środa, 16 listopada 2016

Od Amortei

(c.d. Rayliegha)

Bez słowa odwróciłam się i odeszłam od basiora. Denerwujący typ, takiego najbardziej nie znoszę. Znałam się z nim w młodości, ale nasze kontakty nagle się urwały, a więcej nie miałam okazji go spotkać. Chciał się przywitać? Pff, śmieszny. Nie witam się z nikim. Kątem oka zauważyłam, że basior nieśmiało podąża za mną. Uśmiechnęłam się ironicznie i przystanęłam. Wilk zrównał ze mną krok.
- Nie rozumiesz tego, co do ciebie mówię? - zapytałam.
- Znaliśmy się kiedyś... - powiedział, spuszczając wzrok.
- Kiedyś - podchwyciłam, a on spochmurniał. - Nie mam znajomych, rozumiesz?
- Jakoś trudno mi to zrozumieć - mruknął.
- To już nie jest mój problem.

(Ray?)

wtorek, 15 listopada 2016

Od Cheveé

(c.d. Aury de Noir)

Uśmiechnęłam się lekko. 
- Wracamy? - zapytałam, a basior pokiwał głową. 
Odwróciłam się, próbując przypomnieć sobie trasę, którą tutaj przyszliśmy. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że wszystko jest takie same... 
- To tędy - powiedział Aura, wskazując na ścieżkę prowadzącą między zaroślami.
Nie przypominałam sobie, żebyśmy szli tutaj ścieżką. Może jej nie zauważyłam, pomyślałam i postanowiłam zdać się na znajomość terenu basiora. Ruszyliśmy dróżką, która zdawała się nie mieć końca. Pokonaliśmy kilka rozwidleń. Po jakimś czasie ścieżka zniknęła wśród zarośli. Zgubiliśmy się. Nagle usłyszeliśmy głosy i podążyliśmy w tamtym kierunku. Może znajdziemy kogoś, kto nam pomoże? W końcu moim oczom ukazała się wioska pełna małych domów, między którymi krążyły radosne istotki trzymając się za ręce i tańcząc. Roześmiałam się z ich okrąglutkich twarzyczek i spojrzałam na Aurę, jednak jego mina pozostała niewzruszona.

(Aura?)

poniedziałek, 14 listopada 2016

Od Finley - Posłanie

(c.d. Madowa)

Spojrzałam na wyodrębnioną półkę skalną, która robiła za moje posłanie. Co prawda było tam dużo miejsca, ale był jeden mały problem.
- Umiesz się wspinać? - Spytałam. Było mi trochę głupio, że zapomniałam o tak znaczącym fakcie. A mianowicie o trudach wspinaczki. 
- No nie wiem. - odpowiedział i o dziwo się nie zająknął.
- Dobra, pomogę ci, a jeżeli się nie uda, to umościmy ci jakieś posłanie z futra, gałęzi i trawy. - powiedziałam i lekko podskoczyłam szczęśliwa z tego pomysłu. - A przy okazji czegoś się nauczymy - dodałam, patrząc na basiora z uśmiechem.

(Madow?)

Od Anadil - Puszek

(c.d. Aury de Noir)

Widząc basiora w pozycji bojowej zadygotałam że strachu. Łapy odmówiły mi posłuszeństwa, mimo, że miałam ochotę uciec gdzie pieprz rośnie. W akcie desperacji i przerażenia otoczyłam się Osłoną Pioruna. Sekundę potem na drogę przed nami wypadło TO.
"Coś" miało kolczasty, palący się grzbiet, z wystającymi gdzieniegdzie żebrami. Potężne łapy młóciły ziemię, wznosząc tumany pyłu. Z szerokiego łba bestii wystawały rzędy kłów, a w oczach płonęła żądza mordu. Maszkara była prawie trzykrotnie większa ode mnie.
Tak się akurat beznadziejnie złożyło, że monstrum miało w nas swój określony cel, bo zaszarżowało. Momentalnie uskoczyłam i zakryłam się ogonami, piszcząc że strachu.
Aura de Noir natomiast poczekał na stosowny moment, po czym uczepił się zębami łapy stwora. Potworowi zapewne było ciut niewygodnie z wściekły wilkiem kąsającym nogę, bo parsknął, uchwycił kłami basiora i odrzucił go na pobliski dąb.
Iso oczywiście nie stał bezczynnie. Z karku bestii wystawało już sześć strzał, a elf zgrabnie biegał dookoła maszkary, siejąc ją sztyletami.
Musiałam coś zrobić, ale co...
Jak zwykle najpierw zrobiłam, a potem pomyślałam.
Zanim zdążyłam uporządkować myśli, już byłam gotowa do skoku, a później odepchnęła się tylnymi łapami, lądując na karku wściekłego stwora.
Od razu poczułam ból. Spojrzałam na swoją łapę. Była przebita kolcem potwora. Nie zważając na to wbiłam pazury w zaskakująco mięciutkie futro.
- Spokój! Puszek! Reksio! Titelitury! Aaaaa!!!!!!
Wrzeszczała jak opętana. W sumie miałam powód. 
Płomienie na ciele bestii okalały moje ciało, sprawiając niewypowiedziany ból. Ostatkiem sił zmieniłam moje pazury w elektryczność. Ciepła krew zalała mi łapy. Usłyszałam tylko ogłuszający ryk maszkary i krzyk:
- Anadil! Anadil!
A potem zemdlałam.

(Aura de Noir? O, tu masz zdjęcie Puszka ;) klik )

Od Murtagha

(c.d. Azraela)

- Hm... - spojrzałem na potwora, a potem przeszedłem pod nim, sprawdzając, co to ma między nogami.
- Samiczka. No to Blood. - uśmiechnąłem się pogodnie, nie zwracając przez ten moment uwagi na Azraela. Dopiero potem zrównałem z nim krok.
- Zastanawiasz się, czemu... Hm. Bo to świetny kompan. Nie gada, jest posłuszna... - powiedziałem beztrosko.

(Azi?)

niedziela, 13 listopada 2016

Od Madowa

(c.d. Finley)

Jeden wilk rzucił się na Finley. Ja w międzyczasie odpychałem pozostałe wilki telekinezą. Wilk który zaatakował Finley był Alfą. Wilczyca wgryzła się mocniej w jego kark, aż wreszcie basior odpuścił. Widać było że nie dawał już siły i niespecjalnie chciał kontynuować tą walkę. Jakoś wydostał się z pułapki Fin i pobiegł do innych. Nic nie mówiąc odszedł. Wadera wyglądała jakby nic się jej nie stało. Otrzepała się i podeszła do mnie. 
- Już nie wrócą. - powiedziała - Nie mogą...
- Mówiłaś coś o terenach watahy... - powiedziałem - Jesteś tu alfą?
Wadera popatrzała na mnie jak na głupka, po czym zaczęła się śmiać.
- Nie - trochę spoważniała - Nie jestem Alfą.
- Aha... - powiedziałem - To... Może oprowadzisz mnie po terenach?
- Jasne - przytaknęła
Wilczyca oprowadzała mnie po terenach. Było ich sporo, a mnie zaczęły boleć nogi. Finley to zauważyła.
- Jesteś zmęczony? - zapytała
- Tak... - mruknąłem
- Ugh... - mruknęła do siebie - Nie masz jeszcze jaskini... W sumie... Możesz tą jedną noc kimnąć u mnie.
- N-naprawdę? - trochę zdziwiła mnie ta propozycja. W końcu spanie w jaskini... Z Waderą... No ale cóż... Tylko tą jedną noc.
Poszliśmy do jaskini Finley. Jej wnętrze było dość małe. Na końcu pachniał zapach jedzenia. Na górze zobaczyłem wyodrębnioną półkę skalną.
- Too... gdzie ja śpię? - zapytałem

<Fin? ( ͡° ͜ʖ ͡°)>

Od Azraela

(c.d. Murtagha)

Spojrzałem na mantykorę i się zamyśliłem.
- Imię dla niej. Jeśli męskie do Shibudo, a damskie Blood. Tak mi się takie podobają - powiedziałem. Wytłumacz mi jedno, dlaczego ty cały czas chodzisz z truchłem mantykory? - spytałem zaciekawiony. Było to dla mnie dziwne, ciekawe, pociągające, niczego złego o tym nie mogłem powiedzieć.
- Przejdziemy się i ci opowiem. - powiedział basior ruszając do przodu. Ruszyłem więc prosto za nim. Ciekawiło mnie co tam u mojego ojca, ale przecież zawsze mogę go odwiedzić.

( Sady? )

sobota, 12 listopada 2016

Od Rayleigha - Głupia sytuacja

(c.d. Azraela)

Przeszliśmy prze dziwnie wielkie drzewo. Nim dobrze się rozejrzałem, Różowowłosy podbiegł do jakiejś białej wadery. Powoli poszedłem za nim. Krótko porozmawiali i przyjęła go do watahy.
- Ja także chciałbym dołączyć. Rayleigh jestem - odezwałem się, gdy długowłosy odszedł gdzieś z tym czarnym z pelerynką.
- Mogę pracować jako zielarz lub pielęgniarz - uśmiechnąłem się do alfy uprzedzając jej pytania.
- Nie ma problemu. Jestem Ferishia, miło mi powitać cię w naszych szeregach Rayleigh!- odpowiedziała
- Dziękuję. To ja pójdę pozwiedzać okolicę...- pożegnałem się i pobiegłem za zapachem basiorów, którzy zniknęli z zasięgu mego wzroku.
Oczywiście nie dość, że po godzinie szukania zgubiłem trop, to jeszcze siebie samego w lesie. Świetnie.Z aczynałem się denerwować. 
Nagle poczułem zapach krwi i to wilczej, bardzo świeżej krwi. Już kiedyś to czułem... o tak dobrze pamiętam ten dzień zły i dobry jednocześnie. Moje ciało przeszły ciarki i natychmiast pobiegłem w tamtą stronę. Gdy dotarłem na jakąś polankę, dostrzegłem coś, od czego nie jeden puściłby pawia.
Ogromny, czarny, dwuogoniasty osobnik siedział przy truchle zapewne kiedyś białego wilka.
Wszędzie walały się członki ciała. Krew ofiary zafarbowała większość roślin na około. 
Jak to mawiają ręka, noga, mózg na ścianie... no może nie do końca, bo mózg był dosłownie zmiażdżony na ziemi. Ktoś tu kogoś baaaaardzo wkurzył.
- Widzisz, kolego... - zaczął mówić sprawca, oblizując przednie łapy z czerwonej cieczy. - Gdybyś posłuchał poprzednim razem, że ze mną się nie zadziera to MOŻE jeszcze byś żył. Hahah. - zaśmiała się.
Tak teraz byłem pewien, że to TA osoba. Przełknąłem ślinę i zrobiłem krok w stronę wadery.
- Karo Czarna Pani? Czy to ty?

~~~Kilka miesięcy wcześniej- Wataha Walecznych Kłów~~~
- Zboczeniec!
- Drań! 
- Oszust! 
- Słabeusz! 
- Ofiara losu!
- Odmieniec!
- Potwór!
I inne takie obelgi i ataki co do mnie. Nie wytrzymałem. Zawyłem z bólu i zbudziło się moje drugie ja, którego tak nie chciałem nigdy uwolnić...
Moje oczy zapłonęły ogniem o intensywnie żółtym kolorze. Ogarnęła mnie furia i rozszarpałem trzy wilki na strzępy, a dwa kolejne udusiłem. Nie potrafiłem tego powstrzymać... z jednej strony ciągnęło mnie do większego rozlewu krwi, a z drugiej coś krzyczało - Dlaczego to robię?!
Zacząłem świrować i biegać w koło. Wtedy usłyszałem brawa.
- Cóż za akcja! Niebywała szybkość... ale wciąż za słaba motywacja do zabijania - ktoś powiedział, a po chwili w cieniu drzew dostrzegłem błyszczące na czerwono dwie pary ślepi. Nie panując nad sobą zaatakowałem... i oberwałem mocno w pysk.
- Karo Czarna Pani...
- Och, widzę, że mnie znasz.
Nie zabiję cie, bo zafundowałeś mi właśnie kolację, ale uważaj sobie. Jeszcze raz spróbujesz się do mnie zbliżyć, to nie żyjesz - powiedziała ostrzegawczo wadera, jak się okazało i zaczęła jeść truchło jednego z wilków.
Pamiętałem ją z opowieści innych... ale pierwszy raz spotkałem.
Zawarczałem cicho.

- Ach, chcesz abym ci pomogła z resztą ofiar, tak? W sumie nie mam nic do roboty, więc spoko - powiedziała i przełknęła kawał mięsa.
Problem w tym, że ja nie chciałem, ale moja demoniczna moc się tego domagała...
Musiałem zabić resztę.

Jak powiedział,a tak zrobiliśmy.
W środku nocy cicho uśmierciliśmy resztę wilków, nie zostawiając dowodów, że to my. Żeby straszniej było sprawiło nam to... przyjemność.
Zdążyłem tylko wydukać
- Nienawidzę siebie - i uciekłem jak najdalej mogłem.
~~~~
- Karo... nic się nie zmieniłaś od tamtej nocy - odezwałem się, ale wadera jakby mnie nie widziała zabrała się za jedzenie. Odrywała coraz większe kawały i wszystkie połykała w całości.
- Tak...to na pewno TY - rzuciłem, a ona w końcu się do mnie odwróciła.
Zamrugała ślepiami.
- Czego chcesz panie "nienawidzę siebie"? - Zirytowana poruszyła wargami.
W zasadzie sam nie wiedziałem, dlaczego ją zaczepiłem. Czyżby mój demon znowu zapragnął się wydostać? Nie... nie teraz, kiedy ktoś mnie ciepło przyjął. Nie mogę.
- Przywitać się? - Odparłem bezmyślnie.
- Weź wyjdź - odwarknęła