niedziela, 21 stycznia 2018

Od Shadow



Nie był łaskawy się odwrócić. Może to i dobrze, bo nie musiałam widzieć jego parszywej mordy.
- Czego jeszcze chcesz? - wycedziłam wściekle. Nie odpowiedział. - Halo? Zadałam pytanie. - warknęłam. Odpowiedziała mi tylko cisza, już chciałam się odwrócić, ale powstrzymał mnie jego głos.
- Jeśli chcesz go zobaczyć... - odpowiedział. - ...to musisz ze mną iść. - skuliłam uszy po sobie. Nie ma mowy. Odmówiłam mu stanowczo, wilk ucichł.
- Uważaj, żeby cię w nocy coś nie spotkało. - rzekł wreszcie. No, zajebiście, teraz zagadkami będzie pierdolił. Roześmiał się szyderczo, rozłożył skrzydła i uniósł dumnie głowę, rozpływając się. Nienawidziłam go za to. Cienie, jak na poranne słońce były nienaturalnie długie, to nasza sprawka? Miałam to w sumie gdzieś. Czasami żałowałam, że przypadł mi właśnie cień, a nie na przykład ogień, ale to nie ja wybierałam. I dobrze, że wywiało dupka. Wróciłam do siebie, bez większego pomysłu co robić. Nie miałam ochoty polować, zignorowałam burczenie w brzuchu. Zwinęłam się w kłębek, i podwinęłam ogon. Powietrze było ciężkie, nie dobiegały mnie żadne odgłosy z zewnątrz. Pomieszczenie spowite było w mroku, który rozświetlał nikły płomyk pochodni. Wstałam, i zaczęłam krążyć bezsensownie po pomieszczeniu. Mój wzrok przykuł tunel. "Nie byłam tam jeszcze" pomyślałam, przymykając oczy. Mogłabym się w sumie przejść, nigdy nic nie wiadomo. Koło mnie pojawił się Strażnik. Spojrzałam na niego zdziwiona, gdzie drugi z nich? Zbagatelizowałam jego zniknięcie, i wskazałam mu tunel. Skinął masywnym łbem, i ruszył przodem. Wstrzymałam go gestem, i weszłam pierwsza. Ciemność była nieprzenikniona, czuć było stęchlizną i grzybem. Skrzywiłam się, i niepewnie postawiłam łapę. Podłoże obniżało się, stawiając kroki, wdepnęłam w coś mokrego i oślizłego. Strzepnęłam to z kończyny z odrazą, i odszukałam wzrokiem nieco jaśniejszą sylwetkę Strażnika. Szedł za mną, i oglądał się na boki węsząc. Czasami mnie irytował, ale przynajmniej nie byłam sama. Schyliłam uszy po sobie, gdy nastąpiłam na coś twardego, łamiąc to. Nie odważyłam się popatrzeć co to takiego, szłam dalej. Zatrzymałam się, i puściłam basiora przodem. Burknął coś w ojczystym języku, zapewne jakieś bluźnierstwo. Niechętnie podążałam za nim. Weszliśmy do jakiejś cieczy, podobnej do wody, ale ciemniejszej. Szłam z duszą na ramieniu, modląc się by nic się nie stało. Wyskoczyłam na brzeg jak oparzona. Wilk mówił coś do siebie, w niezrozumiałym dla mnie języku. Rozejrzałam się wokoło, nigdy tutaj nie byłam. Gdyby nie ta woda, było tu... ciekawie. Było wiele nieznanych roślin, ślady na ścianach po ogniu i miejsca na zawieszenie pochodni. Czyli ktoś już tu wcześniej był, ciekawe. Strażnik zamigotał, spoglądając na swój naszyjnik. Czas mijał, a ja nie miałam bladego pojęcia jak stąd wyjść. Basior zniknął, pozostawiając po sobie ostry zapach, i popiół. Zaklęłam głośno, akurat teraz?! Poczekałam, aż moje oczy przyzwyczają się do ciemności. Po omacku dotarłam do wody, i weszłam do niej, ostrożnie stawiając kroki. Moje łapy zapadały się w mule, osiadłym na "dnie". W ułamku sekundy straciłam grunt pod łapami, i zanurzyłam się pod wodą. Zachłysnęłam się gorzkim płynem, i zaczęłam gwałtownie przebierać nogami, w poszukiwaniu jakiegoś oparcia. Za cholerę nie było nic. Mój pysk wynurzył się spod wody, zaciągnęłam się powietrzem, i ponownie wylądowałam pod wodą. Po raz kolejny zaczęłam panikować, przed oczami mi pociemniało. Poczułam pod łapami coś twardego, przypominającego skałę. Była na tyle długa, i wysoka, że mogłam na niej spokojnie stanąć. Wykrztusiłam wodę, i odetchnęłam z błogością. Uspokoiłam się, i doskoczyłam do drugiego brzegu. Otrzepałam się z piachu, i wybiegłam truchtem z jaskini. Kiedyś zwiedzę to na spokojnie. Przy wejściu do mojego głównego pomieszczenia leżał zając. Rozejrzałam się, i zatargałam go do kąta. Zjadłam go ze smakiem, traktując go jako obiad. Zauważyłam, że zaszło już słońce. Przeciągnęłam się, i poszłam spać. 



~~~~

Niegdyś spokojną taflę wody zakłócały teraz krople deszczu. Siedziałam na brzegu, i wpatrywałam się w nią. Niebo rozcinały pioruny, a ciszę przerywały grzmoty. Zajebiście wprost. Zaklęłam jeszcze głośniej, przekrzykując burzę. Moje futro było całe mokre, nie miałam pojęcia co zrobić, ani gdzie zniknął Qwerty. Dźwięki ucichły, pomimo tego że pogoda się nie zmieniła. Rozejrzałam się zdziwiona wokoło.
- Uważaj, żeby cię w nocy coś nie spotkało. - rozbrzmiał głos, którego tak szczerze nienawidziłam. Yin. Jakim cudem on jest w moich snach? 


~~~~

Wybudziłam się gwałtownie, chwilowo nie orientując się, gdzie jestem. Otworzyłam oczy, zaraz przede mną jaśniała biała sylwetka. Poderwałam się z ziemi, i wyszczerzyłam kły. 
- Co ty odpierdala... - zawiesiłam głos, i przysiadłam zdziwiona. - Qw-Qwerty? - wyjąkałam, spoglądając na wilka. To w stu procentach on, to samo białe futro, jaśniejące oczy i interesujące boki głowy. To on. 
- Witaj, Shaddie. - uśmiechnął się rozbrajająco. Miałam ochotę równocześnie skoczyć mu do gardła, jak i przytulić z całych sił. - Nie mam zbyt wiele czasu, więc daj mi szybko powiedzieć to co trzeba.
- Jak.. jak to nie "mam dużo czasu"? - zapytałam odrętwiała ze zdziwienia. Basior usiadł, i zaczął mówić. Słuchałam go, ale nie za bardzo rozumiałam wzmiankę o "tym że Yin ma na pieńku ze Śmiercią". - Nie jesteś prawdziwy. Ty nie żyjesz, więc czym tak naprawdę jesteś? - rzekłam, z naciskiem na "czym". To no nie jest nikim, kogo znałam. Tamten basior nie żyje. Poczułam, jak w moich oczach zbierają się łzy. Zamrugałam by to zamaskować, Qwerty patrzył na mnie ze współczuciem.
- Wybacz... - szepnął. - przepraszam za wszystko. Na mnie już czas. - rzekł, i odwrócił się. Wszystko wokół osnuła mgła, stawiał lekko łapy, jakby szedł do swoich przyjaciół. Zniknął, rozpłynął się w mlecznobiałej mgle. Czyja to jest sprawka? 
- Ty skurwysynie! - krzyknęłam łamiącym się głosem. Nawet nie wiedziałam do kogo to mówię, po prostu się wydarłam. Może skierowałam te słowa do Yina?

Od Yin'a - Krzyk Śmierci

Zapewne każdy choć raz przeżył Śmierć. Ale nie w takim sensie, że umarł i nagle zmartwychwstał. Postanowiłem opisać kilka dni z mojego życia w piekle. Tuż obok Śmierci. A więc...

~ Dzień pierwszy. ~

Po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy odwiedziłem podziemia. Rozejrzałem się i mimowolnie łapy poniosły mnie na sam środek wielkiej komnaty.
- O! Śmierć cię wzywa, Yin! - usłyszałem na powitanie od nieestetycznie wyglądającego feniksa, który nie musiał się z nikim liczyć. Innymi słowy - był to Roff. Podszedłem więc w stronę drzwi do komnaty Śmierci.

- A! Pamiętaj że Śmierć nie ma dziś dobrego humorku! - roześmiał się gbur Norsas - olbrzym o trzech kończynach i o dwóch parach oczu. Zamilkłem.

PUK! PUK! - zastukałem cicho.
- Wejdź! - usłyszałem głos. Wszedłem. Śmierć klasnęła w dłonie. - Jak ja dawno pana Yina nie widziałam! - zaśmiała się szyderczo.
- Mówże po jakiego bożka mnie tu przybyć kazałaś. - warknąłem. Nigdy nie miałem do niej szacunku. No, bywa.
- Tam u ciebie na ziemi. Widziałam, jak żeś się z nią zaprzyjaźnił. - rzekła.
- Śledziłaś nas! Ty... - nie dokończyłem a już leżałem na ziemi z raną na barku.
- Zakończ, zakończ tą szopkę. Przyznaj że jesteś moim sługą... - i tu się zawahała lecz później się poprawiła: - Że jesteś mój...
Dość koniec. Uciekłem na Ziemię. Rany nie było. Dzięki Bogu. Następnie wróciłem tam jeszcze raz. Rany już nie było. Wiadomo. Norsas machnął do mnie ręką bym podszedł. Podbiegłem do niego a ten zaczął opowiadać.
- Wiesz, ostatnio Śmierć nie ma humoru. Nie wiesz może dlaczego? - i sięgnął po babeczkę.
- Znowu żresz. - rzuciłem złośliwie. - Ale nie, nie wiem.
Do rozmowy wtrąciła się Kelpie. 

(autor nieznany)
Na zdjęciu Kelpie.

- Świetnie dziś wyglądasz. - powiedziałem do niej, a ta jedynie prychnęła. - Znów ci się nie udało. Mam rację?
Ta jedynie kiwnęła głową. Gdy się oddaliła, począłem z Norsasem rozmawiać na temat.
- Podobno ona chce cię zniszczyć. - ostrzegł mnie po cichu Norsas. W tym pomieszczeniu to ściany mają uszy. Zaprowadziłem go na dwór, by tam nikt nas nie usłyszał. Rozejrzałem się uważnie czy nie ma tam nikogo, by mieć pewność. Choć zawsze był wariant, że ktoś nas śledził, lecz to nie istotne.
- Niby dlaczego? - spytałem wyrozumiale. Olbrzym spojrzał na mnie z przerażonym wzrokiem.
- Ty się Bogów nie boisz?! - wrzasnął. Pokiwałem przecząco głową. 
- Cóż mi po tym? Nikt się nie dowie że my... 
- Że my co? - przerwał mi.
- Nie ważne. Choć. - rozkazałem już trochę poddenerwowany tą całą rozmową.
- Chyba wiem, o co ci chodzi. - stanął nagle w półkroku. Przełknąłem ślinę.
- Zakończ już ten temat! - wrzasnąłem, obnażając kły.
- Czyżby ona nie była zazdrosna, że kochasz kogoś na Ziemi? O to chodzi? - ciągnął dalej.
- CO JA CI MÓWIŁEM DO CHOLERY?! - przewróciłem go na plecy. Wszedłem do sali jak gdyby nigdy nic. 
- Yin? - chciał się upewnić mój przyjaciel Scarrus. - Na Boga słońca! To ty! - krzyknął uradowany.
- Wolałbym o ton ciszej. Tylko ty i Norsas wiecie o tym, że tu wróciłem ponownie. No, i Kelpie, ale ona to tam. Guzik ją obchodzi z resztą. - wyszeptałem. Wtem przyszedł lokaj i stanął na podwyższeniu. Wyjął zza swojego eleganckiego garnituru zwój, na którym była pieczęć Śmierci. - A ten czego tu? - zbliżyłem się do Scarrusa, zadając mu to pytanie jak najciszej. Lunos, lokaj, zaczął swoją jakże nudzącą przemowę. Odchrząknął i zaczął:

- PROSZĘ O CISZĘ! - wrzasnął ktoś z tyłu.
- Dziękuję. A więc...

Ja, Śmierć,

oświadczam, iż od dnia Wielkiego Koszenia
ten, kto schwyta Pana Yina,
syna Zaro Blue Fire i Akiny
otrzyma Wielką Nagrodę,
której jeszcze nikt nikt nie widział.


Oświadczam również,

że wprowadzone w najbliższym czasie zostaną
surowsze kary za łamanie praw.


Dziękuję wszystkim za uwagę.

Z wyrazami szacunku


~ Śmierć.


- Stary, wiej! - krzyknął Scarrus. Jak na złość wpadłem do pomieszczenia, w którym aktualnie przebywała Śmierć. Super, co nie? Ta z kolei zaśmiała się szyderczo pod nosem.

Na zdjęciu Śmierć.

- Proszę, proszę. Nie spodziewałam się, że tak szybko wrócisz. - mruknęła z uśmiechem.
- To co pomiędzy nami zaszło, już dawno odeszło w zapomnienie. - warknąłem, obnażając kły.
- A więc po jakiego kija cię tu ściągałam?! Myślałam że... Myślałam...! - krzyczała.
- To już koniec. Nie rozumiesz?! Koniec! Nas już nie ma! Tak trudno to zrozumieć?! - wydarłem się. Ona tylko uroniła krwistą łzę.
- Myślałam, że mnie kochasz. Sam tak mówiłeś. Że ze mną zostaniesz, nigdy mnie nie opuścisz... Mówiłeś, obiecywałeś... A teraz co? Zostawiasz mnie w taki sposób dla innej? Jeszcze tej z Ziemi? Dla tej jędzy?! - ogarnęła ją prawie że furia. 
- Nie obrażaj jej. Ona jest... Jak... - zamyśliłem się.
- Jaka? No jaka! Ha! I co, zaniemówiłeś? Może myślisz żeby do mnie wrócić? - spytała.
- Nie. Do ciebie nigdy. To ją kocham. Koniec. Nigdy nie rozwiążesz tej jedynej i prawdziwej...
- Co ty pieprzysz?! - krzyknęła wściekła. Odwróciłem się do wyjścia. Ta złapała mnie za ogon i pociągnęła do siebie. Wstrzymałem oddech, gdy ta próbowała mnie uśpić. Jeszcze się zobaczymy. - po tych słowach zadała mi kilka ran kosą i rzuciła mną o ścianę. Znikłem w kłębie dymu. Wróciłem na Ziemię.

Po przebudzeniu ujrzałem na wpół widoczną sylwetkę. Czy to był duch? Nie, to nie możliwe. Może jednak?
- Yin... - powiedział łagodnie jakiś głos. Cholera jasna, co tu się wyprawia?! - Chodź, chodź ze mną...
Nie, nie Yin. Nie poddaj się... Dla niej... 
Duch miał dosyć znajomy głos, sylwetkę. Ten uśmiech, to spojrzenie... 
- Qwerty? - spytałem niepewnie.
- Tak. - rzucił jedynie i magicznie się rozpłynął.

Zasnąłem twardo w swoim legowisku...

Od Yin'a


Warknąłem na nią. Popatrzyłem na jej ruchy, w jej oczy. Strach. Wielki strach. Pozycyjnie była gotowa do ucieczki. Ogarnij się. No, już! Pomyślałem sam do siebie.
- Nie mów nic o niej. - powiedziałem nieco spokojniej. Kiv... Znaczy Ginger rozluźniła mięśnie. 
- Czemu? - spytała wyraźnie zaciekawiona. Nie, nie Yin. Nie daj się rozgryźć. Bądź obojętny.

Odwróciłem się do niej tyłkiem (tak, moim pięknym, zadbanym tyłkiem, który teraz intensywnie pracował przy ruchach ogonem) i popatrzyłem na zachodzące słońce. Wadera podeszła do mnie i usiadła obok. 
- Co się stało? O co chodzi z tą Shadow? - Ginger nie ustępowała. Nie wydałem żadnego dźwięku, żadnego ostrzeżenia, a wadera leżała powalona na ziemi.
- NIE MÓW O NIEJ. - warknąłem prosto w jej pysk. Co ona sobie myśli?! Że ja tak ot, tak wszystko powiem?! Obok mnie zjawiły się cienie. Tak... One zawsze są przy mnie. Ginger patrzyła z przestrachem raz na mnie, raz na cienie.

Nie ruszyłem nawet łapą, a wadera była ciągnięta przez cienie do mojej jaskini. Cienie przywiązały ją sznurami do czegoś, już nie pamiętam. Szarpała się, cały czas krzycząc bluźnierstwa na mój temat.

- Wypuść mnie. - powiedziała cicho, zmęczona najwyraźniej swoim krzyczeniem przez całą drogę. Spojrzałem na nią.
- Szukałaś guza, mała. - warknąłem ponownie w jej stronę. Popatrzyła mi w oczy. Znowu. YIN! SPOKÓJ! CHOLERA JASNA! 
Gwałtownie się od niej odwróciłem.

Kivuli? Hehe.

Od Darsh'tiana


- Wyruszyła na pewną wyprawę. Ma coś do załatwienia na Bezkresnej Pustyni.
Źrenice smoka rozszerzyły się, na moment niemalże całkowicie przesłaniając złociste tęczówki. Jego myśli zaczęły galopować niczym konie wyścigowe wypuszczone z boksu startowego, popędzane ostrym biczem słów burego wilka.
Dlaczego Ferishia wyruszyła na Bezkresną Pustynię? Dlaczego w ł a ś n i e  t a m? To właśnie na jej gorących piaskach, przed upływem niespełna roku, doszło do przełomowego wydarzenia. To pod jej piaskami smoki więzione były przez setki lat, czekając na uwolnienie. Ferishia była tam w momencie, gdy jego współbracia odzyskali wolność.
A teraz wyruszyła tam znowu.
Darsh myślał, że wadera już nigdy nie będzie w stanie odwiedzić tego miejsca. On by nie potrafił. Słońce niemiłosiernie palące łuski, zapach piasku prażonego przez jego promienie... Wzdrygnął się na samo wspomnienie swego dawnego więzienia, które kryło się poniżej.
A jednak, teraz musiał się tam wybrać.
Ferishia z jakiegoś powodu wyruszyła w tamte strony, nie uprzedziwszy go o swoich zamiarach.
Nie pozwoli sobie na takie traktowanie, co to, to nie!
Jednocześnie jedna, zdradziecka myśl zrodziła się gdzieś w najciemniejszym zakamarku jego umysłu: a co, jeśli wilczyca zechce obrócić się przeciwko jego rodowi? Może zechce znów skazać jego braci na wieczny letarg w podziemnej klatce? Smok zganił się w głowie za tę myśl. Ferishia była jego przyjaciółką, z pewnością nie ośmieliłaby się wbić mu noża w plecy.
Choć, może... 
Smok podjął decyzję.
- To musi być długa podróż - odpowiedział tylko, nie chcąc zdradzać swych obaw.
- O, tak - odpowiedział wilk, kiwając gorliwie łbem. - Ale jeśli tak bardzo chcesz się z nią spotkać, to znam pewien skrót.
Darsh ucieszył się, że szary zaproponował mu takie rozwiązanie. Część napięcia uszła z niego wraz z powietrzem, które ciężko wypuścił przez nozdrza. Chciał wyruszyć teraz, w tej chwili... ale! Nie czuł się gotowy. Nie wspominając już o tym, że musiał zdobyć zapas suchego prowiantu i czystej wody, jeśli nie chciał, by tak trywialne sprawy spowalniały go w podróży.
- No dobrze. Będę musiał się przygotować i wyruszymy. Jutro - oznajmił stanowczo.
Lekko uszczypnął swój rozwidlony język zębami, gdy zdał sobie sprawę, że postąpił trochę zbyt... roszczeniowo. Możliwe, że wilk miał na jutro jakieś inne plany. I, choć nie mogły być one tak ważne, jak zbliżająca się wyprawa, smok wiedział, że powinien był je uszanować.
- Oczywiście. Spotkajmy się w tym samym miejscu - schylił łeb, ku uldze Darsha. - Do zobaczenia! 
Wilcza sylwetka zniknęła w gąszczu krzaków, zostawiając smoka samego z własnymi myślami. Przez krótką chwilę stał tak jeszcze, próbując poukładać sobie to wszystko w głowie. W końcu jednak podniósł swe cielsko i również oddalił się od jeziora, mając w perspektywie przygotowanie się do wyprawy.


Od Kivuli Moto - Nieoczekiwany obrót akcji

 
- No w końcu! - zawołał za mną zadowolony basior, roześmiany od ucha, do ucha. Posłał mi szyderczy uśmieszek, a ja w tym czasie powoli wygrzebywałam się z jeziora, w jakiego stronę wrzucił mnie chwilę temu mój towarzysz. W pierwszej chwili byłam zwyczajnie przerażona - nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje i starałam trochę otrząsnąć, lecz pod warstwą cieczy było to niemalże niemożliwe. Niedaleko mojego pyska pływały różnorakie ryby, a ja sam próbowałam przezwyciężyć taflę wody, znajdującą się nade mną. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż z tym wilkiem było coś nie tak, aczkolwiek nie miałam pojęcia, że zaczną mu przychodzić do głowy tak głupie i niebezpieczne pomysły, które mogą się źle zakończyć. Ja wciąż oszołomiona podeszłam do niego chwiejnym krokiem z oczami, rzucającymi w niego mentalnymi gromami. Może i to nie działało, ale chociaż odrobinę poprawiało moje samopoczucie.
Starając się utrzymać moje emocje w neutralnym stanie oddaliłam się od Yin'a, kładąc się na trawie, by moje futro trochę przeschło. Słońce jednakże - jakby na przekór mojej woli - nie było już tak intensywne, jak wcześniej i to tylko coraz bardziej uniemożliwiało mi doprowadzenie się do normalnego stanu. Westchnęłam cicho i pozwoliłam sobie zamknąć na moment zmęczone oczy, aby zaznać relaksu po tym, co robiłam z tym niezrównoważonym psychicznie stworzeniem. Całkiem możliwe, iż nie miał na myśli być złośliwy, jednak to nie usprawiedliwiało jego idiotycznego zachowania, jakim mógł się niedawno wykazać. Zastanawiałam się przez moment, czy on zawsze robił to, co chciał. Nikt nie może być przecież tak beztroski nawet, jeśli nikomu nie miałaby się stać przy tym krzywda - to nieodpowiedzialne. Jednak wiedząc, że ja sama zostałam wychowana w innych przekonaniach nie zamierzałam mu tego wypominać, gdyż mógłby mi to mieć za złe, a ja nie chciałam sobie narobić wrogów przez to, że mam niewyparzony język - tak po prostu nie przystało.
W końcu otwierając oczy zauważyłam uśmiechniętego wilka kierującego się w moją stronę, na co tylko w duchu sapnęłam. Jego skrzydła mieniące się w słońcu schowały się częściowo pod futrem, a on sam wydawał się być bardziej wesoły, niż wcześniej. Nie wiedziałam, co skłoniło go do nagłej zmiany zachowania i nastawienia, ale zamierzałam puścić to w niepamięć. Za dużo myślisz, Kivuli - skarciłam samą siebie w myślach wiedząc, że to mi i tak w niczym nie pomoże. Może basior od zawsze taki był...
- Nie odpowiedziałaś mi na poprzednie pytanie. - powiedział Yin, unosząc kąciki swoich ust do góry, wyrywając mnie przy tym z głębokiego zamyślenia. Nie wiedziałam, jak go rozgryźć. Jednak słysząc jego słowa starałam się przypomnieć wszystko, co do mnie niedawno powiedział, aczkolwiek żadna mądra myśl nie przychodziła mi do głowy. Spojrzałam na niego pytająco, a ten natychmiast zrozumiał, co mi chodzi po głowie. Nie powiem, szybki jest - Pytałem, czy podoba ci się to miejsce... - usłyszałam i natychmiast spojrzałam w stronę niewielkiego zbiornika wodnego. Rzeczywiście nie zauważyłam, że to miejsce wygląda naprawdę pięknie, zwłaszcza o tej porze dnia. Delikatne fale wznosiły się ku górze, a jezioro - jakby zaczarowane - migotało w różnych odcieniach czerwieni i błękitu. Wokół znajdowało się pełno niespotykanych roślin, w czym moje dwie ulubienice - lazurowe róże i stokrotki. Uniosłam się ku górze i podeszłam do nich, by móc z bliska poczuć ich słodkawy zapach.
- Tak, jest tu pięknie... - odpowiedziałam po jakimś czasie przyciszonym tonem, jakby nie chcąc zakłócić panującej wokół ciszy. Wciąż byłam zachwycona tutejszą roślinnością tak, że nie mogłam oderwać od niej wzroku. Moje zachowanie nie przypominało tego w momencie, w którym się poznaliśmy, jednak ujrzenie rzeczy, które kochasz tak właśnie na mnie wpływają - jakby za machnięciem różdżką.
- Lubisz te kwiaty, prawda? - usłyszałam kolejne pytanie ze strony Yin'a, jakby zaciekawionego moją osobą. Ja tylko delikatnie się uśmiechnęłam na znak zgody, wciąż zachwycając się tutejszym otoczeniem. Szkoda, iż wcześniej nie słyszałam o tym miejscu, gdyż moje przechadzki byłyby częstsze, iż tylko raz na kilka miesięcy. - Ja się na tym nie znam. Jedyne rośliny, które rozróżniam to właśnie róże i tulipany. Ewentualnie kaktusy... - wybuchnął śmiechem, po czym ja też zachichotałam. Wiedziałam, że faceci nie mają za dobrej ręki do roślin, więc nie miałam powodu, dla którego mogłabym się zaśmiać. Jednakże to chyba jego optymistyczne nastawienie i otoczenie zaczęło na mnie działać i tak jakoś samo wyszło. Czułam, że przy basiorze mogę się zachowywać dosyć swobodnie. Ot tak, znajomy dla rozrywki - to nie miało być nic głębszego, a już na pewno nie chciałam doprowadzić do przyjaźni. Za dużo zobowiązań, które przy każdym błędzie miałyby przynosić cierpienie i ból.
Myśląc właśnie o tych dwóch uczuciach zdałam sobie sprawę, że o czymś zapomniałam. Moje próby zapytania basiora o jego wołania wciąż nie uległy zmianie, a ja nie chciałam dawać za wygraną. Może i moje uparcie nie zawsze przynosiło czegoś dobrego, jednak nie mogłam nazwać tego złą cechą. Wbiłam intensywnie wzrok w basiora, lecz starając się, by on tego nie zauważył. Ten już miał coś mówić, gdy nagle zauważył zakłopotanie na moje twarzy i natychmiast się zamknął, czekając na to, co mam do powiedzenia. Ja ciesząc się z jego postanowienie popatrzyłam mu wprost w jego oczy i po chwili ciszy, zapytałam wiedząc, iż to nie może się dobrze skończyć:
- Kogo tak wołałeś, przed naszym spotkaniem? Niech pomyślę... Shadow? - wyparowałam, a Yin natychmiastowo spochmurniał i cicho warknął w moją stronę. Odsunęłam się i czekałam na obrót spraw. Miałam tylko nadzieję, że ten jeszcze przed chwilą rozanielony wilk się na mnie nie rzuci, co wnioskując po jego mimice było raczej nieuniknione. Tylko nie wykonuj żadnych niepotrzebnych ruchów, pomyślałam i już ustawiłam się w pozycji do ucieczki - tak na wszelki wypadek.

sobota, 20 stycznia 2018

Od Yin'a


Wyczułem jej obecność. Cień zniknął.
- Czego jeszcze chcesz? - wycedziła. Nie spojrzałem na nią. Jej widok był mi obojętny. - Halo? Zadałam pytanie. - warknęła. 
Cisza.
- Jeśli chcesz go zobaczyć... - odpowiedziałem tak jak ona. -... to musisz ze mną iść. 
Wadera stanowczo odmówiła. 
- Uważaj żeby cię w nocy coś nie spotkało. - wycedziłem w końcu. Zaśmiałem się szyderczo. Rozłożyłem ponownie skrzydła, uniosłem dumnie głowę do góry i rozpłynąłem się. 

~~~~

- Co powiedziała? - spytał. Spojrzałem na niego z ironią.
- Nie. - rzuciłem jedynie. - Możesz ją trochę postraszyć. - zaśmiałem się. Duch skinął łbem. 

Teraz trzeba było czekać na rozwój wydarzeń.

~~~~

Nastała noc. Wszedłem do jej jaskini jako cień. Przeniknąłem do jej snów. Nie wiem nawet, jak mi się to udało. Nieważne.
- Uważaj, żeby cię w nocy coś nie spotkało. - przypomniałem jej i zniknąłem. Zaczaiłem się w krzakach.

Qwerty, a raczej jego duch zjawił się w odpowiedniej chwili. Zacząłem się przyglądać z ciekawością na rozwój zdarzeń...

Od Yin'a


- Mów mi Ginger. - powiedziała zakłopotana. Przekręciłem głowę o kilkadziesiąt stopni.
- Kivuli... Znaczy Ginger. - poprawiłem się. - Jesteśmy na miejscu. Fajnie tu. Co nie? - zagadałem. Wadera stała jakby zamyślona, patrzyła w dal. - Hallo, ziemia do Ginger! - pomachałem łapą przed jej oczyma. Nic. Cisza. - No trudno. - wzruszyłem ramionami i wepchnąłem Ginger do wody. Miała czas by dopłynąć do brzegu.

Jedno mnie zastanawiało - czemu na początku przedstawiła mi się inaczej? Biała wadera była dla mnie zagadką od samego początku. Nie przez przypadek latałem koło niej i na nią wpadłem. Jej osoba zaciekawiła mnie na tyle, abym chciał ją poznać. Nie, nie bliżej. Tylko "przyjaciółka" do zwierzeń.
Jeżeli umie czytać myśli, z wyrazu twarzy... Muszę się nie dać nawinąć na jej taktykę...

- No w końcu! - krzyknąłem ze śmiechem gdy Ginger wypłynęła i powoli wychodziła z wody.

Od Kivuli Moto - Mów mi Ginger!

 
- Nigdy nie widziałaś skrzydlatego wilka? - zapytała postać stojąca przede mną z wyraźnym rozbawieniem. Nie rozumiałam, co było w tym śmiesznego, lecz mimowolnie się uśmiechnęłam. Pozytywne nastawienie stworzenia i przyjemna pogoda sprawiały, że miałam ochotę cały czas chodzić roześmiana, bez wyraźnego powodu. Może to dobrze. Trochę optymizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
Spojrzałam z wyraźnym zaciekawieniem - jak mi się zdawało - na samca i zlustrowałam go wzrokiem. Jego intensywnie szmaragdowe oczy od razu mi się rzuciły - były naprawdę wyjątkowe. Umięśniona sylwetka wilka świetnie nadawała się do walki, a nieskazitelnie białe futro w górnych partiach ciała zachwycało swą czystością i blaskiem. Cały obrazek dopełniały tylko skrzydła, z którymi kiedyś spotykałam się niemal na co dzień, jednak nigdy nie widziałam podobnych. Nie powiem, jego niespotykany wygląd w pierwszej chwili zaparł mi dech w piersiach, jednak w miarę szybko oprzytomniałam i usiłowałam sobie przypomnieć jego poprzednie pytanie. Skrzydlaty wilk? A skądże, raczej się z czymś takim nie spotkałam - pomyślałam i natychmiast odpowiedziałam na pytanie basiora.
- Nie, nigdy. - odpowiedziałam niepewna na pytanie, wciąż spoglądając na niego kątem oka. Próbowałam wyczytać coś z jego pyszczka, jednak przez uczucie empatii przedzierało się tylko zmęczenie. Już miałam pytać, z jakiego powodu się tu znalazł i do kogo były skierowane jego wołania, aczkolwiek on widząc mnie bujającą w obłokach natychmiast zmienił temat. Sprytnie z jego strony, jednak miałam zamiar później drążyć to dalej.
- Zwę się Yin. A ty zabłąkana duszo? - zapytał mój towarzysz, a ja natychmiast wyparowałam z odpowiedzią bez wcześniejszego namysłu. Dopiero po chwili zorientowałam się, co takiego powiedziałam.
- Kivuli Moto. - Cholera jasna, Moto! - krzyknęłam sama do siebie, jednak było już na późno. Nigdy nie przedstawiałam się mym prawdziwym imieniem, jednak luźna atmosfera spowodowała, że nie zdążyłam nawet pomyśleć nad tym, co mam powiedzieć.  - Na początku myślałam że jesteś smokiem, ale jak widać, myliłam się. - zaśmiałam się, aby zbić z tropu basiora chcąc, aby nie zauważył mojego zakłopotania. Może mój śmiech brzmiał sztucznie, ale to widocznie zadziałało. On powtórzył to samo i sam zaczął się zastanawiać, jak by tu dalej pociągnąć rozmowę. Ja jednak w tej chwili myślałam tylko nad tym, jak by tu odkręcić to, co powiedziałam. Nie mogłam przecież zagrozić mu podpaleniem jego skrzydeł, żeby mnie nie wydał, prawda?
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, ten zadał kolejne pytanie. Czemu go tak wszystko nagle zaczęło ciekawić? Nie miał własnych problemów? Wsłuchałam się w ton jego głosu, by on po chwili zapytał:
- Dokąd idziesz? - co miałam mu odpowiedzieć? Że izolowałam się od kilku tygodni od reszty społeczeństwa i w końcu postanowiłam po tym czasie się przejść? Uznałby mnie przecież za kompletną wariatkę...
- Aa, tak sobie... - rzuciłam jak najbardziej krótki i neutralny odzew, by ten dalej nie miał zamiaru nic dodać.
Ten zaczął powoli rozsuwać wszerz swoje skrzydła, a ja tylko patrzyłam na niego z niedowierzaniem - miały olbrzymią rozpiętość! Wyglądały naprawdę majestatycznie, lecz bałam się, co w tym momencie chciał z nimi zrobić. Spojrzał na mnie tylko i uniósł kąciki ust w łobuzerskim uśmiechu, jakby miał zaraz kogoś okraść albo - co gorsze - zamordować. Wiedziałam, że jest to niemożliwe, jednak grymas na jego twarzy na to wskazywał. Miałam nadzieję, że z jego strony nie muszę liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie, a już na pewno na takie sadystyczne przekonania. Odsunęłam się trochę, tak w razie jakiegoś wypadku.
- Wskakuj. - Z nim jest jednak coś nie tak, daję słowo. Ten wilk musiał zbiec ze szpitala, gdyż nikt normalny po poznaniu nie kazałby ci na siebie wchodzić. Moje oczy natychmiast się rozszerzyły, a ja sama zaczęłam się trząść - Yin był zbyt poważny mówiąc to. Wiedział, że ten pomysł może mi się nie spodobać, jednak wciąż ochoczo stał przede mną jakby tylko czekał, aż na niego wejdę. Może i to była najgorsza decyzja w moim życiu, lecz w końcu zbliżyłam się do basiora i niepewnie zapytałam:
- Mogę? - Wilk, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na mnie i moją wypowiedź wciągnął mnie na swoje plecy i natychmiast oderwał się od ziemi. W tym momencie poziom mojego strachu dosięgnął zenitu.
Gdy już zaczął szybować ja tylko przymknęłam oczy i poprzez szpary pomiędzy moimi powiekami zdążyłam zauważyć migające delikatnym światłem drzewa. Z mojego pyszczka wydał się krzyk, a ja sama cała drżałam z przerażenia. Może i nie mam jakiegoś panicznego lęku wysokości, ale muszę przyznać, iż za nimi naprawdę nie przepadam. Nigdy nie byłam jakoś specjalnie zachwycona przebywając na takim poziomie nad ziemią, a zwłaszcza w towarzystwie osoby, którą poznałam parę minut temu - jednak teraz zdarzyło mi się to po raz pierwszy i to na dodatek z tak walniętym wilkiem. Czym ja sobie na to zasłużyłam, ja się pytam?
Po paru minutach jednak poczułam z powrotem grunt pod stopami, a z moich ust wydało się ciche "Boże...". Widząc to basior natychmiast spojrzał na mnie przepraszająco.
- Nic ci nie jest, Kivuli? - zapytał z troską, a ja próbowałam złapać powoli oddech. Nie powiem, gdyby nie on, pewnie nigdy na coś takiego bym się w życiu nie zgodziła. Słysząc jego zapytanie ja lekko rozkojarzona, powiedziałam oddychając głęboko, starając się wyraźnie mówić:
- Mów mi Ginger...