sobota, 20 stycznia 2018

Od Yin'a


Wyczułem jej obecność. Cień zniknął.
- Czego jeszcze chcesz? - wycedziła. Nie spojrzałem na nią. Jej widok był mi obojętny. - Halo? Zadałam pytanie. - warknęła. 
Cisza.
- Jeśli chcesz go zobaczyć... - odpowiedziałem tak jak ona. -... to musisz ze mną iść. 
Wadera stanowczo odmówiła. 
- Uważaj żeby cię w nocy coś nie spotkało. - wycedziłem w końcu. Zaśmiałem się szyderczo. Rozłożyłem ponownie skrzydła, uniosłem dumnie głowę do góry i rozpłynąłem się. 

~~~~

- Co powiedziała? - spytał. Spojrzałem na niego z ironią.
- Nie. - rzuciłem jedynie. - Możesz ją trochę postraszyć. - zaśmiałem się. Duch skinął łbem. 

Teraz trzeba było czekać na rozwój wydarzeń.

~~~~

Nastała noc. Wszedłem do jej jaskini jako cień. Przeniknąłem do jej snów. Nie wiem nawet, jak mi się to udało. Nieważne.
- Uważaj, żeby cię w nocy coś nie spotkało. - przypomniałem jej i zniknąłem. Zaczaiłem się w krzakach.

Qwerty, a raczej jego duch zjawił się w odpowiedniej chwili. Zacząłem się przyglądać z ciekawością na rozwój zdarzeń...

Od Yin'a


- Mów mi Ginger. - powiedziała zakłopotana. Przekręciłem głowę o kilkadziesiąt stopni.
- Kivuli... Znaczy Ginger. - poprawiłem się. - Jesteśmy na miejscu. Fajnie tu. Co nie? - zagadałem. Wadera stała jakby zamyślona, patrzyła w dal. - Hallo, ziemia do Ginger! - pomachałem łapą przed jej oczyma. Nic. Cisza. - No trudno. - wzruszyłem ramionami i wepchnąłem Ginger do wody. Miała czas by dopłynąć do brzegu.

Jedno mnie zastanawiało - czemu na początku przedstawiła mi się inaczej? Biała wadera była dla mnie zagadką od samego początku. Nie przez przypadek latałem koło niej i na nią wpadłem. Jej osoba zaciekawiła mnie na tyle, abym chciał ją poznać. Nie, nie bliżej. Tylko "przyjaciółka" do zwierzeń.
Jeżeli umie czytać myśli, z wyrazu twarzy... Muszę się nie dać nawinąć na jej taktykę...

- No w końcu! - krzyknąłem ze śmiechem gdy Ginger wypłynęła i powoli wychodziła z wody.

Od Kivuli Moto - Mów mi Ginger!

 
- Nigdy nie widziałaś skrzydlatego wilka? - zapytała postać stojąca przede mną z wyraźnym rozbawieniem. Nie rozumiałam, co było w tym śmiesznego, lecz mimowolnie się uśmiechnęłam. Pozytywne nastawienie stworzenia i przyjemna pogoda sprawiały, że miałam ochotę cały czas chodzić roześmiana, bez wyraźnego powodu. Może to dobrze. Trochę optymizmu nikomu jeszcze nie zaszkodziło.
Spojrzałam z wyraźnym zaciekawieniem - jak mi się zdawało - na samca i zlustrowałam go wzrokiem. Jego intensywnie szmaragdowe oczy od razu mi się rzuciły - były naprawdę wyjątkowe. Umięśniona sylwetka wilka świetnie nadawała się do walki, a nieskazitelnie białe futro w górnych partiach ciała zachwycało swą czystością i blaskiem. Cały obrazek dopełniały tylko skrzydła, z którymi kiedyś spotykałam się niemal na co dzień, jednak nigdy nie widziałam podobnych. Nie powiem, jego niespotykany wygląd w pierwszej chwili zaparł mi dech w piersiach, jednak w miarę szybko oprzytomniałam i usiłowałam sobie przypomnieć jego poprzednie pytanie. Skrzydlaty wilk? A skądże, raczej się z czymś takim nie spotkałam - pomyślałam i natychmiast odpowiedziałam na pytanie basiora.
- Nie, nigdy. - odpowiedziałam niepewna na pytanie, wciąż spoglądając na niego kątem oka. Próbowałam wyczytać coś z jego pyszczka, jednak przez uczucie empatii przedzierało się tylko zmęczenie. Już miałam pytać, z jakiego powodu się tu znalazł i do kogo były skierowane jego wołania, aczkolwiek on widząc mnie bujającą w obłokach natychmiast zmienił temat. Sprytnie z jego strony, jednak miałam zamiar później drążyć to dalej.
- Zwę się Yin. A ty zabłąkana duszo? - zapytał mój towarzysz, a ja natychmiast wyparowałam z odpowiedzią bez wcześniejszego namysłu. Dopiero po chwili zorientowałam się, co takiego powiedziałam.
- Kivuli Moto. - Cholera jasna, Moto! - krzyknęłam sama do siebie, jednak było już na późno. Nigdy nie przedstawiałam się mym prawdziwym imieniem, jednak luźna atmosfera spowodowała, że nie zdążyłam nawet pomyśleć nad tym, co mam powiedzieć.  - Na początku myślałam że jesteś smokiem, ale jak widać, myliłam się. - zaśmiałam się, aby zbić z tropu basiora chcąc, aby nie zauważył mojego zakłopotania. Może mój śmiech brzmiał sztucznie, ale to widocznie zadziałało. On powtórzył to samo i sam zaczął się zastanawiać, jak by tu dalej pociągnąć rozmowę. Ja jednak w tej chwili myślałam tylko nad tym, jak by tu odkręcić to, co powiedziałam. Nie mogłam przecież zagrozić mu podpaleniem jego skrzydeł, żeby mnie nie wydał, prawda?
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, ten zadał kolejne pytanie. Czemu go tak wszystko nagle zaczęło ciekawić? Nie miał własnych problemów? Wsłuchałam się w ton jego głosu, by on po chwili zapytał:
- Dokąd idziesz? - co miałam mu odpowiedzieć? Że izolowałam się od kilku tygodni od reszty społeczeństwa i w końcu postanowiłam po tym czasie się przejść? Uznałby mnie przecież za kompletną wariatkę...
- Aa, tak sobie... - rzuciłam jak najbardziej krótki i neutralny odzew, by ten dalej nie miał zamiaru nic dodać.
Ten zaczął powoli rozsuwać wszerz swoje skrzydła, a ja tylko patrzyłam na niego z niedowierzaniem - miały olbrzymią rozpiętość! Wyglądały naprawdę majestatycznie, lecz bałam się, co w tym momencie chciał z nimi zrobić. Spojrzał na mnie tylko i uniósł kąciki ust w łobuzerskim uśmiechu, jakby miał zaraz kogoś okraść albo - co gorsze - zamordować. Wiedziałam, że jest to niemożliwe, jednak grymas na jego twarzy na to wskazywał. Miałam nadzieję, że z jego strony nie muszę liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie, a już na pewno na takie sadystyczne przekonania. Odsunęłam się trochę, tak w razie jakiegoś wypadku.
- Wskakuj. - Z nim jest jednak coś nie tak, daję słowo. Ten wilk musiał zbiec ze szpitala, gdyż nikt normalny po poznaniu nie kazałby ci na siebie wchodzić. Moje oczy natychmiast się rozszerzyły, a ja sama zaczęłam się trząść - Yin był zbyt poważny mówiąc to. Wiedział, że ten pomysł może mi się nie spodobać, jednak wciąż ochoczo stał przede mną jakby tylko czekał, aż na niego wejdę. Może i to była najgorsza decyzja w moim życiu, lecz w końcu zbliżyłam się do basiora i niepewnie zapytałam:
- Mogę? - Wilk, jakby w ogóle nie zwracając uwagi na mnie i moją wypowiedź wciągnął mnie na swoje plecy i natychmiast oderwał się od ziemi. W tym momencie poziom mojego strachu dosięgnął zenitu.
Gdy już zaczął szybować ja tylko przymknęłam oczy i poprzez szpary pomiędzy moimi powiekami zdążyłam zauważyć migające delikatnym światłem drzewa. Z mojego pyszczka wydał się krzyk, a ja sama cała drżałam z przerażenia. Może i nie mam jakiegoś panicznego lęku wysokości, ale muszę przyznać, iż za nimi naprawdę nie przepadam. Nigdy nie byłam jakoś specjalnie zachwycona przebywając na takim poziomie nad ziemią, a zwłaszcza w towarzystwie osoby, którą poznałam parę minut temu - jednak teraz zdarzyło mi się to po raz pierwszy i to na dodatek z tak walniętym wilkiem. Czym ja sobie na to zasłużyłam, ja się pytam?
Po paru minutach jednak poczułam z powrotem grunt pod stopami, a z moich ust wydało się ciche "Boże...". Widząc to basior natychmiast spojrzał na mnie przepraszająco.
- Nic ci nie jest, Kivuli? - zapytał z troską, a ja próbowałam złapać powoli oddech. Nie powiem, gdyby nie on, pewnie nigdy na coś takiego bym się w życiu nie zgodziła. Słysząc jego zapytanie ja lekko rozkojarzona, powiedziałam oddychając głęboko, starając się wyraźnie mówić:
- Mów mi Ginger...

Od Shadow


Stał dalej, przyglądając się mi. Wściekłość opanowała mnie do reszty, liczyłam tylko, że nie pojawią się Strażnicy.
- Spierdalaj. - warknęłam, i z przerażeniem zauważyłam jednego z nich. Miejmy nadzieje, że on tu tylko się przyglądał. Dość duży kamień został wyrzucony w stronę basiora. Z ziemi wyłonił się cień, który szybko odepchnął go w moją stronę. 
- Nie, Amaro. Nie. Odłóż. - powstrzymał twór, który zamigotał i zniknął. Usiadł na mchu, i czekał. Strażnik, który Bóg wie jakim cudem się tu ukazał, wrócił do siebie, pozostawiając po sobie kupkę prochu. 
- Wynoś się stąd. Nie chcę Cię znać. - zawarczałam zirytowana. Miałam dosyć basiora, który co chwila musiał coś od siebie dodawać. 
- Mnie tak łatwo się nie pozbędziesz. - mruknął, ze złowieszczym uśmiechem na jego krzywym pysku. Może ktoś mu przypierdolić?
- Co proszę? - zapytałam zdziwiona jego nagłą śmiałością. 
- Kiedy Qwertiego zaatakowały cienie mogłaś go uratować. Prawda? - roześmiał się, skuliłam uszy po sobie i uniosłam nieco wargi, ukazując kły. - Mogłaś. Ale tego nie zrobiłaś. Czemu? - po raz kolejny, na jego pysku zawitał szyderczy uśmiech. Między nami zapadła cisza. - No, odpowiedz! - wykrzyknął. Szlag mnie zaraz trafi. Bardzo dobrze pamiętałam tamten moment, jak bardzo się bałam, gdy prawie zginął. A ja nie mogłam nic zrobić, to moja własna umiejętność wymsknęła się spod kontroli. Pamiętałam to wszystko co do sekundy. 
- Słuchaj, skurwysynu, jak w tym momencie nie podwiniesz ogona i nie spierdolisz stąd, to nie licz na jakiekolwiek rozmowy. - wycedziłam, mordując go lodowatym spojrzeniem. Wytrzymał mój wzrok, i tylko się uśmiechnął. Nienawidziłam go z całych sił, wszystkie uczucia sprowadziły się do nienawiści, skierowanej w Yina. Pokręcił tylko głową, na jego parszywym ryju był teraz tylko i wyłącznie uśmiech. - Słyszałeś, co mówię. - powtórzyłam, nie zrobił nic. Wzięłam głęboki oddech, gdy poczułam nieprzyjemne mrowienie w łapach. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Przymknęłam oczy. Opanuj się, dla Qwerty'ego. Wdech, wydech. Odetchnęłam, nie dopuszczając do siebie echa słów wypowiedzianych przez skrzydlatego. Siedział i czekał aż odpowiem. Moją odpowiedzią było milczenie, wyzwiska i własny strach, wykrzyczany w myślach. On miał czas, chciał zaczekać i mnie "wysłuchać". Nikogo innego nie umiałam obdarzyć taką nienawiścią, jak Yina teraz. 
- Czego ty ode mnie chcesz? - zapytałam, wpatrując się w tańczące na ścianach cienie. Zapadła cisza, basior dalej czekał. - Mogłam go uratować. Nie umiałam tego zrobić, nie rozumiesz? To było zbyt trudne, wszystko poszło nie tak, jak trzeba. - mówiłam roztrzęsionym głosem. Skrzydlaty wsłuchiwał się w moją wypowiedź. - Po prostu spieprzyłam po całości, to chciałeś wiedzieć? - zadałam pytanie, po długiej chwili milczenia. Yin nie odpowiedział twierdząco, ale też nie zaprzeczył. Co jest z nim nie tak? Zamknęłam oczy, i odetchnęłam. O dziwo, obrazy z tamtego zdarzenia nie wróciły. I dobrze. 
- A teraz wyjdź. - odwróciłam się w jego stronę, zamachał skrzydłami, powodując zmianę rytmu w tańcu. Tak jakby to on był prowadzącym, a oni tylko marionetkami. 
- Pozwól mi zostać. - bardziej stwierdził, niż poprosił. Pokręciłam głową, nie chcę mieć z nim nic do czynienia. 
- Nie. Mówiłam, żebyś wyszedł. - zignorowałam basiora, i przeszłam do innego pomieszczenia. Srebrny naszyjnik odbijał się przy każdym moim kroku. Yin chyba wyszedł, bo nie słyszałam go. Odetchnęłam z ulgą. Dopiero teraz zaczęło coś do mnie docierać. Qwerty nie żyje, i już. Nic tego nie zmieni. Położyłam się, i spróbowałam przywołać do siebie przyjaciółkę. Odpowiedziała po którymś wezwaniu, nasza "rozmowa" ograniczyła się do krótkiej wymiany informacji. Udało jej się zmaterializować tu na krótką chwilę, chociaż do cudów to nie należało. Leżałam jak bezproduktywna klucha.


~~~

- Mogłaś go uratować. Ale tego nie zrobiłaś. Podwinęłaś ogon, i patrzyłaś jak zwija się w cierpieniu, jak z jego oczu wyciekają łzy. A ty tylko stałaś. Bałaś się, bo nie chciałaś po raz kolejny przestać nad tym panować. - rozbrzmiał czyiś głos. Był zakodowany w mojej pamięci, ale nie umiałam go rozpoznać. Co jest, do cholery? Stałam na polanie, i widziałam to, czego tak bardzo się bałam - Qwery'ego, który zwijał się z bólu. Łzy płynęły po jego pysku, a oczy wyrażały tylko jedno - zawód. Nie umiałam nic zrobić, to nie ja kontrolowałam sytuację. 

~~~


"Skończ to roztrząsać". Skarciłam się w myślach, i obróciłam na drugi bok, zasłaniając pysk łapą. Było za jasno. Bolało mnie dosłownie wszystko, spożyłam coś, co nazywałam śniadaniem. Przeszłam do pokoju, gdzie padło wczoraj za dużo ostrych słów. Na ścianie nie tańczyły już cienie, zasmucona wbiłam wzrok w ziejącą pustkę. Było tu wiele korytarzy, których nigdy jeszcze nie zwiedziłam, jednak czuć było, że coś jest tam nie tak. Ostatni raz obrzuciłam wzrokiem jedną z nor, i wyszłam. Tak jak się spodziewałam, wzeszło słońce. Poranne promienie raziły mnie w oczy, oblewając wszystko co możliwe odcieniami pomarańczowego, czerwonego i żółtego. W inny dzień zapewne bym się cieszyła, ale teraz miałam ochotę rozszarpać wszystko co stanie mi na drodze. Ujrzałam znienawidzoną sylwetkę basiora. Jego skrzydła były złożone, a on sam po prostu siedział i z kimś rozmawiał, albo mi się zdawało.


piątek, 19 stycznia 2018

Od Kivuli Moto - Lazurowy świt

Promienie słoneczne powoli przedzierały się do lasu, tworząc przy tym efekt niebiańskiej poświaty. Codziennie to zjawisko miało miejsce w tym nadzwyczajnym miejscu, a jednak jeszcze nikt nie postanowił tutaj wyruszyć. Nie powinno być to związane z obawą zgubienia się w tych roślinnych korytarzach, gdyż lasek ten nigdy nie był zaliczany do największych. Jedyną rzeczą, jaka mogła wywoływać strach w tym miejscu, była duża ilość potworów, zamieszkująca tutejsze tereny. Jednakże to nigdy nie przeszkadzało młodej waderze, przechadzającej się wśród kęp traw i krzaków, których nie było tu brak. Sądziła, że tutaj może w końcu odpocząć od brutalnej rzeczywistości i zgiełku, jaki panował w tej niezwykłej watasze. Nie znaczy to, że nie lubiła tego miejsca. Wręcz przeciwnie! Ceniła je za tą otwartość, która w jej rodzinnych stronach nie była rzeczą normalną. Wilki były tu zanadto bezinteresowne i troskliwe, co niezwykle pobudzało ciekawość wilczycy. Sęk w tym, iż nie była przyzwyczajona do takich obyczajów, jakie panowały na tych terenach.
Nim Moto zdążyła pomachać puchatym ogonem, przed jej oczyma pojawił się promyk światła. Wadera wbiła wzrok w ten wybryk natury, gdyż nieczęsto miała okazję widzieć takie rzeczy. Toż to przecież niezwykły moment! Prawie nigdy nie miała chwili, by choć spojrzeć na ten wielobarwny cień na niebie! Niby taka prosta przyjemność, a jednak potrafi wywołać wiele radości u każdego. Uśmiech, który w tym momencie pojawił się na twarzy Cienia, był godny zapamiętania. Nawet taka nieistotna sprawa zawsze wywoływała u wilczycy duże emocje. Jest to związane z jej miejscem urodzenia, gdyż nie mogła w tamtym miejscu cieszyć się życiem choć przez krótką chwilę. Zawsze tylko słyszała od wszystkich, jak to ma się zachowywać przyszła władczyni krainy. Ale czy jakakolwiek osoba interesowała się jej prawdziwymi uczuciami? Powiedzmy, że tylko matka, lecz i ona wyrządziła wiele krzywdy w jej życiu. Jednakże jest to raczej temat na inną historię, a tutaj i tak już dawno odbiegłam od tematu.
Wracając do sedna sprawy, Kivuli wpadła w taki zachwyt na ten niezwykły widok, że nawet żaden potwór nie byłby w stanie jej odciągnąć. Ciągle krzątała się wokół widoku nawet nie zdając sobie sprawy, iż ogromna kula ognia zwisająca na nieboskłonie już dawno opuściła swoje miejsce. Nim jednak wilk zdążył się zorientować, było już za późno. Słońce zaszło, a ona za cholerę nie potrafiła znaleźć drogi do swojego miejsca spoczynku w ciągu nocy. Tragedia! I teraz w jaki sposób ma się dostać do domu... Przecież w jej zakresie możliwości jest autentycznie niemożliwe. Może prześpię się tutaj? - pomyślała odruchowo Ginger, momentalnie wyrzucając tę opcję z głowy. Może i była wycieńczona całodniowym spacerem, lecz nie aż tak głupia, by zanocować na tutejszych terenach. Różnych gatunków bestii tu nie mało, a ona nie chce zostać pożarta przez jedną z nich. Dopiero co się przeniosła na tereny Nerthveny i ma nadzieję zostać tutaj na dość długo. Nie mówię oczywiście, że na zawsze, ale jeśli się tutaj zaaklimatyzuje, to jest to bardzo możliwe.
Wadera jeszcze chwilę pozostała w bezruchu, aby upewnić się, czy nikt nie jest w jej pobliżu i szybkim truchtem pobiegła przed siebie. Miała odrobinę nadziei, że może w taki a nie inny sposób,uda jej się bezpiecznie dotrzeć do domu. Ciało Moto odmawiało posłuszeństwa, gdyż choć na chwilę chciało zaznać odpoczynku. Wilczyca nigdy nie była przyzwyczajona do wysiłku fizycznego. Zazwyczaj to Bety wykonywały jej wszystkie rozkazy, a ta nie musiała nawet kiwnąć łapą, by pojawili się przed jej drzwiami. Taka wygoda była jej zawsze dobrze znana i bardzo ciężko było jej się przestawić na zwykłego członka watahy. Minął miesiąc, a ona wciąż liczy na to, że ni stąd ni zowąd przed jej oczyma pojawi się jeden z jej poddanych. Ale kto by czekał na to, co nigdy nie ma nadejść? Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, gdyż jeszcze całe życie przed nią i wszystko może się zmienić.
Zdezorientowana tymi wszystkimi myślami kłębiącymi się w jej głowie Moto padła na ziemię, by nareszcie oddać się w objęcia Morfeusza. Sen był dla niej terapią - natychmiast zapominała o dręczących ją sprawach.

- Aaa...! - krzyczała przerażona Kivuli, dopiero budząc się z jej sennego koszmaru. Nim zdążyła do końca się wybudzić, już była całkowicie zlana zimnym potem, który nagle pojawił się na jej pyszczku.
Jej przeraźliwy krzyk z minuty na minutę zmieniał się w śmiech, co tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że za bardzo przeżywa wszystko, co dzieje się dookoła niej samej. Sądziła, że tą dziwaczną przypadłość ma po swoim ojcu, jednakże nie znała go prawie wcale i mogła to tylko wywnioskować z opowieści rodzicielki. Bardzo często, gdy mąż - a zarazem samiec Alpha - Ey'i wychodził z ich wspólnej jaskini, ta snuła historie o tym, jak poznała ojca Moto. Te chwile mogły trwać godzinami, a jednak były one dla niej bardzo ważne, gdyż mogła się dowiedzieć czegoś ciekawego o Shir’o. To w końcu jej rodzic, przecież musiała wiedzieć o nim cokolwiek, chociażby najdrobniejsze szczegóły, które i tak nie były istotne. Jednakże te momenty były dla młodej wadery jak prawdziwy skarb.
Wilczyca stopniowo wyrywała się ze swojego zamyślenia, trwającego i tak zbyt długo. Słońce powoli unosiło się na pomarańczowym niebie, co dawało znak, że już jest ranek. Kivuli ewidentnie musiała te kilka godzin, lecz to tylko wyszło na jej korzyść. Nie była już padnięta tak, jak wcześniej, więc spokojnie mogła zacząć szukać swego miejsca zamieszkania. Wciąż jednak nie potrafiła wyczytać drogi z jej otoczenia, gdyż najpierw powinno się zrobić jaśniej, a na to wadera musiała poczekać dłuższą chwilę. Ona jednak postanowiła nie dawać za wygraną i choć trochę zorientować się, z jakiego kierunku przyszła w to tajemnicze miejsce. Niegłupi pomysł - pochwaliła się w myślach wadera, w pełni usatysfakcjonowana swoją decyzją. Powiedzmy sobie wprost - nie była to najbłyskotliwsza myśl, ale to zawsze coś. Nie miała w zanadrzu innych opcji (albo inne były zbyt ryzykowne), więc nie można tu mówić o wykonaniu czegoś pochopnie.
Ginger nawet nie zdążyła wykonać jednego ruchu łapą, by dowiedzieć się, że jej zmysły nie są na tyle wyostrzone. Może i spędziła kilkanaście minut na wypatrywaniu innych stworzeń, lecz i te chwile zostały poświęcone na marne. Z każdą kolejną sekundą słyszała - co raz to głośniejsze - głuche kroki, zbliżające się w jej stronę. Z początku myślała, iż da radę pokonać potwora, którego dzieliło od niej zaledwie parę metrów, lecz najwyraźniej przeliczyła się w swoich przekonaniach. Stworzenie, wyłaniające się spośród gigantycznych drzew, można było porównać do tych właśnie roślin. Całe jego ciało było pokryte ciemną korą, jaką można zobaczyć w tutejszych lasach. Głowa tej majestatycznej bestii - nie posiadającej w pełni rozwiniętych nozdrzy - spoglądała z zamyśleniem na waderę, która i tak była już pełna przerażenia. Niektóre z zakątków tego wielkiego ciała były pokryte zielonkawym mchem, jakby rosły wprost na cielsku potwora. Był on wysoki na około piętnaście metrów i swym wzrostem przewyższał niższe drzewa. Nim Moto postanowiła coś z siebie wydusić, ten odezwał się głębokim głosem:
- Unsay imong gibuhat sa atong teritoryo? - powiedział stwór niezrozumiałym dla wilków językiem, który jak mniemam - rozumiały wyłącznie te "roślino ludy". - Hmm... Wybacz mi. Najwyraźniej zapomniałem, że wy wilki, nie macie aż tak rozwiniętej umiejętności mowy. - dopowiedział po chwili, widząc zakłopotanie wilczycy.
Kivuli nie wiedziała, co odpowiedzieć temu potworowi. Z jednej strony, była zachwycona, gdyż nigdy nie widziała niczego podobnego - lecz z drugiej bała się, co on może jej zrobić i czy aby na pewno nie jest wrogo do niej nastawiony. Umysł podpowiadał waderze, że najlepszym rozwiązaniem jest ucieczka, gdzie pieprz rośnie, a jednak ona nie miała zamiaru się go słuchać. Wolała wpatrywać się w tego drzewnego olbrzyma, który tak bardzo ją fascynował. Nie codziennie da się spotkać takie "coś", w dodatku mówiące naszym językiem. Dziwnym jednakże było, że owe stworzenie pojawiło się właśnie w obrębie tego terytorium. Wilczyca myślała, iż nikt nie zapuszcza się w sam środek lasu. Nawet ona tego nigdy nie zrobiła, bo uważała to za zbyt niebezpieczne, ponieważ nie wiadomo, co się tu kryje. Młoda hybryda postanowiła w końcu się odezwać, zauważając zniecierpliwienie na twarzy towarzysza:
- Kim... czym ty jesteś? - zapytała cicho wadera, starając się wzbudzić sympatię w przedmówcy. Nie kryła jednak swojego strachu przed nim, który był wyczuwalny w jej chrypliwym, łamiącym się głosie. To właśnie przez to, dało się wyczuć dystans między nimi.
- A więc... smok, tak? - zadał pytanie potwór z niezwykle wyczuwalną pogardą w głosie. Natychmiastowo zmienił swoje nastawienie do Ginger, co nie było najlepszym znakiem. Przez głowę Cienia przechodziło teraz wiele dręczących ją myśli, nie zawsze optymistycznych. Starała się nie wykonywać pochopnych ruchów, by nie spłoszyć stworzenia, które lustrowało ją wzrokiem. Przyglądało się jej z dziwacznym zaciekawieniem w brązowawych oczach, co przyprawiało waderę o zimne dreszcze. Chciała, aby ten w końcu odwrócił wzrok i przestał jej się tak ukradkiem przypatrywać. To było odrobinę... przerażające.
Wadera momentalnie zrozumiała treść pytania. W jednej chwili ją zamurowało, nie miała odwagi nawet wypuścić powietrza z płuc, by móc normalnie oddychać. Skąd on mógł wiedzieć o tym, że ukrywa swoją drugą osobowość? Przecież ona tylko raz się do niego odezwała, nie mówiąc przy tym nic osobie. Nie, to nie miało żadnego sensu. Wilk miał ochotę się spytać, skąd stwór wie o tym wszystkim, lecz w odpowiednim momencie się zawahała. Jeszcze nikt nie odgadł, co ukrywa przed wszystkimi Kivuli, a więc dlaczego niby on miałby to zrobić? Może to był po prostu zwykły blef, który miał doprowadzić do zawahania się wadery? Nikomu nie wyjawiła swojego sekretu i żaden członek watahy nie miał prawa o nim wiedzieć.
- Czyżby? - zapytał nieznajomy, jakby wyczytał z myśli Moto wszystko, nad czym aktualnie się głowiła. - Twoja aura jest bardzo silna, więc nie ciężko mi było odgadnąć, że twoje pochodzenie jest wyjątkowe. - Aura? O czym on mówił. Wilczyca za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, co właśnie zostało do niej przekazane. Młoda spojrzała na stworzenie, które widocznie miało coś jej jeszcze do powiedzenia. Czekała wytrwale na jego kolejny ruch. Jego słowa mogły zmienić wszystko, nawet zaważyć o dalszym żywocie Moto.
- Ent. - Wadera spojrzała na niego spode łba. Kolejny raz nie wiedziała, o czym mówi ta drewniana bestia. - Nie pamiętasz już? Zadawałaś mi wcześniej pytanie. - Nagle olśniło waderę, natychmiastowo sobie przypominając, o co pytała tego olbrzyma. A tak właściwie, to Enta. Szczerze, to hybryda słyszała już kiedyś o tych stworzeniach. Możliwe, że była to jedna z opowieści Alphy tej watahy, gdy ta postanowiła się zapytać o miejscowe legendy. Jednakże skrytobójczyni mogła to kiedyś przeczytać w bibliotece, za czasów, gdy przygotowywała się do zajęcia miejsca swej matki. Wtedy pochłaniała wiele książek jednocześnie, lecz czasem jedne z nich tak zachowywały się w jej pamięci, że niektóre z nich pamięta do dziś. Od zawsze była oczytana, lecz nie sądziła, że wiedza z jej ksiąg przyda się właśnie teraz.
Kivuli nie przeczuwała, iż niespodziewane pojawienie się stwora, to dopiero początek jej kłopotów. Nagle do jej ciała zaczęło docierać nieposkromione uczucie gorąca, które było wilczycy bardzo dobrze znane. Kawałek po kawałku, jej grzbiet zaczęły rozpalać czerwone... nie, wręcz szkarłatne płomyki ognia. Po chwili po całej sylwetce Cienia przejawiały się te małe, liżące potworki, których za nic nie dało się zatrzymać. Ta sytuacja zdawała się być z jak najgorszych koszmarów, a jednak - to była jej codzienność. Nie raz zdarzyło się jej przez swoją nieuwagę podpalić jakieś przedmioty czy nawet inne pomniejsze żyjątka. Sprowadzało to gniew wielu członków poprzedniej watahy, którzy nie byli świadomi tego, jak bardzo było wtedy ciężko Moto. Jej brak umiejętności dyplomacji tylko pogarsza tę sprawę, przez co ona wiele razy naraziła się na wydalanie z jej miejsca urodzenia. A jednak - wytrzymała te wszystkie bolesne chwile tylko dlatego, by jeszcze raz usłyszeć głos przyjaciół, matki. To zawsze było dla niej sposobem wytchnienia.
W jednej chwili Enta ogarnęła zabójcza wściekłość. Oczy stwora nie były już tak życzliwe, jak wcześniej się wydawały. Teraz w nich było widać już tylko pustkę, która jak mi się zdaje - nie miała końca. Drewniany potwór był jak w transie - kompletnie nie wiedział, co się wokół niego dzieje. W tej chwili chciał tylko jednego, a dokładniej... śmierci Kivuli. Uważał, że wtargnięcie do lasów z ogniem, było dla jego rasy olbrzymią zniewagą, z której od razu trzeba było się oczyścić. Prawda, że rozumowanie tej rasy bardzo różni się od naszego? No niestety, takie były ich prawa i musieli tego jak najbardziej przestrzegać. To dokładnie tak, jak u nas - nieprzestrzeganie kodeksu, równa się natychmiastowe wydalenie z watahy, czy stada.
W jednej chwili, stworzenie zaczęło biec w stronę Ginger, z wysuniętą pięścią do przodu. Nie miał żadnych skrupułów, by wymierzyć waderze cios, tak bolesny, iż by się po tym nie pozbierała. Mieszaniec dobrze wiedział, że teraz rozpoczyna się jej walka o życie.
Jednym, szybkim ruchem zadała cios pazurami, w lewą nogę - jeśli można tak to nazwać - Enta. Atak był o tyle skuteczniejszy, aczkolwiek wilczyca wciąż płonęła, co skutkowało większymi obrażeniami. Widzisz Moto? Jak chcesz, to potrafisz - wilczyca pochwaliła samą siebie w myślach wiedząc, że jej ruch był dobrym posunięciem. Bestia momentalnie zareagowała, odrzucając ręką od siebie Cienia, jak wielką kulę ognia. Ta wylądowała pod jednym ze świetlistych drzew, zauważając przy tym, jak bardzo poważnych doznała obrażeń. Nie dość, że teraz kuśtykała na jedną z łap, to na dodatek jej kręgosłup był całkowicie połamany. Wadera myślała, że już gorzej być nie może, niestety kątem oka widząc, jak szybko regenerują się rany wroga. W jednej sekundzie po płonących korzeniach nie było już śladu, po czym wszystko na jego cielsku wróciło do stanu sprzed walki. Nie! W tej chwili walcząc o swój własny żywot wilk nie może dać się złamać! To byłoby zbrukanie jej własnych życiowych wartości!
- Jeśli myślisz... że tak łatwo się poddam... To jesteś w ogromnym błędzie. - Każde słowo Kivuli przychodziło jej ze strasznym cierpieniem. Gdyby miała powiedzieć coś więcej, prawdopodobnie kosztowałoby ją to więcej wysiłku, niż sam bieg. Jedynym, na co mogła sobie teraz pozwolić był donośny śmiech, skierowany do stojącego przed nią wielkoluda. Tak, nie ma to jak drwić z kogoś w obliczu śmierci...
Stwór przechylił głowę do tyłu, by móc zobaczyć, co dzieje się z hybrydą. Ta, widząc jego zaciekawienie, przemieszane z zawziętością lekko podniosła kąciki ust, tworząc przy tym samym niewyraźny uśmiech. Dobrze wiedziała, że za niedługo może wybić jej ostatnia godzina, lecz chciała chociaż umrzeć z godnością, walcząc o swoje. Śmierć godna prawdziwego wojownika - pomyślał Ognisty Cień, powoli się podnosząc z miejsca. Stając naprzeciw Enta, wadera pod sobą ujrzała sporą kałużę szkarłatnej cieczy. Yhm, to musiała być jej krew. Spływała niewielkim strumieniem z jej ramienia, w miejscu którego znajdowała się rana. W każdej chwili mogła umrzeć z powodu zakażenia lub po prostu wykrwawić się na śmierć. Nie dawała sobie wielkich szans na przeżycie, za dużo było niewiadomych. Wilczyca ostatni raz spojrzała na wszystkie swoje rany, by oszacować prawdopodobieństwo wygranej, po czym z szałem w oczach zaczęła szarżować w stronę swojego oprawcy.
Oczy wadery natychmiast zostały wypełnione pogardą, która przeszywała całą jej sylwetkę. Kivuli wysunęła swe ostre jak brzytwa pazury, kierując je w stronę potwora. Jej smukłe ciało bez problemów przedzierało się przez gąszcz traw, zużywając przy tym całą jej energię, pozostałą po wcześniejszym samozapłonie. Była świadoma tego, iż za chwilę może po raz kolejny zemdleć z wycieńczenia, jednakże chciała zadać choć jeden cios przeciwnikowi. Wybiegając wprost naprzód stworzenia, wilczyca odepchnęła się od twardej ziemi tylnymi łapami, a następnie wskoczyła na wielkie ciało bestii. Ostatkiem sił zaczęła się wspinać po otaczających ją konarach, wijących się wszędzie, wokół niej. W tym otoczeniu miała duże pole do popisu, gdyż czego by się nie uczepiła, dałaby radę się tam utrzymać na dłużej. Moto na chwilę zamknęła oczy, by odrobinę się uspokoić i wymyślić, co robić dalej. Nie miała przecież szans... na nic. Mogła tylko się wspinać i dalej się zastanawiać, co dalej się z nią stanie?
Wtem Ent czując, że wilczyca jest coraz wyżej na jego ciele, wyciągnął swą rękę i uderzył nią z całej siły w intruza. Cień przez ten silny ruch padł na ziemię, jak mucha, czekając już tylko na śmierć, która miała za chwilę nadejść.

Wydawać by się mogło, że jutro nie nadejdzie dla młodego mieszańca. Jej los wydawał się być z góry przesądzony i nikt nie powinien mieć na to najmniejszego wpływu. Zwyczajnie przegrała swą ostatnią walkę, dobrze wiedząc, iż nigdy więcej nie zdoła zobaczyć wielobarwnego przebłysku na niebie. Nie dokona nic wielkiego w swym krótkim życiu... Po prostu - w jeden dzień oddała swą całą przyszłość, przepełnioną w całości bólem i stratą, której nie dało się ot tak wynagrodzić. Właśnie, wydawać by się mogło. Przecież wilczyca o tak wielkim sercu nie dałaby za wygraną, walczyłaby do samego końca. Nawet największe cierpienie jeszcze nie zdołało jej złamać, nawet u kresu jej sił. Teraz też nie powinna pozwolić nikomu zadecydować o żywocie, który jeszcze nie miał prawa się skończyć. Tak wiele pięknych wspomnień było przed nią, gama cudownych chwil, które wypełniały całe jej ciałko radością. To był ostatni byt i powinien zostać w pełni wykorzystany.
Wnet, wielobarwne oczy w końcu mogły być podziwianie w całej swej okazałości.
Do ślepek hybrydy nie docierało nic, prócz nienaturalnego światła, które padało wprost na jej smukły pyszczek. Ta - wciąż nieprzyzwyczajona do zjawiska - zamrugała kilkakrotnie powiekami, niezwykle  teraz uciążliwymi, jakby na nich zostały przyczepił przyczepione niewielkie kamienie. Było to zapewne spowodowane zmęczeniem wilczycy, które po długim śnie wydawało się być nieco dziwne. Najwidoczniej nie wypoczęła na tyle, by móc chociażby otworzyć oczy. Aczkolwiek nie ta przypadłość martwiła Kivuli. Wbrew wcześniejszym przekonaniem wadery, ta nie odniosła choćby jednego obrażenia. Można powiedzieć, że to jest niemożliwe. Przecież ona prawie umarła! Niby w jak tak krótkim czasie te wszystkie rany zniknęły, nie pozostawiając po sobie ani jednego śladu? Tylko jedno pytanie nasuwało się teraz do głowy wilka - w jaki sposób to się stało?...
- Przy użyciu Lazurowych Róż. - Ent lekko skinął głowę w stronę Moto zauważając, że od jakiegoś czasu jest już wybudzona. Uniósł kąciki ust do góry, tworząc przy tym prawie niewidoczny uśmiech. Musiał być czymś uradowany, jednakże tą wiadomość pozostawił dla siebie.
Zdanie stworzenia po raz kolejny odwróciło uwagę Cienia. W jednej chwili jej wzrok spoczywał już tylko na jego masywnym cielsku.
- Jak ty to do cholery robisz?!... - Wadera wydała z siebie cichy warkot dając jednocześnie do zrozumienia, by potwór się od niej odsunął. - Czytasz w myślach?
Ginger uniosła delikatnie łapę, by po chwili stanąć już o własnych siłach. Jej ciało wciąż było osłabione, jednakże w obliczu niebezpieczeństwa nie chciała ryzykować. Wiedziała, iż Ent może ją w każdym momencie zatrzymać, lecz ten nie ruszył nawet palcem - jeśli można tak to nazwać. Zwrócił tylko wzrok w jej stronę, co natychmiast ją sparaliżowało. Był on przepełniony powagą, jak i radością, która w tym czasie była raczej nie na miejscu. Wilk zauważając to, niemalże od razu opadł na ziemię. Jeśli miała już przeżyć w jakikolwiek możliwy sposób, to musiała się słuchać potwora.
- A więc... Lazurowe Róże, tak? - zapytał Ognisty Cień z nutą ciekawości, starając się zachować choć odrobinę rozwagi, która w tym momencie była jej najbardziej potrzebna. Stworzenie nie zrobiło nic, co mogłoby wytrącić waderę z równowagi, jednakże, jak przystało na wiecznie nieufną waderę - nie odważyłaby się do niego podejść w żadnej możliwej chwili.
Jej serce zaczęło bić wolniej, a ona sama przestała wstrzymywać swój oddech. Ciało kilkulatki powoli zaczęło się rozluźniać, lecz wciąż nie wykonywała żadnego niepotrzebnego ruchu. Leżała nieruchomo, gdy ból zaczął maleć przy pomocy niewielkich kwiatków, rozłożonych delikatnie na jej ciele w miejscach, gdzie została najbardziej poturbowana. Miała świadomość, iż jej oprawca stoi właśnie niedaleko niej przyglądając się wilczycy z wyraźnym skupieniem, jednak on jej pomógł wydostać się z objęć śmierci. Dla niej było to wystarczające, by mu wybaczyć. Jednak w momencie, w którym całe cierpienie ustąpiło ona cała zaczęła ulegać niewidocznej dla wszystkich, prócz Kivuli mgle, która miała ją zaprowadzić prosto do krainy snu - tak odległej, a jednak na wyciągnięcie ręki.
Jedyną rzeczą, jaką zdołała zobaczyć senna hybryda było już powoli wschodzące słońce na tle przepięknych, błękitnych róż, których zjawisko można było ze spokojem nazwać Lazurowym Świtem. Widząc to tylko lekko uniosła kąciki mordki do góry w niemalże niezauważalnym uśmiechu, który zniknął po chwili, gdy ta w końcu przymknęła zmęczone po całym dniu oczy.
KONIEC
[Komuś się chciało i udało przeczytać całe to opowiadanie?]

Od Yin'a


Stałem dalej patrząc na jej reakcję.
- SPERDALAJ! - warknęła i rzuciła we mnie dużym kamieniem. Z ziemi wyłonił się cień, który złapał kamień i miał go odesłać w kierunku Shadow.
- Nie, Amaro. Nie. Odłóż. - rzuciłem do cienia, który zniknął tak szybko jak się pojawił. Usiadłem na mchu czekając dalej.
- Wynoś się stąd. Nie chcę Cię znać. - warknęła po raz kolejny.
- Mnie tak łatwo się nie pozbędziesz. - mruknąłem ze złowieszczym uśmiechem.
- Co proszę? - spytała zdziwiona.
- Kiedy Qwertiego zaatakowały cienie mogłaś go uratować. Prawda? - zaśmiałem się. - Mogłaś. Ale tego nie zrobiłaś. Czemu? - po raz kolejny na moim pysku pokazał się uśmiech szyderstwa. Nastała chwila ciszy. - No, odpowiedz! - krzyknąłem.

Od Kivuli Moto - "Daj mi znać, gdy pokochasz...", cz. III


- Kurwa! - ryknęłam na powieść dowiadując się, że jeden z głównych bohaterów umiera właśnie w tym akapicie. Nie zwracając nawet uwagi na wilki czające się dookoła mojego stanowiska, klęłam dalej wniebogłosy, jak to okrutny jest autor tej książki, że uśmiercił postać tak bliską memu sercu. Do każdej z moich ksiąg przywiązuję się bardzo emocjonalnie, więc i ta nie mogła być wyjątkiem od tej reguły.
Wciąż zagłębiając się w tekst, trafiłam na wiele sformułowań, według mnie zbędnych w obecnej sytuacji. Bezsensownym jest dobijać leżącego, mówiąc mu o wielu rzeczach, które powinien usłyszeć w bardziej elokwentnej do tego scenerii, a nie na swoim łożu śmierci. Ponieważ który z nas chciałby usłyszeć, że jego dziecięca miłość też go kocha, tylko udawała "tsunderowatą" wiedźmę, aby jeszcze bardziej rozanielić swego wybranka?
"Kochać" - to słowo ogólnie brzmi strasznie błaho. Każdemu można wmówić, że darzy się go tym wyjątkowym uczuciem, a tak naprawdę tego nie robić. Nie rozumiem tych, którzy obiecują wierność danej osobie do końca swoich dni, a w rzeczywistości puszczają się na prawo i lewo. Choć sama tego jeszcze nie zaznałam, to spotykałam się z wilkami, które przez "to" odbierały sobie życia, gdyż nie mogły dalej trwać bez miłości drugiej osoby. W moim odczuciu słowo "kochanie", oznacza to samo, co "zniewolenie". Przestajesz być już wolny, a jedyne, co ci pozostaje, to ta sama monotonność kolejnych dni. Rozumiem, iż niektórzy mogą to odebrać zbyt osobiście, lecz to są wyłącznie moje odczucia, których nikomu nie narzucam, aczkolwiek nie potrafię pojąć, jak inni potrafią myśleć w odmienny sposób. To uczucie jest jak róża - piękna, wszak jednocześnie rani...

Z powrotem wracając do przemyśleń na temat lektury nie spostrzegłam, iż ktoś mnie szuka. Ludzie zwracali się do mnie z prośbą o wyjście na zewnątrz, ja jednakże nie chciałam nawet o tym słyszeć. Kolejna osoba chcąca zbesztać mnie za to, że zastępuję ich ukochaną Alphę. Nie raz spotykałam się z takimi momentami, przyzwyczajona do obrażania mnie na każdym kroku. Czy ludziom tak ciężko zrozumieć, że to nie moja wina? Do cholery! To nie ja wybierałam rodziców przy porodzie i nie miałam na to żadnego wpływu.
Jednak wiedząc, że długo już tak sobie nie posiedzę z uwagi na ciągły przypływ wołań o moją osobę wzięłam głęboki wdech i jedyne, co mogłam w tej chwili zrobić, to posłuchać się - zdaje się, iż po raz pierwszy od długiego czasu - poddanych, a następnie wykonać krok do przodu i powolnym krokiem ruszyć w stronę dziedzińca, gdzie wszyscy, jak mi się zdaję mnie oczekiwali. Wiedziałam jednak, że nigdy więcej już nie będę taka pobłażliwa i jeśli kiedykolwiek ktoś zacznie mnie zaczepiać w czasie mojego dnia wolnego, to niech liczy się z surową karą, jaka na niego czeka...
Z każdym kolejnym krokiem znajdowałam się coraz bliżej punktu mojej podróży, który wydawał się być mi nieunikniony.

C. D. N.

Od Yin'a


- O Boże... Skrzydlaty wilk! - krzyknął ktoś pode mną. Spojrzałem ostrożnie na postać. Czysto-biała wadera wtapiała wzrok w moje skrzydła. W trybie natychmiastowym podfrunąłem do góry używając ogromnej siły. Wylądowałem kilka metrów dalej.
- Nigdy nie widziałaś skrzydlatego wilka? - spytałem ze śmiechem.
- Nie, nigdy. - potwierdziła nieznajoma.
- Zwę się Yin. A ty zabłąkana duszo? - zmieniłem temat dodając nutkę ironii.
- Kivuli Moto. - rzuciła krótko. - Na początku myślałam że jesteś smokiem, ale jak widać, myliłam się. - zaśmiała się. Ja również.
- Dokąd idziesz? - podpytałem.
- Aa, tak sobie... - odpowiedziała niepewnie.
- Wskakuj. - rzuciłem krótko.
- Mogę? - powiedziała nie bardzo zachwycona tym pomysłem. Mimo tego nie słuchałem i oderwaliśmy się od ziemi. Parę minut później zanurkowałem w głębię lasu. Kivuli zamknęła oczy i krzyknęła, a ja miękko wylądowałem przy jeziorze.
- Boże... - jęknęła nie wiem od czego schodząc z mojego grzbietu.

Kivuli Moto?