poniedziałek, 17 lipca 2017

Od Shadow

------------------------------

Odpowiedź wadery mnie zaskoczyła i trochę uradowała. W większości, gdy opuszczałam jakieś miejsce otrzymywałam jakąś pierdołę lub królika na drogę. Nie przepadałam za tym, więc zwykłe pożegnanie było miłą odmianą. 
- Ależ proszę - skrzyżowała przednie łapy, nie zwróciłam zbytnio uwagi na ten gest. Bardziej skupiałam się na wyjściu. - Pokazać Ci drogę do wyjścia?
- Nie. Trafię sama -odparłam z ponurym uśmiechem, błąkającym się na moim pysku.
Ruszyłam miarowym tempem w stronę lasu i zaraz przy jego wejściu zmieniłam kierunek, obejrzałam się za siebie i ujrzałam białą wilczycę, która krzątała się koło drzewa. Przez chwilę brakowało mi tego jej spokoju, ale pokręciłam głową i ruszyłam dalej. Marsz przemienił się w trucht. Nie doskwierał mi głód, więc ignorowałam zapachy zwierzyny, które do mnie docierały. Przez chwilę walczyłam w myślach, czy nie zapolować, ale zboczyłabym z trasy, przez myśl przeszło mi też by wrócić do Cienia, ale szybko odrzuciłam od siebie obie te myśli, nie chciałam tam wracać... Zwolniłam do marszu, gdy tylko poczułam że podnosi się teren, po krótkiej chwili wspinaczka zaczęła sprawiać mi trudność. Kilka razy straciłam grunt, łapy ślizgały mi się na mchu i innych takich. Wreszcie, gdy dotarłam na górę uderzył we mnie silny podmuch wiatru, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi, moje uszy telepały się w różne strony, poddając się sile wiatru. Po paru minutach wiatr ucichł, dalej przyglądałam się krainie, w poszukiwaniu nowego celu mojej podróży. Usłyszałam szelest czy inne szuranie, które nie mogło być spowodowane wiatrem. Coś kazało mi się odwrócić, teraz, w tej sekundzie poderwać się i zobaczyć. Ledwo powstrzymałam się przed zrobieniem tak gwałtownego ruchu. Obróciłam się, powoli całym ciałem. Kilka kroków w tył jest przepaść, jeżeli dojdzie do walki jestem na przegranej pozycji. 
- Łatwo Cię znaleźć - ponury głos należał do jednego z Czołowych w Cieniu, Desoto.
Basior był mocnej budowy, jego futro było w odcieniach brązu, na jego ciele było wiele blizn i ran. Wyróżniały go oczy, były srebrne, zdawałoby się, że jest ślepy, ale miał świetny wzrok. 
- Nie trudno jest, gdy stoję na samym szczycie -warknęłam i podniosłam głowę. Byłam od niego młodsza, miał przewagę siły, wagi i wieku. 
- Pyskata się nam zrobiłaś - zripostował mnie szybko, spojrzałam na niego, na jego pysku błąkał się morderczy uśmiech.
Przez chwilę mnie ignorował, więc pozwoliłam sobie obejrzeć się za siebie i ocenić na jak bardzo przegranej pozycji jestem. Wystarczą dwa kroki i polecę do tyłu. 
- Nie ma Nas - rzuciłam mu wyzywające spojrzenie, nie chciałam teraz walczyć. - To już się dawno skończyło - warknęłam wściekle w jego stronę. 
- Dalej należysz do Cienia - warknął i podszedł do mnie, zmuszając mnie tym samym do cofnięcia się. Moja tylna łapa straciła oparcie, a ja prawie zsunęłam się w dół. 
- Wiem. Ale nie jestem już w Czołowych - warknęłam i zmusiłam się do zmiany miejsca, poprzez cień, który padł na moje łapy.
- Jeden ruch, a zginiesz -w jego oczach widać było stoicki spokój, jakby wizja śmierci nic mu nie robiła. Obraz wilka zamigotał i zniknął. Zdezorientowało mnie to dosyć porządnie, obróciłam się by widzieć przeciwnika. 
- Nie musiałem nawet walczyć... - mruknął chłodno i pchnął mnie w tył, wcześniejsza utrata równowagi wciąż kołatała się w moim umyśle. Nie znałam odległości, która dzieliła mnie od przepaści. - Widzimy się w Cieniu - odwrócił się i zniknął.
Głupia śmierć, wolałabym umrzeć w walce... Pomyślałam i skupiłam się na jakimś miejscu, gdzie mogłabym się przenieść. 
- Drzewo - mruknęłam i skupiłam się na tamtym miejscu. Bałam się, że nie zdążę użyć odpowiednio mojej mocy, ale potrząsnęłam głową i zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, ujrzałam trawę i białe łapy jakiegoś wilka, pewnie Ferishia. 
- Jasna cholera - warknęłam i pozbierałam się z ziemi, otrzepując piach z futra. 
- Coś się stało, że wracasz, Shadow? - Głos wadery o mało nie wyprowadził mnie totalnie z równowagi, byłam wściekła na siebie, że dałam się zepchnąć Desoto... Popatrzyłam na uśmiechniętą waderę, widać było że jest trochę zmartwiona, ale też przestraszona moim przybyciem.

-----------------

niedziela, 16 lipca 2017

Od Ferishii

---------------------------------

Ptaki swoim ćwierkaniem oznajmiły mi, że nastał już kolejny dzień. Nie spałam dobrze tej nocy, toteż musiałam sobie poleżeć jeszcze chwilkę lub dwie, nim zebrałam siły potrzebne mi do wygrzebania się spod pierzyny. Skrzywiłam się, gdy moje łapy dotknęły zimnej posadzki. Był środek lata, jednak pogoda nas nie rozpieszczała. Choć na mróz nie było co narzekać, gdyż zdarzał się tylko o poranku, nie dało się liczyć na temperaturę odpowiednią do wylegiwania na plaży.
Podeszłam do wysokiego okna i chwyciłam tkaninę zasłony w zęby, aby ją odsunąć. Pokój w mgnieniu oka wypełnił się słonecznym blaskiem, a ja przez chwilę tkwiłam przy parapecie, oglądając krajobraz po drugiej stronie szyby.
W końcu oddaliłam się od okna. Przeszłam do łazienki, gdzie moje małe duszki pomogły mi w wykonaniu porannej toalety. Moje futro zostało dokładnie wyczesane i ułożone, stworki rozpyliły też na nim mgiełkę, w której główną nutę zapachową stanowił kwiat frezji.
Odświeżona weszłam w labirynt korytarzy, który rozciągał się wewnątrz Drzewa Życia. Choć mieszkałam tu od wielu miesięcy, wciąż nie mogłam powiedzieć, że znam to miejsce jak własną kieszeń i co jakiś czas gubiłam drogę. Tak było też i tym razem. Zbłądziłam i znalazłam się wewnątrz nieoświetlonego tunelu. Drewno w tym miejscu było lekko popękane - widać było, że dawno nikt go nie konserwował. Pod sklepieniem wisiało kilka pajęczyn, a podłogę pokrywała spora warstewka kurzu, który teraz osadzał się na moim świeżo wyczesanym futrze.
Bardzo lubiłam odkrywać nowe miejsca w Drzewie. Często znajdowałam w nich przeróżne przedmioty, których przeznaczenia do dziś nie zdążyłam jeszcze poznać. Mój poziom podekscytowania wzrósł gwałtownie, gdy na końcu korytarza dostrzegłam zniszczone drzwi.
Pchnęłam je lekko i skrzywiłam się, kiedy wypadły z nadgryzionych zębem czasu zawiasów, upadając z hukiem na ziemię. W powietrze wzbiła się chmura kurzu, a ja zaczęłam marzyć o kąpieli.
Mimo tego nie zraziłam się i pewnym krokiem weszłam do pomieszczenia, gdyż uznałam, że ostrożne stawianie łap i tak nie miałoby sensu - przewracając drzwi, na pewno uruchomiłam wszelkie  potencjalne pułapki, które mogły się tam znajdować oraz ostrzegłam potencjalnych mieszkańców tej części Drzewa o mojej obecności.
Rozczarowałam się, odkrywając, że w pomieszczeniu stoi jedynie kilka pustych, ponadgryzanych przez korniki regałów, pokrytych kurzem i pajęczynami. Wróciłam do głównej części korytarzy drogą, którą tam przyszłam.
Zdziwiłam się, gdy spostrzegłam, że wilczyca, którą postanowiłam u siebie przenocować, błąka się samotnie po Drzewie. Przeklęłam w myślach moje duszki. To sympatyczne stworzenia i doceniam, jak bardzo starają się służyć mi jak najlepiej, jednak często zdarza im się kolokwialnie mówiąc nawalić. Miały przecież pilnować, by wadera nie miała okazji samotnie zwiedzić korytarzy.
Chciałam zwrócić jej uwagę, jednak nie chciałam, by widziała mnie w stanie, w jakim się obecnie znajdowałam - pokrytą kurzem, trocinami i pajęczynami. Już miałam cofnąć się kilka kroków, aby móc przynajmniej otrzepać się z zanieczyszczeń niezauważona, jednak wyglądało na to, że było już za późno na takie manewry.
- Dziękuję za nocleg - rzuciła w moją stronę.
- Ależ proszę - uśmiechnęłam się sztucznie, krzyżując przed sobą łapy, jakby mogło mi to pomóc w zasłonieniu brudnej sierści. - Pokazać ci drogę do wyjścia? - Zapytałam, gdyż z jej zachowania wywnioskować mogłam, iż chciała już opuścić drzewo.


-----------------
Shadow?

Od Darsh'tiana

-----------------------------

Słońce miało tego dnia czelność, by wstać wyjątkowo wcześnie. Jego pierwsze, poranne promienie - drażniąco jasne i pełne energii - przypuściły zbiorowy atak na moje półprzymknięte powieki. Obudziły nie tylko mnie, ale również całą rzeszę ptaków, które zaczęły wyśpiewywać swoje arie. Mruknąłem pod nosem kilka nieprzyjemnych słów pod adresem wielkiej kuli ognia i przewróciłem się na drugi bok, tak, by frontowa część mojego pyska znalazła się w cieniu, a tym samym - w ciemności. Co jak co, ale rannym ptaszkiem nie jestem i lubię sobie dobrze pospać o poranku, by mieć później energię na cały dzień.
Długo jednak nie poleżałem, w ustach miałem bowiem prawdziwą pustynię - inaczej mówiąc, byłem spragniony jak... no, jak smok. Westchnąłem głośno i podniosłem się na cztery łapy, kierowany świadomością, że jeżeli szybko się czegoś nie napiję, mój język prawdopodobnie niedługo wyschnie tak bardzo, że zamieni się w proch i rozsypie, a tego raczej wolałbym uniknąć.
Tego dnia postanowiłem odpuścić sobie poranną gimnastykę; machnąłem jedynie kilka razy ogonem na lewo i prawo, aby jakoś rozbudzić organizm po nocnym wypoczynku. 
Może gdybym nie był tak nieziemsko spragniony, doceniłbym, jak przyjemne warunki pogodowe natura sprawiła światu tamtego poranka - było bowiem ciepło i słonecznie, a przed przegrzaniem chronił leciutki, odświeżający wietrzyk.
Zamiast jednak podziwiać falujący ocean trawy poprzetykany pojedynczymi, kolorowymi kwiatkami, udałem się szybkim krokiem w stronę wodopoju. 
Kiedy po drodze wyczułem zapach zwierzyny - najprawdopodobniej łani, choć wiatr zmienił kierunek zbyt szybko, bym mógł dokładniej wczuć się w tę woń - mój żołądek wyraźnie dał mi do zrozumienia, że pragnienie nie jest jedyną potrzebą, jaką powinienem w tej chwili zaspokoić. Wpisałem więc polowanie na moją mieszczącą się w głowie listę rzeczy do zrobienia, która aktualnie była dość krótka - nie miałem zbyt wielu obowiązków i rozkoszowałem się tym stanem, sytuacja najprawdopodobniej zmieni się bowiem, gdy do V'lon Kiir przybędą nowi członkowie. Teraz postanowiłem jednak skupić się na zapewnieniu mojemu organizmowi odpowiedniego nawodnienia.
Dotarcie do wodopoju na moich długich nogach nie zajęło wiele czasu. Przyspieszyłem dodatkowo kroku, gdy tafla wody zaczęła pobłyskiwać na horyzoncie. Wkrótce stałem już na żwirowatym brzegu, a mój język zanurzony był w chłodnej cieczy, którą chłonąłem łapczywie... jak to smok.
Po wypiciu wody w ilości, która sprawiła, że zrobiło mi się ciężko na żołądku, postanowiłem na chwilę odpocząć na trawie i dokończyć przerwany wcześniej sen - z pełnym brzuchem nie będę przecież polował, a nawet jeśli udałoby mi się coś w tym stanie złapać, nie miałbym gdzie zmieścić skonsumowanej zwierzyny.
Minęło trochę czasu - godzinka, dwie, a może całe przedpołudnie. Obudziłem się i przewróciłem na drugi bok, by poleżeć jeszcze te ostatnie pięć minut. Spostrzegłem wtedy kolejnego smoka (a dokładniej: smoczycę) wylegującego się w słońcu. Wstałem więc od razu i dopiero wtedy poczułem, jak silny jest mój głód. Jak to się dzieje, że woda znika tak szybko po wypiciu?, zapytałem się sam w duchu. Niemożliwym było przecież, bym się zmoczył.
Zostawiając rozmyślanie o zawartości żołądka na później, udałem się w stronę smoczycy.
- Cześć - przywitałem się z szelmowskim uśmiechem. - Jestem Darsh'Tian, a to właściwie tereny mojego stada - oznajmiłem z dumą, ruchem głowy wskazując na całą okolicę. 
Czekałem na odpowiedź, licząc na to, że uda mi się wyciągnąć nieznajomą na wspólne polowanie.

---------------

sobota, 15 lipca 2017

Od Anguy

Obudził mnie dziwny szelest. Uchyliłam powiekę. Jaskinia była pusta, na skalnej półce powyżej siedział kruk. Jak zwykle koraliki jego oczu były zwrócone w moją stronę. Przeciągnęłam się, jeszcze przez chwilę nasłuchiwałam, jednak nie wychwyciłam żadnego dźwięku poza rytmicznym biciem własnego serca. Pozwoliłam sobie ponownie odpłynąć w sen, lecz nie minęło nawet kilka minut. Grunt pode mną zaczął się trząść. Ze sklepienia spadło kilka kamieni, roztrzaskując się tuż przy moich łapach. Zerwałam się na nogi i popędziłam w stronę wyjścia. Kruk usiadł na moim ramieniu. Byłam już prawie przy wylocie groty, gdy wszystkim wokoło ponownie wstrząsnęło trzęsienie ziemi. Wśród ogólnego ferworu wychwyciłam osobliwy trzask. W ostatniej chwili udało mi się odskoczyć. Lawina kamieni! Zaostrzone głazy zsunęły się po zewnętrznej stronie mego lokum, zatykając wejście. Wokoło zrobiło się niemal czarno. Przez chwilę wszystko jeszcze podrygiwało, a później … ustało tak prędko, jak się zaczęło. Cisza mroziła krew w żyłach. Podleciałam do niewielkiego otworu w skalnej pułapce i odrzuciłam kilka mniejszych kamieni. Jakimś cudem udało mi się wypchnąć na zewnątrz. Poświata księżyca na chwilę zaślepiła mi oczy. Leczy gdy wreszcie zobaczyłam…
- To niemożliwe… - Wszystko, cała wataha, leżało w gruzach. Drzewa poprzewracane, zgniecione, zmiażdżone jakby przez las przeszedł ogromny potwór. Góry popękały i rozkruszyły się niczym babki z piasku. Rzeki zmieniły w lawiny błota. Lecz to nie było najgorsze… Wszędzie leżały ciała. W kawałkach. Nie dostrzegłam wśród nich wilków, lecz widok porozrywanych na strzępy jeleni przeszywał aż do kości. Przełknęłam głośno ślinę. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Żołądek podszedł do gardła a w łapach poczułam dziwna miękkość.
- Co tu się stało… ? - Udało mi się wydusić pomiędzy atakami mdłości. Nade mną zbierały się czarne chmury. Pierwsze krople deszczu spadały na ziemię. Zbiegłam po kamieniach na dół, co chwilę krzycząc:
- Hallo! Jest tu kto?! KTOKOLWIEK! – Za każdym razem odpowiadała cisza.  Wzniosłam się w powietrze. Z góry wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Ile sił w skrzydłach popędziłam w stronę drzewa życia. Ono jedyne nie ucierpiało, jednak podobnie jak wataha wyglądało okropnie. Kora wydawała się dziwnie napęczniałą, a z pokaźnej korony pozostały pojedyncze liście.
- Ferishia!!! Jesteś tu!? – Zakrzyknęłam. Nagle przeszedł mnie dreszcz i ogarnęło dziwne zimno. Nie umiałam zebrać myśli, wszystko zdawało się znikać w nieskończonej pustce. Powoli odwróciłam się, pamiętałam to uczucie. Za mną stali bogowie. Ich postaci nie dało się ogarnąć ziemskim okiem. Co chwilę się zmieniały, ukazując to wilka, to człowieka, to ogień czy wodę. Jedni emanowali nieskończoną jasnością, drudzy - wszechobecnym cieniem.
- Anguo! – Zabrzmiał głuchy głos. Poznałam go…
- Witaj, pani… - Rzekłam i bez zbędnych ceremoniałów przeszłam do rzeczy. – Co tu się wyprawia?!
- Cóż za bezczelność! Nie okażesz szacunku?! – Odezwał się obłok unoszący się obok znanej mi już bogini światła. Wydawało się, ze jest wirem powietrznym z którego wyłaniają się co chwilę wilcze oczy. Ich spojrzenie przeszywało na wskroś…
- Biorąc pod uwagę, że jestem awatarem, jestem jedną z was. – Rzekłam starając się patrzeć w ziemię, usłyszałam jednak ich niezadowolone szepty. Po chwili jedna z boginek zabrała głos.
- Wszystko, co stało się z watahą, jest winą Ferishii! – W jej słowach wyczułam nienawiść.
- Jak to możliwe? Ona kocha przecież to miejsce!
- JEJ WINA! – Zagrzmiało bóstwo. – Razem ze zdradzieckimi smokami przeniosła się w przyszłość, tam nie możemy jej ukarać. Jesteśmy tu uwięzieni! Ty musisz to zrobić!
- Ale …
- Żadnych ale! Dzięki naszej magii będziesz mogła uwolnić się z tej pułapki. Pragniemy sprawiedliwości!
- Co mam z nią zrobić…? – Spytałam niepewnie.
- ZABIJ!!! – Poczułam jak oblewa mnie gorąco, Mam ją… zabić? Jak? Przecież jest moją przyjaciółką.
- A co, jeśli tego nie zrobię?
- Najpierw stracisz moc, a potem sama zginiesz!
 -Czy tam wataha też wygląda jak tu? – Spytałam by na chwilę odrzucić mroczne myśli.
- Nie, tam wszystko wygląda inaczej.
- Dlaczego? –Zapytałam jednak tym razem bogowie milczeli. Po chwili bogini światła rzekła:
- Otworzymy tu dla Ciebie portal. Będzie bardzo niestabilny, więc musisz się śpieszyć. Nie wyrzuci cię tam, gdzie teraz przebywają zdrajcy, lecz kilka lat wcześniej. Pamiętaj o swoim zadaniu! – I nagle wszyscy zniknęli. Pień ogromnego drzewa zatrzeszczał. Wielkie konary zaczęły zbliżać się do ziemi i okręcać wokoło niego. W samym środku drzewnej spirali błysnęła iskierka światła, powoli stawała się coraz większa. Co chwilę pojawiała się i znikała. W końcu stała się na tyle duża, że byłam wstanie przez nią przejść. Obejrzałam się za siebie, westchnęłam. Żegnaj wataho, witaj przyszłości.

sobota, 1 lipca 2017

Od Shadow

--------------------

Wadera spojrzała na mnie, po czym wróciła do podcinania roślinek.
- A więc, Shadow, mówisz, że potrzebujesz schronienia, tak? - Zapytała, urywając przy okazji listek jednej z roślin.
- Tak - odparłam, w moim głosie słychać było zdenerwowanie, przyglądając się jej spokojnemu zachowaniu, coś mi tu nie pasowało. Byłam przyzwyczajona do biegu, zmian miejsc i czasu. Biała wilczyca niespiesznie przelała wodę do drewnianej miski, wrzuciła tam wcześniej zerwany listek. Odwróciłam głowę, by przyjrzeć się temu miejscu. Nie często tu bywałam.
- Moim obowiązkiem jest więc ci go udzielić - kontynuowała i przysunęła miskę. - Pij.
Popatrzyłam na nią niepewnie, ale wreszcie pociągnęłam łyk, z dużą dozą niepewności. Przez myśl przemknęło mi, że mogła być zatruta, ale jednak pragnienie wygrało i znów napiłam się z niej.
- Nie możesz jednak zostać tu, w Drzewie Życia, przez wzgląd na moje... - spojrzała na moje ubłocone łapy, nie wyglądałam najlepiej - bezpieczeństwo. Rozumiesz chyba, nie mogę pozwolić nieznajomym nocować tam, gdzie śpię i ja. Mając jednak na uwadze twój stan - moje futro było pozlepiane błotem i zastygłą krwią, a z rany sączył się niezdrowo wyglądający płyn, który dopiero teraz zauważyłam. Skrzywiłam się lekko - zrobię wyjątek i pozwolę ci zostać u mnie w piwnicy na jedną noc. Moi mali pomocnicy przygotują dla ciebie leżankę, zapewnią ci wodę i strawę i oczyszczą rany. Później zobaczymy, co z tobą począć.
Zastanawiało mnie, kim są "mali pomocnicy", kiwnęłam głową i rozejrzałam się znów wokoło.
- Chodź za mną - powiedziała i ruszyłam w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Była trochę spięta, pewnie nie chciała bym poznała Drzewo życia. - To już tu - oznajmiła, gdy byłyśmy już na dole. Popatrzyłam na to wszystko, nie wyglądało źle. Bywałam w gorszych miejscach, a to można nazwać luksusem, jakby się uprzeć.
- Dziękuję - powiedziałam z trudem, nie lubię dziękować. - Przepraszam za kłopot.
Nie chciałam sprawić wrażenia jakiejś dziwnej, która nie przeprosi ani nie podziękuje, chociaż uprzejmość przyszła mi z trudem, zdobyłam się na to. Wadera skierowała się w stronę wyjścia, gdy zniknęła ja usiadłam i pozwoliłam stworkom zająć się moimi ranami. Zastanawiałam się, gdzie teraz się podzieję, muszę znaleźć schronienie na dłużej, aż rany się zagoją... Zaczęłam zastanawiać się nad Cieniem, ale nie chciałam wracać do niektórych stworzeń i zdrajców. Potrząsnęłam głową, ale jednak przeniosłam część siebie w Cień, by przynajmniej odnaleźć moją przyjaciółkę.
- Shadan! - Usłyszałam jej głos w swym umyśle.- Czemu znowu nas opuszczasz?
- Przykro mi, Ad. Ale zdecydowałam, że nie będę tam często wracać - uśmiechnęłam się lekko, moja część w Cieniu zrobiła to samo.
- Rozumiem... - westchnęła tamta, było mi przykro, że muszę ją opuścić.
- Niedługo znajdę się w Cieniu, przecież wiesz. Nie mogę tu zostać na zawsze -powiedziałam i wróciłam do swej cielesnej postaci, zauważyłam że leżę na posadzce. Wstałam i poszukałam wzrokiem wyjścia, powinnam była już opuścić watahę. Skierowałam się do tamtego miejsca i wyszłam z pomieszczonka.
- Dziękuję za nocleg - rzuciłam w stronę wadery.

wtorek, 27 czerwca 2017

Od Ferishii

--------------------------------

Obrzuciłam przybysza przelotnym spojrzeniem, po czym wróciłam do podcinania pojedynczych, ususzonych listków ziół stojących na parapecie okiennym - mogłoby się wydawać, że to trochę niegrzeczne z mojej strony, ja jednak nie chciałam, by przybycie rannej wilczycy przyniosło, poza błotem, sztywną i napiętą atmosferę. Starałam się pokazać jej, że jestem rozluźniona.
- A więc, Shadow, mówisz, że potrzebujesz schronienia, tak? - Zapytałam, urywając przy okazji listek jednej z roślin z mojej hodowli. 
- Tak - odparła nieco poddenerwowana. Widać było, że zależy jej na czasie i nie w smak jej moja opieszałość.
Niespiesznie przelałam wodę z konewki do drewnianej miseczki. Za pomocą magii podgrzałam płyn i wrzuciłam do niego zerwany wcześniej liść.
- Moim obowiązkiem jest więc ci go udzielić - kontynuowałam, podając jej misę z przygotowanym naparem. - Pij.
Poczekałam, aż pociągnie pierwszy łyk, co uczyniła z dozą niepewności, prawdopodobnie obawiając się, że napój jest zatruty.
- Nie możesz jednak zostać tu, w Drzewie Życia, przez wzgląd na moje... - spojrzałam na jej ubłocone łapy i już prawie wymsknęło mi się słowo "posadzki", w porę jednak ugryzłam się w język - bezpieczeństwo. Rozumiesz chyba, nie mogę pozwolić nieznajomym nocować tam, gdzie śpię i ja. Mając jednak na uwadze twój stan - wilczyca wyglądała doprawdy nieciekawie; jej futro było pozlepiane błotem i zastygłą krwią, a z wyglądającej na głęboką rany sączył się niezdrowo wyglądający płyn - zrobię wyjątek i pozwolę ci zostać u mnie w piwnicy na jedną noc. Moi mali pomocnicy przygotują dla ciebie leżankę, zapewnią ci wodę i strawę i oczyszczą rany. Później zobaczymy, co z tobą począć.
Zostałam postawiona w dość trudnej sytuacji. Szczerze chciałam udzielić strudzonej wędrowczyni pomocy, teraz jednak, gdy wataha była słaba, nie mogłam się narażać. Najbardziej niepokoił mnie fakt, że nie mamy żadnego medyka, a nie chciałam, by nieznajoma się o tym dowiedziała - mogła być w końcu szpiegiem czy być po prostu wrogo nastawiona.
- Chodź za mną - powiedziałam i ruszyłam w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Specjalnie szłam okrężną drogą, by uniemożliwić wilczycy poznanie ważniejszych korytarzy wewnątrz Drzewa Życia. - To już tu - oznajmiłam, gdy dotarłyśmy na miejsce.
- Dziękuję - odezwała się wadera. - Przepraszam za kłopot.
- Ależ nie ma sprawy - oznajmiłam z uśmiechem, może trochę wymuszonym. - Gdybyś czegoś potrzebowała, moi mali pomocnicy ci to zapewnią - poinformowałam ją, uśmiechając się przyjacielsko do moich duszków.
Skierowałam się w stronę wyjścia, zostawiając ranną samą w niewielkim pokoju gościnnym w piwnicy.


--------------

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Od Ferishii

------------------------------
------------------------------

W jednej chwili opuściły mnie wszystkie siły. W moim ciele nie została nawet ilość energii wystarczająca, bym mogła ustać na własnych łapach, upadłam więc bezwładnie na ziemię.
Poczułam rozrywający ból. Czułam się, jak kawałek metalu, rozgrzany do czerwoności i rozdzierany przez rzemieślnika gorącymi szczypcami. Ból był tak silny, że przed oczami pojawiły mi się mroczki, a zawartość żołądka podsunęła niebezpiecznie blisko gardła. Jednak nie on był najgorszy.
Moje ciało dymiło jak ognisko, nie dało się jednak na szczęście wyczuć zapachu spalenizny czy innej, podobnej woni, co mnie jednak nie uspokajało.
Po kilku minutach spędzonych w męczarniach, ból ustąpił, a mroczki zniknęły sprzed oczu, odsłaniając dziwny widok: nade mną unosił się około tuzin bezkształtnych obłoczków dymu. Po chwili obłoczki zaczęły nabierać kształtu i już zorientowałam się, z czym, a raczej z kim mam do czynienia. Poczułam, jak gula narasta mi w gardle. Jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak przerażona.
- Ferishio - odezwał się jeden z bogów, przybierając niemal wykładniczy ton - chcesz nam powiedzieć, że nie chciałaś, by powiodła się misja zlecona przez jednego z nas? - W jego głosie kryła się nagana.
- J-ja... - urwałam. Bałam się odezwać i odruchowo postąpiłam kilka kroków do tyłu, spuszczając przy tym głowę.
Rozejrzałam się jednak po okolicy. Więzienie, w którym bogowie zamknęli smoki, nie było przytulnym miejscem. Widziałam też, jak zaklęcie zabija część tych stworzeń. Za co spotkała je tak okrutna kara? Czy pycha i arogancja to wystarczające powody, by skazać żywą istotę na wieczne cierpienie?
Spojrzałam na smoka, który wcześniej mnie uratował. Dzięki niemu zrozumiałam, że bogowie mogą się mylić co do tej rasy. To, że część z nich zachowało się niewłaściwie, w żaden sposób nie usprawiedliwia okrucieństwa istot wyższych.
- Ja nie uważam, by smoki należało na powrót zamknąć - postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. I tak nie mogłam już znaleźć się w gorszym położeniu. - Zdałam sobie sprawę, że to okrutne i nie mam zamiaru wam w tym pomagać. 
- Patrzcie, jaka ta mała pewna siebie - zaśmiał się jeden z bogów. - No cóż, jesteś z nami albo przeciwko nam. Pomogłaś nam w wykonaniu misji, co prawda nieświadomie, służąc nam za środek transportu, dlatego tym razem pozwolimy ci odejść. Wiedz jednak, że straciłaś już naszą opatrzność. Teraz będziesz musiała nauczyć się bez niej żyć. Co zaś tyczy się twoich łuskowatych przyjaciół... im nie okażemy litości.
By dowieść, iż nie są to tylko puste słowa, rzucił śmiercionośne zaklęcie, które wycelował prosto w jednego ze smoków.
Zareagowałam najszybciej, jak potrafiłam. Posłałam moje myśli wgłąb siebie, by zaczerpnęły z wewnętrznego rezerwuaru energii, chcąc wytworzyć jakieś kontrzaklęcie - jakąś tarczę, neutralizator, cokolwiek. Kiedy jednak odnalazłam odpowiednie miejsce w moim ciele, z przerażeniem odkryłam, że zasoby mojej magii są puste. Nie było po nich śladu, jakbym straciła całą swoją magiczną moc.
Zaskomlałam cicho w poczuciu bezradności.
Magiczna kula posłana przez boga leciała prosto w stronę czarnołuskiego. To chyba dzięki przerażeniu, które mnie wtedy ogarnęło, udało mi się wykrzesać z siebie odrobinę energii magicznej, co wystarczyło, by nieznacznie zmienić tor lotu pocisku. Udało mi się uratować smoka. Dokonałam tego o własnych siłach, co zdawało się zaskoczyć bogów.
Miałam ochotę krzyknąć: "Nie jestem taka słaba, jak się wam wydaje", jednak i tak już sobie u nich nagrabiłam i uznałam, że nie warto pogarszać sytuacji.
Korzystając z chwili nieuwagi nieprzyjaciół, szepnęłam do smoka:
- Wiesz co? Chyba mam plan. Musisz tylko użyczyć mi swojej energii.
Gad bez chwili wahania otworzył się na mnie, a ja rzuciłam zaklęcie, które miało uratować smoki.

***

Z grymasem na pysku spożywałam bezsmakową papkę z nasion, zastanawiając się przy tym, dlaczego zdrowe rzeczy zawsze są takie niesmaczne. Całe szczęście był to już mój ostatni "szpitalny" posiłek.
Do ogromnego, wyściełanego słomą gniazda nadleciała pokryta szarozieloną łuską smoczyca. Podeszła do mojego zrobionego ze skór legowiska i złapała mnie w szpony, co było dość nieprzyjemnym uczuciem, choć starała się postępować ze mną delikatnie.
Jej palce z zadziwiającą zręcznością zdjęły opatrunek z mojego boku, tym razem jednak nie założyła już świeżego. Gdy zostałam odstawiona na wyściełane gałęziami podłoże, odwróciłam głowę w kierunku swoich żeber, by przyjrzeć się ranie. Ładnie się goiła, pomimo faktu, że smoki opatrzyły mnie w dość nieudolny sposób - moje ciało było zbyt małe dla ich łap, by mogły precyzyjnie zaszyć szwy. Dlatego też, pomimo ich najlepszych starań, pod moim futrem zapewne na zawsze pozostanie nieregularna blizna.
Podziękowałam pielęgniarce za opiekę nad nią, poczułam się jednak trochę głupio, gdyż nie miałam nic, co mogłabym jej ofiarować w podzięce. Podzieliłam się tym spostrzeżeniem ze smoczycą.
- Och - zaśmiała się. - Chcesz powiedzieć, że uratowanie naszej rasy to niewystarczające podziękowanie, Ferishio?
Zaśmiałam się. Nawiązałyśmy jeszcze krótką rozmowę, po czym każda z nas udała się w swoją stronę.
Schodzenie ze wzniesienia, na którym umieszczone było gniazdo, zmęczyło mnie, dlatego przysiadłam na skalnej półce i z nostalgią spojrzałam na roztaczający się przede mną krajobraz Nerthveny.
Kraina niewiele się zmieniła podczas mojej nieobecności - dziwnie było mi myśleć o moim zniknięciu jako o nieobecności właśnie.
Żeby uratować smoki, połączyłam swoje siły z Darsh'tianem i udało mi się przenieść nas wszystkich w przyszłość, zostawiając rozwścieczonych bogów w innym niż nasz wymiarze czasowym.
Oznaczało to jednak, że nie było mnie na terenie Nerthveny przez kilka... tygodni, miesięcy, lat? Nie mogłam tego jednoznacznie stwierdzić.
Wiedziałam jednak, że bez mojego przewodnictwa, Firth Athaill rozpadło się, a wraz z nim me serce rozsypało się na tysiące drobnych kawałeczków. Obrałam sobie teraz jeden wyraźny życiowy cel: odbudować watahę i przywrócić jej dawną potęgę. Wiedziałam, że przede mną długa droga, byłam jednak pełna determinacji.
Przelatujący niedaleko mały, zwinny smok o żółtym ubarwieniu skręcił w moją stronę.
- Wiadomość do wszystkich! Zgromadzenie na dziecińcu głównym rozpoczyna się za pół godziny! - Wykrzykiwał bez ustanku. Wkrótce odleciał poza zasięg moich oczu i uszu.
Z głośnym westchnieniem podniosłam się do pozycji stojącej. Znów musiałam wspiąć się na górę, a bynajmniej nie było to to, na co miałam w tej chwili ochotę.

***

Słuchałam z zainteresowaniem, co rada smoków chciała ogłosić swojemu ludowi. Obserwowałam widowisko, siedząc na czubku głowy Darsh'tiana - smok uznał, że nie pozwoli mi stać na ziemi, gdyż mogłabym zostać rozdeptana. Kiedy stwierdziłam, że potrafię na siebie uważać, zaśmiał się tylko i delikatnie musnął pazurem nierówną bliznę na moim boku.
- ... W związku z tym ogłaszam wyprawę - kontynuował srebrnołuski samiec. - Przemierzymy świat w poszukiwaniu innych smoków. Tu, w Krainie, chwilowo pozostanie tylko Darsh'tian, jako iż jest najmłodszy z nas. Jego obowiązkiem będzie zbieranie znajdujących się tu smoków w jedno zgromadzenie.
Rozbrzmiały wiwaty na cześć smoka. Odruchowo skinął głową, dziękując współplemieńcom za aplauz, a ja prawie zsunęłam się na śliskich łuskach.
- Wygląda na to - szepnęłam mu do ucha - że teraz mamy podobne cele.

--------------
KONIEC

niedziela, 25 czerwca 2017

Od Darsh'tiana

-------------------------------
-------------------------------

Przeżywałem ponownie koszmar, przez który musiałem przejść lata temu. Wiedziałem, że magiczne anomalie, które transformowały świat wokół nas, są tylko zwiastunem ponownego zamknięcia pieczęci. 
Wiedziałem, że muszę schować się pod ziemię, inaczej czeka mnie bolesna śmierć. Nie pytając o zgodę, chwyciłem wilczycę w łapę i zeskoczyłem w otchłań.
- Pieczęć znów się zamyka. Nie ma już szans na ucieczkę. Ci, którzy znaleźli się dalej od groty, zostali już zabici przez zaklęcie - wyjaśniłem jej prędko, gdy spadaliśmy. Znów poczułem znienawidzoną posadzkę jaskini pod łapami. - My natomiast zostaniemy tu zamknięci na kolejne setki lat. Nie było mi dane długo cieszyć się wolnością - oznajmiłem smutno.
- Nie da się tego jakoś zatrzymać? - Zapytała wadera.
Odpowiedziałem jej wymownym milczeniem, a ona zwiesiła smutno głowę. Zrozumiała.
Wciąż jednak coś mi tu nie pasowało. Pieczęć nie mogła tak po prostu zamykać się sama z siebie. Ktoś musiał wypowiedzieć zaklęcie, dostarczać mu energii magicznej i pilnować jego przebiegu. Tymczasem zdawało się, że byliśmy tu sami - ja, inne smoki i wilczyca.
Wtedy zrozumiałem.
Udało mi się dostrzec blade obłoczki many tańczące wokół łap wadery. Ogarnęła mnie wściekłość, jakiej nie czułem jeszcze nigdy w życiu. No tak! Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Jak mogłem jej zaufać! Przecież to oczywiste, że żaden smok nie chciałby ponownego zamknięcia pieczęci. Jakim cudem jednak jedna, drobna wilczyca, mogła zgromadzić w sobie wystarczająco dużo mocy magicznej, by rzucić tak potężne zaklęcie? Nie wyglądała nawet na zmęczoną. Jeżeli jej zasoby many są tak duże, jak mogło mi się wydawać, w pojedynku magicznym nie miałem z nią szans.
Zbliżyłem do niej pysk. Gdybym teraz zaatakował z zaskoczenia, może mógłbym odebrać jej życie, co, jak się domyślam, przerwałoby zaklęcie. Wyszczerzyłem zęby z zamiarem pochwycenia wadery, nie mogłem jednak tego zrobić. Jakoś tak... polubiłem ją i nie mogłem uwierzyć, by to ona za tym wszystkim stała.
- Ty! Jak mogłaś! I po co ja cię ratowałem?! - Krzyknąłem tylko, a tubalny głos odbił się echem po ścianach jaskini.
- O czym ty mówisz?! - Zapytała, robiąc krok w tył, by się ode mnie oddalić.
- Nie zgrywaj niewiniątka! To ty rzuciłaś zaklęcie!
Łapy pod waderą ugięły się, a jej pyszczek otworzył w geście niedowierzania. Wyglądało to dość autentycznie, ale teraz nie mogłem jej wierzyć.
- J-ja nic nie zrobiłam... - tłumaczyła się cicho, ledwie mogłem ją dosłyszeć. - Nie ma sensu ukrywać prawdy - podjęła. - Zostałam tu przysłana, by uniemożliwić smokom powrót to krainy. Kiedy jednak przekonałam się, że nie jesteście bestiami z horroru, zmieniłam zdanie! - Jej głos chwiał się, często robiła pauzy. - Chcę, by smoki wróciły do Nerthveny! - Krzyknęła, teraz już pewniejszym tonem.
- Ach tak? - Usłyszałem. Głos dobiegał jakby zewsząd i ciężko było określić nawet płeć jego właściciela.
W tym momencie z ciała wilczycy zaczęło unosić się kłębowisko dymów, a ona padła bez sił na ziemię.

----------------------------------
----------------------------------

nie jestem zadowolona z tego opowiadania :|