niedziela, 4 marca 2018

Od Minho

 (HIRO)

Szczeniak otworzył oczy, pierwsze, co zobaczył to wpatrujące się w niego bez życia oczy sarenki. Wzdrygnął się nieco, po czym podniósł się i rozejrzał. Zobaczył wilka, który był niemal tej samej wielkości, co Minho. Większy, mniejszy? Prawie taki sam.
-Kim jesteś? - zapytał szczeniak, wyraźnie niezadowolony z jego obecności.
-Hiro - odpowiedział krótko. -Nie musisz dziękować.
Basior najwyraźniej również nie był zbyt zadowolony z obecności szczeniaka. Po chwili Minho zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się w jaskini.
-Ach, dzięki - powiedział szczeniak. -Jestem Minho.
-Niemiło mi cię poznać. Jedz - położył się.
-Nie lubisz obcych, czy szczeniaków? - zapytał młodszy wilk, obwąchując sarnę.
-I tego i tego.
-Podobnie jak ja, ale z większym naciskiem na obcych - przystąpił do jedzenia.
Kiedy skończył oblizał pysk, po czym szepnął coś martwej sarnie do ucha. Usiadł i obejrzał się na swój ogon, przystąpił do czyszczenia go.
-Jest może gdzieś w pobliżu jakiś strumień? - zapytał szczeniak.
-Tak, jakieś pół godziny drogi.
-Uh... to nie jest dobry pomysł - powiedział Minho, poruszył nerwowo ogonem.
-Boisz się, że kruki cię zjedzą?
-Jakie kruki? - zapytał nieco zdziwiony.
-Kiedy cię znalazłem, latały nad tobą jakieś ptaszyska.
-To nie były kruki - odpowiedział Minho. - To coś nawet nie miało piór. Od pewnego czasu w okolicy kręcą się jakieś dziwne stworzenia. Ostatnio przeżyłem bliskie spotkanie z ziemią, gdy uciekałem przed czymś, co wyglądało trochę jak wilk, ale zgarbiony i bez uszu. Zaatakowały całym stadem, bo ciężko to nazwać watahą. Później to dziwne, latające coś... może ty wiesz, o co tu chodzi? - zapytał, przechylając łeb.


Od Neythiri




Zaciekawiona dreptałam u boku Darsh'tiana. Powoli wynurzaliśmy się z dzikich leśnych ostępów - drzewa się przerzedzały, chaszcze nie dawały się już tak bardzo we znaki. Pod naszymi łapami delikatnie chrzęściły drobne, lodowe kuleczki, pozostałe po gradzie.
- Długo idzie się do tych gór? - zapytałam, chcąc przerwać chwilowe milczenie.
- Niezbyt. Cierpliwości. - mruknął z uśmiechem. Westchnęłam.
Przez dłuższą chwilę zapadła między nami cisza, ale cisza przyjazna. Szłam w milczeniu, wsłuchując się w miarowy odgłos, jaki wydawały smocze łapy odbijające się od zasłanej szczątkami roślin ziemi. W pewnym momencie zauważyłam słoneczne refleksy, lśniące na łuskach  Darsh'tiana. Uniosłam głowę nieco wyżej i stwierdziłam, że zbliżamy się do granicy lasu. Liczyłam, że, po wyjściu spomiędzy drzew, dostrzegę wreszcie złote góry.
Rzeczywiście, po kilku minutach spokojnego marszu ujrzeliśmy granicę lasu. Przyspieszyłam kroku.
- To tutaj? - spytałam, nie potrafiąc ukryć emocji.
Smok zaśmiał się melodyjnie.
- Tak. Zaraz zobaczysz, dlaczego te wzniesienia nazywamy złotymi. - mruknął, jeszcze bardziej budując pokaźne już napięcie.
W kilku dłuższych susach pokonałam odległość dzielącą mnie od wyczekiwanego widoku, po czym wyskoczyłam zza drzew, a moim oczom ukazał się niezwykły krajobraz, którego zwieńczeniem były majaczące w oddali szczyty, mieniące się złotem. Musiałam przyznać, że ich nazwa była niezwykle trafna. Stałam na skraju drobnego urwiska, które prowadziło na rozległą równinę. Wystarczyło tylko przemierzyć nieduże pustkowie, by znaleźć się na miejscu.
- Opłacało się przyjść aż tutaj? - usłyszałam za sobą głos smoka.
- A co to za pytanie? Oczywiście, że tak! Kurczę, ale tu jest pięknie! - machnęłam z ekscytacji ogonem i zaczęłam schodzić ze stromego zbocza. Zaraz jednak powstrzymał mnie ruch łapy 'Tiana.
- Uważaj, tu jest bardziej niebezpiecznie, niż się wydaje. - ostrzegł mnie. Potulnie cofnęłam się i zrównałam z rozmówcą.
Smok ciągnął dalej:
- Może lepiej będzie, jeśli użyjesz swoich skrzydeł i zlecisz stąd. Ja pójdę tędy, mam już jako taką wprawę i wiedzę odnośnie tych terenów. - polecił, wskazując mi kierunek lotu. Zgodziłam się.
- Tylko uważaj tam, nie chcę stracić przewodnika. - zaczepiłam go, szturchając lekko barkiem o jego bok. Parsknął.
- Bez obaw. Chyba raczej tobie przyda się szczęście, bo tam, na górze, podobno nieźle dmucha. - mruknął, siląc się na spokój. Zadrżałam, ale nie dałam po sobie tego poznać.
- W takim razie ciekawe, kto będzie pierwszy na dole! - krzyknęłam, podkreślając ostatnie słowa i rozpostarłam skrzydła.
Darsh'tianowi nie trzeba było dwa razy powtarzać propozycji drobnej rywalizacji. Co więcej, błyskawicznie zareagował: odbił się od podłoża wszystkimi czterema łapami i znalazł się niemal w połowie zbocza. Nie czekałam więc dłużej i poderwałam się do lotu. Zaciekle machając skrzydłami uniosłam się wysoko, po czym poszybowałam w wyznaczone miejsce, zataczając niewielkie okręgi.


Darsh'tian? Coś ostatnio brak weny, a autokorekta pozwala sobie na zbyt wiele...

sobota, 3 marca 2018

Od Hiro


   Spojrzałem na martwą sarnę przed sobą i skrzywiłem się lekko. Czuć było od niej fetor zgnilizny, zapewne leżała tutaj od kilku dni, widać było na jej szyi ślady ugryzień. Cokolwiek jednak zabiło te zwierzę, nie zechciało zjeść go, jakby zabiło dla przyjemności.
- Dobrze, że chociaż z dala od mojej jaskini - mruknąłem, odwracając się, i skierowałem swe kroki na południe, by zbadać jeszcze niektóre tereny na własny użytek.
   Od dwóch dni wędrowałem po okolicy, żeby ją poznać i wiedzieć jak najwięcej. Każda wiedza jest przydatna... no, prawie każda.
- Ciekawe jakbym sobie radził bez watahy - pomyślałem, patrząc na bandanę na swojej łapie. Była nieskazitelnie czarna, o co dbałem, niestety powoli zaczęła się strzępić, co napełniało mnie lekką trwogą. Nie pamiętam nawet, dlaczego ją noszę, ale wiem, że muszę, i boję się jej zniszczenia.
   Spoglądałem przed siebie, gdy nagle usłyszałem krakanie. Spojrzałem w górę, na kilka krążących kruków, definitywnie krążył nad jednym konkretnym miejscem.
- Padlina? - zapytałem siebie na głos, kierując swoje kroki przez gęstwinę w stronę owego miejsca. Z dala wyczułem zapach innego wilka, więc moje kroki stały się nagle niemal bezszelestne, co trenowałem ostatnio przez długi czas.
   Gdy dotarłem do miejsca, nad którym dostrzegłem kruki, zauważyłem zwiniętą kulkę sierści. Długi ogon, małe ciało. Wzdrygnąłem się.
- Szczeniak - wyszeptałem z obrzydzeniem. Podszedłem jednak do małego i trąciłem go łapą. - Żyjesz?
   Odpowiedziało mi chrapanie, więc przewróciłem oczyma. Mały wyglądał na zmęczonego i głodnego, spał też kamiennym snem. Wzdrygnąłem się jeszcze bardziej, i powoli pochyliłem się i ująłem sierść szczeniaka w swój pysk, po czym podniosłem go z ziemi. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jest cięższy niż wygląda.
Po chwili, w akompaniamencie krakania, udałem się w stronę swojej jaskini

***

   - Wstawaj, bo mi zaraz posłanie tobą prześmierdnie - rzuciłem do śpiącego wciąż szczeniaka, patrząc jak mały przewraca się na moim wygodnym leżu. Przed nim leżała upolowana przeze mnie sarenka, patrząc otwartymi ślepiami na szczeniaka.
   Odkaszlnąłem raz, drugi, trzeci. Młody wciąż spał, więc trzepnąłem go ogonem po łbie, co wreszcie go rozbudziło.

(Mały? Nie śpij, bo Cię ukradną :P )

Od Minho - Co jest grane?



Szczeniak od kilku dni wędrował samotnie po nieznanych sobie terenach. Co dziwne, nigdzie nie mógł znaleźć żadnej zwierzyny, nawet najmniejszego gryzonia.
Może te dziwne stwory wszystko wyjadły, pomyślał.
Usłyszał burczenie dochodzące ze swojego brzucha, skrzywił się lekko, poszedł dalej. Był głodny i chciało mu się pić. Rozejrzał się w poszukiwaniu choćby kałuży, jednak nic nie znalazł.
Zaraz oszaleję, pomyślał, siadając pod drzewem. Było gorąco, a do zmroku zostało kilka godzin. Szczeniak omal nie wpadł w szał, gdy nie udało mu się znaleźć żadnego schronienia. W dodatku był brudny, wszystko bolało go od bliskiego kontaktu z ziemią mającego miejsce kilka dni temu.
Oparł się o drzewo, wziął kilka głębokich wdechów. Nawet tu, w cieniu ogromnego drzewa nie dało się swobodnie oddychać.
Usłyszał dziwny szum. Spojrzał w górę i zobaczył dziwny kształt na niebie. Coś jakby ptaki, tylko o wiele większe. Za chwilę pojawił się drugi. Kolejny.
Czy naprawdę nigdzie nie mógł czuć się bezpiecznie?
Szczeniak stwierdził, że wejście na drzewo nie byłoby najmądrzejszym pomysłem, tak samo jak wychodzenie spod drzewa.
Musiał znaleźć kogoś, kto wyjaśni mu, o co w tym wszystkim chodzi.
Położył się i ułożył głowę na łapach, czekając aż stwory odlecą, zasnął.


czwartek, 1 marca 2018

Od Tian Shamy


- Wzywałeś mnie. - potwierdziłam swoje przybycie. Darsh wyraźnie był zaskoczony moim przybyciem.
- Nieprawda. - wycedził przez zaciśnięte zęby, spoglądając prawie prosto w moje oczy. Byłam okropnie zła na posłańca, który wyprowadził mnie w pole mówiąc, że byłam potrzebna u Darsha.
- Twój posłaniec twierdził inaczej. - stwierdziłam.
- Nie wysyłałem żadnego posłańca. Musimy mieć zdrajce w szeregach. - powiedział po chwili. Już nie mogłam wytrzymać i już chciałam lecieć go szukać...
- Zabiję tego... - i poderwałam się do lotu.
- Stój! - smok zagrodził mi dość efektownie głowę, ale gdybym chciała, z łatwością bym go odepchnęła. Pewnie to wyglądało śmiesznie. Potężna bestia została zatrzymana o dwa czy trzy razy mniejszego przedstawiciela tego samego gatunku. - Możliwe, że on tylko przekazał błędne informacje od kogoś innego, sam o tym nie wiedząc. Albo że został zastraszony. - dodał nieco zdyszany tym energicznym ruchem zagradzającym.
- W takim razie co chcesz zrobić? - spytałam, nie wiedząc, co dalej.
- Nie wiem. - powiedział. W mojej głowie, która zawsze była pełna pomysłów, w tym momencie była kompletnie pusta.
- JEZUS MARIA. - uświadomiłam sobie nagle. Jak mogłam się tak łatwo podejść?!
- Co, co się stało? - zdziwił się Darsh.
- Mogłam od razu! Choć, lecimy! Wyjaśnię po drodze! - krzyknęłam podrywając się szybko do lotu. Przecież oni rozbiją oddział!!! Smok również się poderwał i od razu polecieliśmy. Mój kompan wyraźnie się zmęczył, więc wzięłam go na grzbiet i szybko znaleźliśmy się na miejsce.
- Uwaga! - krzyknęła Laguna ukryta z resztą w jaskini bez wyjścia. Smok, ni skąd, ni zowąd już miał zionąć ogniem. Na szczęście ruszyliśmy oboje do ataku. Porwałam smoka natychmiast i wypuściłam, przystępując do zionięcia. Darsh podleciał do reszty oddziału, a ja pobawiłam się z wrogo nastawionym smokiem.
- Czarny tu jest... Przekonacie się o tym! - powiedział smok przed moim ostatecznym ciosem, po czym już go nie było - upadł po moim oddechu.
- Czarny tu jest! - krzyknęłam do reszty.


Darsh?

Od Ferishii


Wciąż oszołomiona całą tą sytuacją, próbowałam jednym uchem słuchać Dewi'ego, kiedy odprowadzałam Sakurę wzrokiem. 
Wiedziałam, że już wcześniej słyszałam jej imię. Ale gdzie, kiedy? W jakich okolicznościach? Nie byłam wstanie odpowiedzieć sobie na te pytania, co rodziło we mnie wewnętrzną złość i frustrację.
Wpatrywałam się jeszcze chwilę w pusty korytarz, czekając, aż Dewi zakończy swoją wypowiedź. 
Kiedy zamilkł, odwróciłam łeb w stronę skulonego w kącie celi Angela. 
Spojrzenie lepora było utkwione gdzieś w martwy punkt na podłodze, a jego ciałkiem co jakiś czas wstrząsał niewielki dreszcz. Chociaż bardzo chciałam - i powinnam! - się na niego w tym momencie gniewać, nie potrafiłam czuć w tym momencie niczego innego niż współczucie. 

- To zdrajca - powiedział chłodno Dewi.

- Masz rację, ale... - odparłam bez przekonania, nie siląc się, by dokończyć zdanie. Szybko zmieniłam temat. - Wiesz, kiedy... kiedy oni mnie przemienili... Dziękuję, że ze mną wtedy nie walczyłeś - wtuliłam się w jego pierś. - Ja... Nie wiem, co się ze mną wtedy stało. Nic nie pamiętam. 

- To nie twoja wina, to, co się stało - zapewnił, gładząc mnie po głowie. - Nie byłaś wtedy sobą.

Skinęłam ponuro głową, bojąc się powiedzieć mu, co w tamtym momencie myślałam. Dewi jeszcze nie znał mojego drugiego oblicza, tego, które ujawnia się, gdy stracę kontrolę nad moją magią. W gruncie rzeczy zachowuję się wtedy tak samo jak wtedy, kiedy byłam pod wpływem zaklęcia. Teraz zrozumiałam, że mogłabym w tym stanie skrzywdzić też swoich bliskich.

- To... co teraz zrobimy? - Zmieniłam temat.

- Mogę się wam przydać - cichy głos dobiegł naszych uszu z kącika celi. - Znam te korytarze i wiem, jak stąd uciec...

- Skąd mamy wiedzieć, że to nie kolejna pułapka?! - Wypalił Dewi. Położyłam mu łapę na ramieniu, żeby trochę go uspokoić. Niech pozwoli leporowi skończyć.

- Nie wiem jednak, jak wyrwać się z tej celi - kontynuował niewzruszony skrzydlaty królik. - Właściwie nikt was nie strzeże, wszyscy są przekonani, że tutejszych zabezpieczeń nie da się sforsować. Mają w tym sporo racji. Założę się jednak, że muszą mieć one jakiś słaby punkt.

Spojrzeliśmy po sobie z Dewim. Angel wpatrywał się w nas pewnym siebie, pełnym przekonania wzrokiem. Może to głupie, ale byłam gotowa znów mu zaufać.

Dewi?

Od Darsh'tiana


Kręciłem się bez większego celu po polanie, z której miałem dobry widok na Drzewo Życia. Wróciłem właśnie z obchodu naszych granic, zdążyłem zdać raport Ferishii i wszystko z nią przedyskutować.
Sytuacja nie wyglądała za dobrze. Któryś z wilków natrafił na ślady Czarnego głęboko na terenach watahy, a ja sam natknąłem się na sporą grupkę głuszców, z którymi nie udało mi się dostatecznie rozprawić - część z nich uciekła, nim sięgnęły ich moje kły i pazury.
Ostatecznie nic nic nie ustaliliśmy. Skończyło się na tym, że każde z nas miało pomyśleć jeszcze nad możliwą strategią działania i spotkać się ponownie w południe.
Ucieszyłem się jak pisklę, gdy zobaczyłem wielkie, zamarznięte kałuże. Wchodziłem na nie, z satysfakcją słuchając, jak lód pęka pod moim ciężarem. Pozwoliło mi to na chwilę oderwać myśli od bieżących problemów, których ostatnio miałem za dużo na głowie.
Zupełnie nagle okolicę spowił cień, nie uznałem tego jednak za nic niepokojącego - ot, pewnie kolejna chmura przesłoniła słońce, jak to ma miejsce dziesiątki razy w ciągu dnia.
Wzdrygnąłem się lekko, gdy kątem oka zauważyłem jakiś spory kształt, który zatrzymał się na kilkanaście metrów ode mnie. Poczułem silne wibracje w ziemi, a chwilę później dotarł do mnie powiew wiatru.

- Wzywałeś mnie - usłyszałem znajomy głos. To wyznanie zrodziło we mnie przeciwstawne uczucia.

Z jednej strony poczułem ulgę - to nie zagrożenie, to jeden z naszych. Z drugiej - moje serce ścisnęło się z niepokoju.

- Nieprawda - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, spoglądając prosto w oczy Tian Shamy. No, może nie do końca prosto w nie - znajdowały się na zupełnie innym poziomie niż moje. Chciałem jednak dokładnie przypatrzeć się w tej chwili wyrazowi jej pyska.W tej chwili malował się na nim gniew, najprawdopodobniej spowodowany niczym innym jak świadomością, że musiała przylatywać tu na marne.

- Twój posłaniec twierdził inaczej - oznajmiła chłodno.

- Nie wysyłałem żadnego posłańca. Musimy mieć zdrajcę w szeregach.

- Zabiję tego...! - wykrzyknęła, podrywając się do lotu.

- Stój! - Zagrodziłem jej drogę, co było dość głupie, biorąc pod uwagę naszą różnicę rozmiarów. - Możliwe, że on tylko przekazał błędne informacje od kogoś innego, sam o tym nie wiedząc. Albo że został zastraszony.

- To co, w takim razie, chcesz zrobić? - Zapytała.

Tian Shama?

Od Ferishii


- CZEKAJ!!! - Wykrzyknęłam, kiedy Angua zbyt pochopnie przystąpiła do wypicia zgniłozielonego płynu.
Nie zdążyłam jej jednak powstrzymać. Wadera zdążyła już pochłonąć eliksir. Za wcześnie. Nie wykonałyśmy jeszcze gestu oczyszczenia - znaku półksiężyca namalowanego na czole łapą unurzaną w czystej wodzie z dodatkiem ekstraktu z szałwii.
Bez tego drobnego gestu pozbawione duszy ciało wadery stawało się podatne na wpływy różnych sił nieczystych, jak to określił mój podręcznik.
Serce ścisnęło mi się, kiedy musiałam patrzeć, z jak niewyobrażalnym bólem zmaga się moja przyjaciółka. Mogłam się tylko domyślać, co w tamtym momencie czuła.
Skrzywiłam się widząc, jak zaczyna zapalczywie drapać się w pierś, jakby pod jej skórą został uwięziony jakiś demon, którego tylko w ten sposób można uwolnić.
Oprzytomniałam dopiero wtedy, kiedy zapach krwi tryskającej z jej piersi uderzył w moje komórki węchowe. Kilka kropel splamiło mi futro, ale nie przejęłam się tym. Skoczyłam w jej stronę, chcąc ją unieruchomić; ochronić przed nią samą.
- Coś ty zrobiła... - wychrypiała, kiedy się do niej zbliżyłam. To były jej ostatnie słowa, nim straciła przytomność.
Jej ciało stężało na moment, lecz po chwili wszystkie mięśnie rozkurczyły się, zastygając w bezruchu. Odstąpiłam na krok do tyłu, czując, jak w gardle narasta mi gula, a do oczu zaczęły napływać łzy. Straciłam ją. Ogarnęło mnie uczucie nieopisanej pustki. Zupełnie tak, jakby ktoś za pomocą zaklęcia wymazał wszystkie moje uczucia, wspomnienia, troski... zostawiając jedynie wszechogarniający ból.
Przełknęłam głośno ślinę, chcąc dodać sobie odwagi. Zaczęłam znów niepewnie zbliżać się do - to słowo nawet nie chciało mi przejść przez myśl - ciała wilczycy. Jej zamglone oczy makabrycznie wpatrywały się w przestrzeń. Czułam się niezmiernie bezsilna wiedząc, że nie mogę na powrót tchnąć w nie życia. Chciałam je tylko zamknąć, by moja przyjaciółka mogła spać spokojnie wiecznym snem.
Podskoczyłam jak oparzona, kiedy Angua wykonała gwałtowny ruch łapą, jakby chciała mnie odepchnąć. W pierwszym odruchu ucieszyłam się, że to nie koniec, że jeszcze żyje, jednak szybko zorientowałam się, że w dalszym ciągu coś jest nie tak.
Jej ciałem zaczęły wstrząsać liczne spazmy. Rzucała się we wszystkie strony, widziałam jednak, że jej świadomość jest gdzieś indziej, że nie ma kontroli nad swoimi ruchami.
Rzuciłam się na nią, chcąc ją unieruchomić, jednak odrzuciła mnie z siłą, o jaką bym jej nawet nie podejrzewała. Syknęłam, kiedy moje żebra uderzyły o twardą posadzkę, ale szybko zacisnęłam zęby, wstałam i przystąpiłam do działania. Nie było czasu do stracenia.
Uwijając się jak w ukropie, zaczęłam odsuwać od "opętanej" wszystkie stoły i szklane naczynia. Nie mogłam jej unieruchomić, ale mogłam chociaż zadbać o to, by sama nie zrobiła sobie krzywdy. Kiedy oczyściłam już teren, ustawiłam pod ścianą małą kolekcję wywarów, które mogłyby mi się przydać, kiedy wróci jej przytomność.
Nagle w mojej głowie pojawił się pomysł. Niebezpieczny, ryzykancki i nie do końca rozsądny, ale wydawał mi się być jedynym ratunkiem w tej sytuacji.
W końcu chyba udało nam się oddzielić duszę Anguy od ciała... Dlaczego więc nie spróbować pociągnąć całego przedsięwzięcia dalej, tak, jakby wszystko poszło zgodnie z planem?
Zdjęłam ze stołu naczynie z parującym jeszcze wywarem z mniszka. Może to niezbyt higieniczne, ale zanurzyłam w nim język, chcąc upewnić się, że nie jest zbyt gorący. Nie zdążył jeszcze ostygnąć na tyle, by dało się go spokojnie wypić, jednak nie parzył. Uznałam, że to musi w tej sytuacji wystarczyć.
W dość brutalny sposób rzuciłam się na grzbiet wadery i nie mniej brutalnie pociągnęłam ją za sierść na karku, odchylając jej głowę do tyłu.
Wlałam jej wywar do pyska, choć już tak naprawdę niewiele go zostało - znaczna większość wylała się w trakcie moich manewrów.
Wilczyca szarpnęła się i zrzuciła mnie z grzbietu. Spodziewałam się tego, jednak i tak nie potrafiłam miękko wylądować na posadzce. Poczułam przeszywający ból w tylnej nodze; jęknęłam pod jego wpływem.
Wtem stało się coś niespodziewanego. Angua zaczęła kręcić się w kółko jak pijana wariatka, by po chwili upaść na ziemię w sposób tak niezgrabny, że gdyby nie powaga sytuacji, na pewno zaniosłabym się głośnym śmiechem. Podbiegłam do niej i widziałam, jak otwiera oczy.
- Ho... sie... stało...? - Wydusiła. Jęk. Widziałam, że cierpi, że nieprędko dojdzie do siebie. Serce mi się znów ścisnęło.
Odstąpiłam od niej na chwilę, by sięgnąć po kubek z zimną wodą. Podałam go wilczycy, która duszkiem wypiła zawartość.
- Nie udało się? - Zapytała. W odpowiedzi mogłam jedynie przecząco pokręcić głową.
- To nic. Znajdziemy jeszcze jakieś wyjście - próbowałam ją pocieszyć.
Słowa te zdawały się jednak nie dotrzeć do Anguy. Wyraźnie wgapiała się w jakiś punkt za moimi plecami, a ja widziałam w jej oczach narastające przerażenie. Podejrzewałam, że ma jakieś przywidzenia spowodowane przeżyciami sprzed chwili, jednak mimo tego odwróciłam głowę w tamtym kierunku.
Bogini światła przyglądała się nam w swojej ludzkiej postaci. Choć jej obraz migotał, dokładnie widziałam ściągnięte brwi i ręce skrzyżowane na piersiach w geście niezadowolenia.

An? To się porobiło.