepraszająco. Spróbowałam odetchnąć, przestać myśleć o czymkolwiek. 
- Wypierdalaj. Ale już. - wysyczałam przez zaciśnięte zęby. W oczach Yina pojawiło się zdziwienie. - Mam powtórzyć? - zapytałam, pokręcił głową i wyszedł z miejsca mojego zamieszkania. Usiadłam i w tym momencie coś pękło. Jedyne co czułam, to niewyobrażalny ból. Chciałam po prostu umrzeć, nie widzieć już tego miejsca. Milczałam, pozwalając łzom bezsilności spływać po moich policzkach. Qwerty'ego już nie będzie, nie wróci. Jest martwy. Jego ciało pewnie już zdążyło się rozłożyć, i zostać pochłoniętym przez ziemię. Przymknęłam oczy, moim oczom ukazał się znany mi widok - Cień. Wszystko było tam spokojne, aż nazbyt. Panowała cisza, nie było nikogo. Usłyszałam głos Ad.
- Hej, wszystko dobrze? - jej zatroskany głos upewnił mnie w tym, że jednak mam komu się wyżalić.
- Nie. Nic nie jest dobrze. - odparłam załamana. - Straciłam przyjaciela, jest martwy. - dodałam, licząc że zrobi cokolwiek żeby mi pomóc.
- Oh.. Shad, tak mi przykro... - powiedziała zasmucona. - Wybacz, wkrótce może uda mi się do ciebie przybyć. - pożegnała się, nie udało mi się odpowiedzieć jej jakkolwiek. Znowu byłam sama, i było cicho. Po co mi Yin? Chciałam, żeby był tu Qwerty. On, i tylko on. Usłyszałam znane mi już kroki, po raz kolejny ogarnęła mnie wściekłość.
- Nie słyszałeś, tego co mówiłam? - warknęłam ochryple. Skrzydlaty tylko stał, jakby chciał, bym dalej ciągnęła ten "monolog".



Od Kivuli Moto - Zbliżający się krzyk

Otarłam delikatnie łapą swoje zmarznięte oczy rozglądając się dookoła - magiczne otoczenie rozpościerało się aż po granice mojego wzroku, roztaczając aurę tajemniczości, jednak obejmując swym nieodgadnionym ciepłem. Moje ciało natychmiast się rozluźniło, pozwalając na swobodne ruszanie wszystkimi dostępnymi mięśniami. Już dawno tak dobrze nie spałam! Co, jak co, ale zimowe powietrze jest w pewien sposób... orzeźwiające, pomijając częste ostre wiatry nadchodzące nagle znikąd i niechcące zniknąć przez długi czas. Może i ta pora roku nie jest moją ulubienicą - gdyż jestem raczej za upalną pogodą - lecz nie przeszkadza mi na tyle, by siedzieć całymi dniami w jakiejś prowizorycznej norce, stworzonej na czas trwania tego okresu. Mam ochotę nacieszyć się chociaż chwilą, w której występuje choć odrobina śniegu - kto za dzieciaka nie uwielbiał tego białego puchu? Moja miłość do niego nie topnieje, a czasem sama wspominam sobie jego dotyk.
Potrząsając głową spróbowałam zakończyć moje rozmyślania na temat tej śnieżnej szaty, by w końcu móc ruszyć się z miejsca. Moja kondycja może i nie była w tym momencie najlepsza - z uwagi na niewychodzenie z tego lasu przez długie miesiące - lecz wciąż dawałam radę poruszać się dość szybko, jak na tak długą przerwę "od życia". Ledwo co się ruszyłam, a już całe moje łapy zamiast być ośnieżone, pokrywały się brązową i odrobinę lepką substancją. Nie zwracając szczególnej uwagi na mój ogólny stan ruszyłam przed siebie, mając ochotę w końcu przejść się na dłuższy spacer, niż to miałam wcześniej w zwyczaju. W moich oczach pojawił się delikatny płomyk, dający znać, iż moje samopoczucie z sekundy na minutę się poprawia. Tak, to jest to, czego mi brakowało...
Moje spojrzenie powędrowało ku górze, a ja natychmiast się rozpromieniłam. Brak chmur i błękitne niebo dawało mi nadzieję na spędzenie szczęśliwego południa, co było jedyną rzeczą, na jaką miałam w tej chwili ochotę. Zanim zdążyłam jednak wykonać krok do przodu, moje uszy delikatnie obróciły się do tyłu.
Trzask gałęzi.
Moje łapy natychmiast wykonały kilka posunięć do tyłu, a ciało nienaturalnie się obróciło o sto-osiemdziesiąt stopni. Wzrok latał wte i wewte, a ja wciąż nie mogłam namierzyć potencjalnego zagrożenia, gdy kątem oka zauważyłam szkarłatne skrzydło pokryte piórami, co chwilę zbliżające się w moją stronę. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to natychmiastowa ucieczka - zawsze postacią znajdującą się przede mną mógł okazać się masywny smok, przy którym nikt nie byłby w stanie mi pomóc. Ot, zemdlałabym i tyle. Jednak tak szybko, jak zaczęłam się nad tym zastanawiać tak szybko to odpłynęło - w jaki sposób smok mógłby być opierzony? Ich ciała pokrywają łuski, a więc postanowiłam się tak szybko nie płoszyć, jak to miałam w zwyczaju przed tymi monstrualnymi bestiami. Przysłuchując się dalej zasłyszałam, jak stworzenie wykrzykuje w kółko tą samą kwestię:
- Shadow! Cholera jasna, gdzie ty się podziewasz! - krzyki nie ustawały, wręcz przeciwnie - mogłam je wychwycić z coraz bliższej odległości.
Czekając na konfrontację odwróciłam na chwilę wzrok, gdy nagle poczułam przy sobie obce ciało. Natychmiast odskoczyłam czując nagły przypływ strachu, czując na sobie czyiś wzrok. W pewnym momencie nasze drogi się spotkały, a jedynym, co mogłam z siebie wykrztusić był cichy pisk.
- O Boże... Skrzydlaty wilk! - wydarłam się po chwili, stojąc w ziemi, jak wryta. Muszę przyznać, iż nigdy w życiu nie spotkałam czegoś takiego. Czyżby kolejna hybryda?
 

czwartek, 18 stycznia 2018

Od Yin'a


- Qwerty zniknął. Wiesz o tym? Pojawiasz się ty i mnie rozpoznajesz. Jak, do jasnej cholery?! - zapytała mnie, przewiercając wzrokiem.
- To trudne do wytłumaczenia. - cisnąłem kamieniem w dal i usiadłem na jakimś pieńku. W tym momencie powróciliśmy do własnych postaci.
- Słucham. - warknęła po staremu Shadow. - Co, jeszcze masz coś przede mną do ukrycia?! - dodała po chwili. Wnętrzności podeszły mi do gardła.
Nie. Nie Yin. Musisz jej to powiedzieć. Ogarnij się!!! Pomyślałem.
- Qwertiego... Jego...
- CO?! - warknęła.
- Jego już nie ma, nie będzie! - wrzasnąłem i pobiegłem. Dosłownie uciekłem jak tchórz. Nie potrafię jej tego powiedzieć. Pomyślałem znowu.

*******

Po paru godzinach postanowiłem dokończyć tą rozmowę z Shadow.
- Shadow? - zajrzałem do jej jaskini. Płakała w swoim legowisku. Stanęła jak oparzona i podeszła do mnie. Zaczęła mnie bić łapami.
- Co jeszcze przede mną ukrywasz?! O czym ja jeszcze nie wiem?! Ja nic nie rozumiem... - rozpłakała się na dobre i przytuliła do mojego futra. Stałem przez moment jak kamień patrząc w dal, lecz w końcu położyłem łapę na jej grzbiecie.
- Shadow. - odsunąłem ją od siebie. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. - Qwerty... On... Zginął. - wyrzuciłem z siebie.
- Jak?! Gdzie?! KIEDY?! CZEMU?! - kolejny raz gorzko zaszlochała.
- Byliśmy razem na wyprawie górskiej. Kawałek drogi osunął się i spadł na sam dół góry. Zdążyłem go jeszcze złapać, ale długo nie wytrzymałem... Na takiej wysokości nie dałem rady latać... Zanim wyślizgnął mi się z łap kazał mi ciebie odnaleźć i żebym cię przeprosił, że go nie ma przy tobie... - wyjaśniłem.
Wadera była załamana.

Od Kali'ego - Sprytne czy głupie?


Wstałem i rozciągnąłem się. Chwilę jeszcze rozmawiałem z towarzyszami, ale potem wspólnie poszliśmy do Abry. Załamałem się, gdy ją zobaczyłem. Jeszcze spała, ale już wtedy wyglądała fatalnie. Abigail poszła po jeszcze jeden kubek z wywarem. My zostaliśmy i pilnowaliśmy w ciszy kręcącej się Abry.

***

W końcu wróciła. Obudziliśmy ją mówiąc do niej. Wypiła posłusznie miksturę i zasnęła znowu.
- No to może pójdziemy na jakiś spacer ? Może polowanie ? Pewnie nie tylko ja jestem głodna. - Uśmiechnęła się miło Luna. Wszyscy stwierdzili, że to świetny pomysł, ale zaczęliśmy się kłócić o to, kto zostanie z Abrą. Każdy chciał wyjść... Ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że zostanie Abigail, na co ona się zgodziła. Poprosiła tylko, żebyśmy wrócili jak najszybciej, bo padnie z głodu i zaśmiała się.
Wyszliśmy na świeże powietrze. Było już południe. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że tyle czasu spaliśmy. Chłodny wiatr przyjemnie i delikatnie powiewał. Słońce świeciło dość mocno, rażąc nas wszystkich po oczach.
- Gdzie się kierujemy ? - Zapytałem patrząc na gromadkę zmrużonymi oczami
- Chodźcie gdzieś tam... - Burknął Kast kierując się przed siebie.

***

Doszliśmy do gęstego lasu, w którym słońce przebijało się jedynie momentami. Było tam dość chłodno i czuliśmy przyjemną wilgoć. Powietrze było wyjątkowo rześkie.
- Cisza. - Mruknęła cicho Laguna. Delikatnie odwróciła głowę i nadstawiła uszy. Odwróciła się znowu do nas i zaczęła coś pokazywać łapami, chciała coś przekazać. Miałem wrażenie, że tylko ja zrozumiałem jej przekaz, bo Kast i Vinci patrzyli się na nią podejrzliwie. Kiedy Vinci chciał już coś powiedzieć, tyrpnąłem go groźnie i szepnąłem, że to polowanie, a nie pogawędki.
- Aaaa.... - Szepnął. Najwidoczniej teraz dopiero zakumał. Laguna odwróciła się patrząc na nas groźnie. Przełknąłem ciężko ślinę i położyłem po sobie uszy. Wadera zakręciła zirytowana oczami i znowu wczuła się w polowanie naprężając ciało. Najwidoczniej jej cel był blisko. Skuliłem się i podszedłem za drzewo, żeby móc wychylić trochę pysk i zobaczyć co to. Okazało się, że to nie jeden cel. Niełatwy cel. Stado jeleni i saren. Zeskubywały resztki trawy z łąki.
- Jak zamierzasz upolować którąś ? Uciekną. - Szepnąłem do białej wilczycy.
- Okrążymy je
- W trójkę ?
- Tak. Damy radę. Podobno władasz ogniem...
- Tak się składa - Podniosłem łapę i zaprezentowałem jak płonie.
- To dobrze, bo ja jestem żywiołem wody. Spójrz tam. - Pokazała łapą. - Tam jest małe jezioro, z którego wezmę wodę.
- Po co Ci ona? Chyba nie chcesz ich topić.
- Nie... Chcę żebyś okrążył je ogniem. - Spojrzała na mnie. Po chwili dopiero zrozumiałem cały plan.
- Masz bardzo dobry plan, ale nie jestem pewien, czy dam radę zrobić tak ogromny pierścień ognia. - Powiedziałem zakłopotany.
- Poradzisz sobie. Nie musi być ogromny. Okrąż tylko kilka saren, my z Vincim i Kastem spróbujemy spłoszyć tą jedną grupę tak, aby powstało kilka małych. 
- To przechodzimy już do rzeczy ? Jestem coraz bardziej głodny - Szepnął lekko zdenerwowany Vinci.
- Naturalnie. Kali, pamiętaj; najpierw my biegniemy, a ty wychodzisz z drugiej strony. - Powiedziała Laguna i wszyscy pobiegli w stronę saren.
Szybko zerwałem się i pobiegłem przez krzaki na drugą stronę leśnej polany. Wychyliłem się. Akurat biegli w moją stronę. Rzuciłem się więc, ale nie spodziewałem się, że sarny są tak skrętne...
Walnąłem pyskiem w błoto, którego nie zauważyłem. Próbowałem szybko wstać, ale to było bardzo, bardzo głębokie błoto... Chyba. Ogarnąłem się w końcu i schowałem znowu w krzaki. Wyjrzałem, żeby zobaczyć jak idzie pozostałym. Ganiali w kółko z sarnami. Dałem im sygnał, że daje pierścień i żeby odbiegli. Tak się stało, a ja stworzyłem wielki mur ognia dokładnie dwa metry przez sarnami. Niemalże wbiegły w płomienie. Pierścień stopniowo zamykał się, a sarny nie potrafiły się wydostać. Było ich tam cztery oraz jeden jeleń. Czułem, jak moja siła powoli zaczyna się wyczerpywać, ale dociągnąłem pierścień do końca. Zmniejszyłem go i zrobiłem specjalne wejście dla mojej grupy, żeby mogli dobić pokaleczone przez płomienie sarny. Zamknąłem za nimi wejście. Widziałem z daleka jak płomienie rozprzestrzeniają się. Tam musiało być an prawdę gorąco.
W pewnym momencie zobaczyłem coś niezwykłego. Jakaś tępa sarna wbiegła w ogień i próbowała uciekać. Niby sprytne, ale jednak głupie. Rozproszyło mnie to i przestałem kontrolować moje płomienie, przez co znacznie zmalały, dając szansę pozostałym kopytnym na ucieczkę. Uciekły dwie, nie dogoniłem ich niestety. Reszta leżała już tam martwa, a Vinci jedną z nich konsumował. Laguna przeniosła wodę z jeziora swoimi mocami ugaszając w ten sposób pozostałości po naszym planie.

***

Wykończeni przynieśliśmy zdobycze do domu Kasta. Łapy strasznie mnie bolały przez ten cały pierścień...
Pomogłem Lagunie przygotować posiłek dla nas wszystkich, z wyjątkiem Vinciego, żeby każdy mógł pojeść. Podaliśmy miski do stołu i poszliśmy po Abrę, która według Abigail, czuła się już lepiej.

Abra ? c;

piątek, 5 stycznia 2018

Od Snuffles'a - Zaczątki długiej podróży


Naprężone mięśnie zaczęły cichutko protestować w postaci delikatnego kłucia. Musiał się wyprostować, ale nadal trwał w pozycji sprzyjającej ewentualnej ucieczce.


- Po co Ci to wiedzieć - Warknął.


Bo w końcu po cóż smokowi informacja o tym, gdzie znajduje się wilk? W dodatku przywódca stada! Z pewnością chce ją pożreć i rozpętać wojnę...


- Och... - Bestia zmieszała się, ale tylko na moment. - Mam do niej sprawę...


Zmrużył oczy.


Tak, dokładnie o to mu chodzi...


Musiał wymyślić, coś, żeby go wyprowadzić w pole. Coś, żeby wygonić go z krainy, ale nie przejąć na siebie podejrzeń - W końcu naraziłby się wtem na gniew smoczej nacji.


Zauważył, że smok próbuje wyrównać oddech.


Kondycja już nie taka, co?


Przez jego ciało przeszedł dreszcz. Dreszcz, który często nawiedza każdego, kto właśnie został pochwalony, lub wymyślił niezawodny plan.


- Wyruszyła na wyprawę. Ma coś do załatwienia na Bezkresnej Pustyni.


To było to. Gdy tylko smoczysko będzie dostatecznie zmęczone, skierują się ku Złowrogiemu Klif'owi, a wtem pozbędzie się problemu w najłatwiejszy możliwy sposób - Zawali piaskową półkę skalną, na której stać będzie bestia. Pod wpływem szoku zapomni o wzbiciu się w powietrze (o ile smok latać umie, bez pomocy skrzydeł, wszak nie widział ich u boku wielkiego cielska), a wtem pozostaje tylko czekać na głuche łupnięcie, oddalić się i wrócić do Ferishii, oznajmiając, iż pozbył się jej potencjalnego mordercy.


Bestia zadumała się.


- To musi być długa podróż...


- O, tak - Potwierdził, gorliwie kiwając łbem. - Ale jeśli tak bardzo chcesz się z nią spotkać, to znam pewien skrót.


Smok rozdął nozdrza, owiewając go gorącym powietrzem, cuchnącym spalenizną.


- No dobrze... Będę musiał się przygotować i wyruszymy. Jutro.


Nawet nie pytał o zdanie. Cóż za tupet.


Ale, mimo wszystko było mu to na rękę. Zdąży powiadomić Ferish'ię o swojej wyprawie, żeby się przypadkiem nie martwiła, iż jej łowca zniknął bez śladu. Oczywiście nie wyjawi jej, że ma zamiar pozbyć się problemu - Nie chciał psuć "niespodzianki".


- Oczywiście. Spotkajmy się w tym samym miejscu - Zgodził się, pokojowo chyląc łeb. - Do zobaczenia! - Rzucił, po czym zniknął we wszechobecnym gąszczu.



~*~*~



Z wywieszonym jęzorem dotarł do Drzewa Życia, starając się unormować oddech, wszak całą drogę pokonał sprint'em.


Truchtem przebył most, za wszelką cenę starając się nie patrzeć w dół (od pamiętnego momentu, kiedy to spadł do wąwozu można powiedzieć, że spore wysokości wywołują w nim coś na wzór zadyszki i ataku paniki), drewniane schody spokojnie przeszedł, a do drzwi zapukał stojąc, nie czując już prawie zmęczenia.


Ćwiczenia się opłaciły...


Po długim czasie nie otrzymał zgody na wejście. Wnioskując, iż Ferish'ia musi być czymś zajęta, albo najzwyczajniej w Świecie nie mogła go usłyszeć, bezwstydnie przekroczył próg.


Wnętrze drzewa prezentowało się dość przytulnie. Na dole wyczuwał wyraźny zapach świeżej dziczyzny, a na górze pachniało czymś, czego nie znał, ale bezwzględnie woń tę można było skatalogować do tych przyjemnych.


Podążając za nią, zupełnie zapomniał o Ferishi.


Wspiął się po drewnianych schodach na pięterko. Mieściło się tam coś w rodzaju sypialni. Pachniało tam Ferish'ią, futrem i drewnem. Woń była już lepiej wyczuwalna, ale zdecydowanie jej źródło nie pochodziło stąd. Bezszelestnie (no, może tylko stukając pazurami o drewno) wspiął się na kolejne piętro. I właśnie tam mieściło się kłębowisko zapachu, który go zaintrygował.


Były to dziwaczne przedmioty. Od zewnątrz prezentowała się dobrze zachowana skóra, a od wewnątrz... Coś cienkiego, białawego i występującego w ogromnej ilości.


Zmarszczył nos i podszedł do drewnianej półki, zasypanej tymi anomaliami. Dlaczego ktoś chciałby kłaść w wolnym miejscu coś innego, niźli mięso i jeszcze tego nie zjeść? O ile skórę jeszcze da się zdzierżyć, pod względem smakowym, tak te białe, cienkie dziwadła nie pachniały absolutnie konsumbcyjnie.


Szturchnął przedmiot, a ten spadł na podłogę z głuchym łupnięciem, niosącym się echem po całym drzewie.


Odskoczył, jak oparzony.


Gdy nabrał pewności, że nie był to atak na jego skromną osobę, ponownie zbliżył się do dziwadła. Dziwadło owe było rozpostarte tak, że białe cosie rozchylały się ku jego pyskowi. Na ich powierzchni mieściły się różnorakie kształty i zawijasy.


Westchnął cicho. Kiedyś pokazywał mu to ojciec.


Ponoć każdy kształt i zawijas ma jakieś znaczenie. Nie przykładał się do nauki czytania, wszak bardziej interesowały go polowania.


Szkoda. Przydałoby mi się to teraz...

Przysiadł, jednak i spróbował rozpoznać treść, wypisaną mieszanką krwi, błota i czegoś kleistego, co pozwala zaschnąć substancji. Czytał na głos, bowiem tak było mu znacznie łatwiej:


- Po raz... pierwsze; polowan... polo... Nie, polowanie. Po pierwsze; polowanie.


Tak kalecząc, łącząc i rozpoznając wyrazy, skleił w końcu treść tekstu:


Po pierwsze; polowanie.
Po drugie; spakowanie zdobyczy.
Po trzecie; spakowanie potrzebnych ziół i eliksirów.
Po czwarte; zapoznanie się z mapą.
Po piąte; spakowanie mapy.
Po szóste; odpoczynek - maksymalnie pół godziny.
Po siódme; koniec odpoczynku.
Po ósme; sprawdzenie, czy wszystko się spakowało i ponowne przeczytanie listy.
Po dziewiąte; posiłek przed podróżą.
Po dziesiąte; podróż na Bezkresną Pustynię.

Wygląda na to, że nie tylko będę musiał zwieść tą bestię. Trzeba jeszcze odnaleźć Ferishię.



czwartek, 4 stycznia 2018

Od Darsh'tiana

Darsh'tian przycupnął na skale zawieszonej nad niezmąconym lustrem jeziora i westchnął ciężko. Jego nozdrza znajdowały się na tyle blisko wody, że uwolnione z nich powietrze posłało po powierzchni niewielką falę.
Smok nie był w najlepszym humorze. Czuł się taki... bezradny. A przede wszystkim bolały go nogi. Znaczną część dnia spędził, szukając Ferishii. Nietrudno się domyślić, że nigdzie nie mógł jej znaleźć. Przepadła. Jak śliwka w kompot.
Jak to jest, że osoby i przedmioty znikają najczęściej właśnie wtedy, gdy najbardziej się ich potrzebuje?
Potrzebował Ferishii. Miał ostatnio tyle spraw na głowie. Przewodzenie stadu smoków... cóż, to nie było zajęcie, do którego się nadawał. Otrzymywał coraz więcej skarg od swoich podopiecznych: gdzieś na jego terenach wysychał jakiś strumień, w jednym z lasów zaczynało brakować zwierzyny, a jeszcze gdzie indziej pojawiły się stworzenia próbujące wykradać smocze jaja. Jakby tego było mało, niektórzy przychodzili do niego z osobistymi problemami: partner znikający gdzieś prawie każdej nocy (czyżby romans?), smoczątko bez apetytu czy nawet dziwne krostki pod ogonem.
Z jakiegoś powodu wszyscy myśleli, że Darsh będzie umiał znaleźć rozwiązanie dla tych spraw. Cóż, mylili się. Nie radził sobie. Potrzebował porady od kogoś bardziej doświadczonego. Ponadto, dawno nie widział się z przyjaciółką i był zwyczajnie ciekaw, co u niej słychać.

Jakby od niechcenia schylił łeb jeszcze bliżej wody i niespiesznie wysunął język spomiędzy ostrych zębów, aby się napić. I właśnie wtedy, z tej perspektywy, zauważył wilka.
Przez ułamek sekundy myślał, że mu się poszczęściło i że odnalazł Ferishię, jednak szybko zreflektował się, iż odległy kształt ma inny kolor niż jego przyjaciółka. Mimo wszystko, ucieszył się na ten widok.
Zwinnym ruchem zeskoczył ze skały na piach i pognał w stronę zwierzęcia. Został zauważony przez wilka, który rzucił się do ucieczki - najwyraźniej przestraszył się ogromnego smoka.
- Zaczekaj! - Wykrzyknął Darsh'tian. - Chcę ci zadać tylko jedno pytanie!
Wilk zwolnił, jednak widać było, że nie ufa smokowi. Wszystkie mięśnie miał napięte, gotów w każdej chwili zerwać się do biegu. Darsh zatrzymał się w znacznej odległości od niego, bojąc się, że podchodząc bliżej, spłoszy wilka.
Wziął kilka głębokich wdechów. Zdecydowanie pogorszyła mu się kondycja. Będzie musiał znów wrócić do regularnych ćwiczeń... Tylko jak znaleźć na nie czas, mając całe stado na głowie? Kiedy w końcu uspokoił oddech, zapytał:
- Nie widziałeś przypadkiem Ferishii? Pewnie należysz do jej stada.

wtorek, 2 stycznia 2018

Od Laguny - Kuna


Obudziły mnie dziwne szelesty dochodzące z pokoju rannej wadery. Momentalnie się zerwałam i przybiegłam do miejsca. Rozglądnęłam się wkoło i powoli szłam w stronę pokoju. Nagle zauważyłam przechodzącą Shadow. Stanęła w bezruchu i powiedziała coś do siebie. Odwróciła się w moją stronę z widocznym wkurzeniem. Wydawało mi się, że chciała uciec... Ale jej się to nie udało. Szkoda mi jej było. Bardzo nie chciała tam zostawać.
Po krótkiej rozmowie zaprowadziłam Shadow na śniadanie. Rosso przyrządził już witaminową dawkę energii... Same owoce na talerzu. Shadow podeszła do pierwszego talerza położonego na skale. Wpatrzyła się w jedzenie i zapytała ironicznie
- Nie wiedziałam, że tak bardzo lubisz owoce, Laguna... - Spojrzała na mnie. W tym momencie Rosso przyniósł kolejne dwa talerze pełne owoców. Mina wadery była bezcenna. Parsknęłam pod nosem, a ona wpadła w furię i zaczęła krzyczeć, że ona jest wilkiem, a nie pieprzoną sarną.
- Dobra czekaj, coś Ci upoluję...
- Sama jestem w stanie ! - Krzyknęła obrażona.
Nie reagowałam już na jej wołanie, kiedy wychodziłam. Miałam tylko nadzieję, że Rosso sobie z nią poradzi.

***

Szybko dotarłam na polankę na której często bywają króliki. Nienawidzę polować na te maleństwa, ale gdybym przyniosła Shadow sarnę, to zjadłaby ją całą, a nie może się teraz tak zapychać. Schowałam się za zaroślami i czekałam na odpowiedni moment. Szybko jednak zorientowałam się, że naprzeciwko jest inny drapieżnik - Kuna. Nigdy nie dogadywałam się z kunami, więc chciałam szybko ją przepędzić. Wiedziałam, że ona nie będzie chciała wziąć tylko jednego królika, a nie chciałam patrzeć na tak bezlitosną śmierć z łap kuny. 
Nagle kuna rzuciła się na najbliższego królika. Zacisnęła jedynie zęby na nim tak, aby nie mógł się potem ruszać. Puściła go i biegła na następne, kiedy wybiegłam ja i chwyciłam ją tak, jak ona tego królika. Bezlitośnie zostawiłam ją samotną i wzięłam już umarłego królika. Warknęłam jeszcze na pożegnanie wiedząc, że ta niezasługująca na życie kuna i tak wstanie.

***

Wbiegłam szybko do jaskini. Na środku był wielki zielony wilk który przytrzymywał Shadow na ziemi.
- Aż tak się wyrywała ? - Zaśmiałam się.
- No... - Odpowiedział zadowolony Ros. Szybko zmienił postać i wziął ode mnie królika.
- KRÓLIK ?! Myślisz że pojem sobie KRÓLIKIEM ?!
- No mam taką nadzieję. - Wadera spojrzała na mnie z nienawiścią.
Usiedliśmy przy skale niczym przy stole i zaczęliśmy jeść. Shadow omijała owoce jak mogła. Nie wiedziała tylko o tym, że Rosso zdążył nimi nadziać tego królika. Nawet się nie zorientowała.
Po śniadaniu Shadow zaczęła skarżyć się na senność. Po chwili leżała już na ziemi. Rosso uspokoił mnie mówiąc, że lekarstwo zaczęło dopiero działać.
- Myślałam, że to działa szybciej...
- No bo działa, ale na innych wilkach. Im silniejszy jest wilk, tym dłużej trzeba czekać aż ten lek zacznie działać.

***

Szybko przeprowadziliśmy nastawienie łapy. Posmarowaliśmy ją maścią przyspieszającą gojenie i mocno ją obandażowaliśmy. Łapa była solidnie usztywniona. Nie wiedzieliśmy kiedy wilczyca się obudzi. Dla jej dobra chcieliśmy, żeby spała jak najdłużej. Jakby wstała wcześniej, łapa nie byłaby jeszcze wystarczająco zagojona i przy chodzeniu znowu mogłoby się coś stać.

Shadow? c;